Reklama

CAL do celu

CAL do celu

19.06.2007
Czyta się kilka minut
O rozwoju kraju świadczy nie tylko wysokość dochodu narodowego czy średniej pensji - bo to szybko można nadrobić - ale także aktywność wspólnot lokalnych. To, czy potrafimy działać dla siebie i dla innych.
Od ponad stu lat rodzina Łopatów z Lanckorony przygotowuje ołtarz na procesję Bożego Ciała / fot. ANDRZEJ KRAMARZ / visavis.pl
P

Pewnego dnia na kilku bełchatowskich blokach zawisło ogłoszenie. Na białej kartce papieru ktoś napisał drobnym drukiem, że tego i tego dnia zaprasza mieszkańców bloku na grilla. Impreza miała się odbyć między 17.00 a 20.00 w sobotę. Dalej była krótka informacja, że gdyby ktoś chciał wyrazić swój sprzeciw, proszony jest o kontakt - tu podano numer telefonu komórkowego. Przez kilka następnych dni mieszkańcy trzech bloków na obrzeżach Bełchatowa zatrzymywali się przed ogłoszeniami i komentowali - kto wpadł na tak dziwny pomysł. Większość uznała go za żart.

---ramka 519657|strona|1---

Wreszcie nadeszła sobota i Jacek Gralczyk, autor ogłoszenia, wziął balkonowy grill, kilogram kiełbasy zwyczajnej, trochę węgielków i usiadł przed blokiem na maleńkim trawniku. Z początku nikt się nie dosiadał. Sąsiedzi wyglądali tylko zza firanek, wychodzili na balkon, cicho komentowali. Wreszcie zjawiła się pierwsza osoba - zaprzyjaźniony sąsiad, potem druga, trzecia. Ktoś zszedł zapytać, czy czegoś nie potrzeba; inny, w czym może pomóc. Po godzinie na trawie pojawiło się ciasto upieczone specjalnie na tę okazję, napoje, a obok siebie, przy naprędce skleconym stole, usiedli pracownik kopalni i wójt gminy, rencistka z prawnikiem, geodeta ze sprzedawczynią. Rozpoczęła się sąsiedzka fiesta.

- Zrobiłem to, bo chyba zacząłem wątpić - tłumaczy Jacek Gralczyk, członek Centrum Wspierania Aktywności Lokalnej CAL. - W szkole animatorów społecznych opowiadamy sobie taką anegdotę - wchodzimy do pierwszego z brzegu domu i mówimy: "Czy mogę poprosić o szklankę wody, bo jestem głodny i nie wiem, gdzie będę spał".

Anegdota sporo mówi o poszukiwaniu przez animatora pierwotnego atomu - materii aktywności społecznej, która znajduje się wszędzie. Gralczyk zaczął się jednak zastanawiać, czy to na pewno jest prawda?

- Pomyślałem, że przecież zawsze robiłem tylko duże imprezy, opierając się na różnych instytucjach. Miałem do dyspozycji zespoły muzyczne, media, lokal - tłumaczy Gralczyk. - Tym razem nie zaangażowałem domu kultury czy muzyków i wszystko kosztowało mnie jakieś 20 złotych. Starałem się też popełnić każdy możliwy błąd organizatora: późno rozkleiłem mało czytelne plakaty, nie zorganizowałem żadnej kampanii nagłaśniającej spotkanie. A w blokach mieszka 96 osób, z których większość ze sobą się nie zna. Tymczasem w spotkaniu wzięło udział prawie 60 proc. mieszkańców. Teraz chcą sami zorganizować wyprzedaż sąsiedzką. "Materia społeczna" została rozbudzona, a ja mam świadomość, że żyję w normalnym otoczeniu - śmieje się Gralczyk.

Rozsadniki lokalnej aktywności

Centrum Wspierania Aktywności Lokalnej CAL jest stowarzyszeniem, które od lat próbuje aktywizować społeczeństwo. Prowadzi kilka programów, by pomóc w zmienianiu rzeczywistości. Pierwszym jest sieć Centrów Aktywności Lokalnej - program promuje "animacyjny" model działania instytucji publicznej w środowisku lokalnym. To metoda działania realizowana przez instytucje samorządowe i spółdzielcze: kluby osiedlowe, domy kultury, szkoły, ośrodki pomocy społecznej, organizacje pozarządowe. Zespoły tych instytucji nie skupiają się jednak na jednym tylko obszarze działania, np. ekologii, kulturze czy pomocy społecznej, ale patrzą na daną społeczność całościowo, starając się odpowiadać na wszystkie potrzeby swojego środowiska. Najważniejszą zasadą CAL jest realizowanie działań na rzecz miejscowości czy osiedla przy zaangażowaniu mieszkańców, organizacji, instytucji, firm.

- Wierzymy, że dzięki temu instytucje CAL-owskie stają się autentycznymi placówkami obywatelskimi i społecznościowymi - tłumaczy Bohdan Skrzypczak, prezes stowarzyszenia. - Mogą lepiej wykorzystywać swoje zasoby finansowe czy ludzkie, a przede wszystkim stają się rozsadnikami aktywności obywatelskiej. Teraz w sieci mamy blisko 200 instytucji, które skończyły szkolenia i identyfikują się z naszym wzorcem aktywności lokalnej, realizując hasło "pomóżmy ludziom, aby mogli pomóc sobie sami".

Smutek animatora

Drugi program stowarzyszenia to szkoła Animatorów Społecznych. Skrzypczak: - Są ośrodki, ale są też potrzebni w tych ośrodkach ludzie, którzy tę ideę będą realizować. Owszem, trzeba mieć iskrę Bożą, bo nie każdy ma tyle odwagi czy samozaparcia, by np. zorganizować grilla dla sąsiadów, ale animacji można się nauczyć. Chcemy, by ludzie sięgnęli w głąb siebie, uwierzyli, że narzędziem i źródłem zmiany są oni sami. Nie instytucja, nie przepisy, nie opcja polityczna, ale człowiek.

Podczas warsztatów CAL kursanci uczą się, jak budować koalicje lokalne, planować, realizować projekty, współpracować z wolontariuszami, zbierać informacje i badać potrzeby.

Kiedy Maciej Żywno przyjechał do Wasilkowa, nazywanego sypialnią Białegostoku, nie działo się tu nic. Ośmiotysięczna miejscowość leżąca na skraju Puszczy Knyszyńskiej była według CAL-u­

"społecznością, która śpi".

- Mając 21 lat, wygrałem konkurs na kierownika ośrodka kultury i musiałem się zmierzyć nie tylko z lokalnym marazmem, ale i przejść przez wszystkie mechanizmy biurokracji samorządowej - tłumaczy Żywno. - Przede wszystkim zastanawiałem się, co zrobić, by uaktywnić młodzież i seniorów - grupy, które w lokalnych społecznościach zazwyczaj najłatwiej zaangażować. Powołaliśmy klub seniora, różniący się od innych, bo w wieku 21 lat byłem tam przez dwa miesiące naczelnym seniorem. Nikt nie chciał tego stanowiska.

Wkrótce Wasilków stał się "społecznością, która marzy". Młodzi chcieli, by ich miejscowość stała się centrum kulturalnym dla Białegostoku i by to białostocczanie przyjeżdżali do nich na wydarzenia kulturalne, zaś seniorzy zapragnęli comiesięcznych bali. W niedługim czasie mieszkańcy Wasilkowa przeszli w stadium "społeczności, która działa". Seniorzy zaczęli organizować bale, akcje charytatywne, spotkania dla samotnych. Młodzi - rajdy, koncerty.

- Do legendy Wasilkowa przeszedł rajd, podczas którego seniorzy zabrali wnuki na szlak tatarski - wspomina Żywno. - Wycieczka nabrała zupełnie innego wymiaru, bo starsi opowiadali młodszym wspomnienia z dzieciństwa. Wkrótce rzeczywiście stało się tak, że Białystok zaczął przyjeżdżać do Wasilkowa, bo tutaj działo się więcej niż w dużym mieście.

- Dobry animator powinien umieć słuchać ludzi, wykorzystywać ich siłę, traktować ich jak partnerów, ale wystrzegać się eksperckości - wyjaśnia Bohdan Skrzypczak. - Podejmowanie decyzji trzeba zostawić ludziom, nawet jeśli ich wybory nie są po myśli animatora. To trudne, bo trzeba się nauczyć roli asystenta. I, co chyba najważniejsze - nazywamy to "smutkiem animatora" - pewnego dnia trzeba odejść, zostawić grupę, projekt. To bywa bolesne, bo ludzie zaczynają uważać animatora za zdrajcę.

Maciej Żywno odszedł z Wasilkowa: - Ludzie mieli do mnie trochę żalu. Część akcji umarła, ale sporo inicjatyw jednak przetrwało. Najważniejsze, że w wielu osobach udało się zakorzenić potrzebę bycia aktywnym w społeczeństwie. Widuję ich teraz w samorządach studenckich, są wolontariuszami w organizacjach pozarządowych, niektórzy stali się politykami, ale o bardziej społecznym charakterze.

Nie tylko animator daje coś z siebie, sam także czerpie korzyści ze swojej działalności. Teresa Jankowska z Brzeszcz niedaleko Oświęcimia trafiła na szkolenie CAL-owskie kilka lat temu. Nigdy wcześniej nie zajmowała się działalnością społeczną i krok po kroku wdrażała idee animacji.

- Może nie miała spektakularnych osiągnięć, bo nie udało jej się pozyskać, np. 10 mln euro, ale zrobiła to, co było najważniejsze - pozyskała mieszkańców - mówi Skrzypczak. - W drobnych akcjach, np. rajdzie rowerowym, potrafiło wziąć udział kilkaset Brzeszczan.

A nie była to łatwa społeczność: związana z kopalnią, gdzie mężczyźni są z reguły górnikami, kobiety pracują w domu. Społeczność skupiona na rodzinie, mniej na działalności dla innych, z silnymi postawami roszczeniowymi. Ludzie przekonani, że kopalnia może im zapewnić wszystko, musieli zmierzyć się z czasami, kiedy z racji coraz mniejszej rentowności kopalń likwidowano kolejne udogodnienia socjalne. Teresa zaczęła składać społeczność od nowa.

- Projekty były różne - mówi Skrzypczak. - Badania tożsamości, rajdy rowerowe, praca z mieszkańcami na wsi. Po kilku latach zaczęło to powoli tworzyć całość. Ludzie stali się aktywniejsi, bezrobotni, którzy byli wolontariuszami, zaczęli szukać pracy. Doceniono to i Teresa została wybrana na burmistrza, ze świetnym wynikiem ponad 60-procentowego poparcia.

Teresa Jankowska jest przykładem, że władza samorządowa nie powinna bać się aktywnej społeczności. W Polsce wciąż bowiem pokutuje opinia, że jeśli ludzie będą się stowarzyszać, będą czegoś od władzy chcieć, przez co staną się zagrożeniem. Tymczasem, według przedstawicieli stowarzyszenia CAL, jest inaczej - dobrze zorganizowana społeczność wspiera swój samorząd.

Marketing a animacja

Animator, według CAL-u, sukces odnosi wtedy, gdy ludzie, z którymi pracuje, powiedzą: "to, co zrobiliśmy, jest nasze".

- A animator? Co on zrobił? - pyta Skrzypczak. - To istotne pytania, bo często jest zatrudniony w jakieś instytucji i musi się rozliczyć z działalności. Mam kolegę, który pracuje w domu kultury w Gołdapi. W pewnym momencie dzwoni do mnie i mówi: "Nic już nie mam, bo wszystko jest na zewnątrz. Robią to sami". "To odniosłeś sukces" - odpowiadam. "No dobrze, ale dyrektor pyta, co ja zrobiłem. Opowiedziałem mu o powołaniu lokalnego funduszu przydzielającego stypendia, powołaniu kilku stowarzyszeń, uruchomieniu programu aktywizacji młodzieży wiejskiej". "No tak" - upierał się dyrektor kolegi. "Ale to oni, a co robi dom kultury?". No i kolega nie może powiedzieć, że to od niego wyszło, bo gdyby się pod tym podpisał, zaprzeczyłby całej idei animacji. Odebrałby ludziom to, co zrobili.

Dlatego stowarzyszenie CAL wraz z Katedrą Pedagogiki Społecznej Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego, Instytutem Studiów Edukacyjno-Społecznych, próbuje skonstruować metodę opisu pracy animatora. To trzeci program CAL-u.

- Żyjemy w czasach efektywności i musimy się wykazać wskaźnikami - tłumaczy Skrzypczak. - Animację trudno zmierzyć, bo efekty często są widoczne dopiero po kilku latach. Nieraz wydawało się, że pracujemy z kimś, a mimo to nic się nie dzieje w jego środowisku - aż tu nagle wybucha ogromna liczba inicjatyw.

Animacja różni się od marketingu tym, że przynosi świetne efekty, ale dopiero po dłuższym okresie - podkreślają trenerzy CAL-u.

Czerwiec dobry na inicjatywy

Czwartym programem CAL-u jest Czerwiec Aktywnych Społeczności.

- Rzuciliśmy hasło: "zróbmy coś dla siebie i dla innych", bo czerwiec to fajny miesiąc, by ludzie zrobili coś razem - mówi Staśka Retmaniak, koordynatorka współpracy i komunikacji sieci CAL. - Nie dajemy superplakatów ani wielkich nagród, nie zapewniamy dużej obsługi medialnej. W tej akcji nie ma całej tej otoczki, jaką posiadają wielkie kampanie społeczne. Tam wszystko podaje się ludziom na tacy, media mają interesujący materiał, cały czas coś się dzieje, a wszystko kończy się pokazem ogni sztucznych. Tu ma być wszystko na ludzką miarę - dla zwykłych ludzi i robione przez zwykłych ludzi.

- Czerwiec Aktywnych Społeczności ma być inny - dodaje Skrzypczak. - Zazwyczaj, by dostać pieniądze na akcje, wszystko musi być "kreatywne". Nie ma w tym nic złego, ale przez to wydarzenia muszą być "podkręcone", wyreżyserowane, by mogły się ładnie sprzedać, by sponsor był zadowolony, by media miały co pokazać, by w sprawozdaniu można było napisać o kolejnym innowacyjnym projekcie. Tu jest inaczej - odkrywamy nową wartość zwyczajnych aktywności. To są antyfestiwale, antykampanie - i okazuje się, że to działa.

W pilotażowym programie Czerwiec Aktywnych Społeczności wzięło udział 30 miejscowości, w drugiej edycji - prawie 100. W tym roku zapowiada się na dużo więcej.

Skrzypczak: - Zbyszek Łukaszewski z Goleniowa na Pomorzu Szczecińskim, który robi naprawdę duże festiwale, ideę naszej kampanii potraktował serio. Postanowił po prostu... sadzić z ludźmi drzewa. Mimo że jest specjalistą od "podkręcania atmosfery" i gdyby chciał, mógłby wykorzystać do promocji swój dom kultury, dał tylko skromny baner, niczego nie nagłaśniał. Na sadzenie drzew przyszło 20 osób, w tym on. Można powiedzieć, że to porażka, ale to było te 20 osób, które rzeczywiście chciały coś zrobić.

Rok później w sadzenie drzew zaangażowało się już dziesięć razy więcej osób. Pocztą pantoflową rozeszło się, że "jest fajnie", na wielu osobach robiła wrażenie świadomość, że zostawiają po sobie coś dobrego, i to na wiele lat. Nikt z mieszkańców Goleniowa nie czuł, że wciągnięto go w jakiś czyn społeczny. Poszli dla przyjemności - dla siebie i dla innych.

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]