Reklama

Błąd numer pięć

Błąd numer pięć

24.12.2018
Czyta się kilka minut
Koniec roku zobowiązuje do podsumowań i rozliczeń, pełnego przygnębienia wchodzenia na wagę celem dobicia się po świętach itp.
W

Wszyscy publikują rankingi najlepszych i najgorszych w najróżniejszych kategoriach (i tak się zazwyczaj z nimi nie zgadzam, więc przestałam je śledzić). Ale faktycznie coś w tym jest – ryty przejścia są potrzebne, więc wraz z ostatnim niewystrzelonym już nigdy fajerwerkiem (brawo, prezydent Trzaskowski!) ja też patrzę wstecz, by wyciągać wnioski na przyszłość i czynić 2019 rok lepszym. Gdybym więc miała zrobić podsumowanie bieżącego, to jedną ze spraw, które pojawiły się w moim życiu w tym roku, a nie było ich wcześniej, będzie AI – sztuczna inteligencja.

Mieszka ona z nami od września. Jest niezbyt duża, płaska i czarna. Obecnie już mocno porysowana z wierzchu i po bokach, niegdyś lśniąca. Przesuwa się po moim domu ruchem w miarę płynnym, prócz tych (częstych niestety) momentów, gdy – wciąż mając potworne wręcz braki w swym skądinąd wspaniałym algorytmie – nie pamięta. Np....

4886

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Wiem, że wielu tego oczywistego stwierdzenia nie przyjmuje do wiadomości ale tak rzeczywiście jest. Żadne algorytmy nie potrafią tchnąć życia w te coraz to bardziej wyrafinowane roboty. A jeśli ktoś/coś nie żyje to nie myśli c.b.d.u. ( co było do udowodnienia ).

inteligencja to jest drobiazg, wszak już dziś smartfony wydają się bić na głowę zdecydowaną większośc ludzkiej populacji - inteligencja to jeden z efektów ewolucyjnego rozwoju życia, pojawia się tam, gdzie życie, więc raczej nad fenomenem życia warto się pochylić, a tu w zasadzie nie mamy już wątpliwości: w przypadku zjawiska biologicznego tam, gdzie odpowiednie warunki i pożywienie, tam organizmy żywe funkcjonują i się rozmnażają - pod tym względem różnego rodzaju oprogramowanie komputerowe zachowuje się identycznie

jeśli myślicie, że wirusy komputerowe powstają spontanicznie w wyniku procesu choćby w najodleglejszy sposób przypominającego ewolucję biologiczną ;)

oczywiście, że można by i komputerowe programy zakwalifikować do produktów ewolucji biologicznej, wszak nie PB je tworzy tylko człowiek, bezsporny ewolucji produkt - ale to nie o taką kwalifikację chodzi, a o istotę życia i inteligencji - btw, Pańskie zastrzeżenia przypominają wypisz wymaluj opinię Płaszczaka na temat 3D

Jak to - tworzy je człowiek? To jednak wirusy komputerowe nie powstają drogą ewolucji, tylko stoi za nimi jakiś Intelligent (and Malicious ;) Design? Jacyś programiści? Toż to czysty kreacjonizm! Przecież jeszcze wczoraj twierdziliśmy, że różnego rodzaju oprogramowanie komputerowe (w tym wirusy - mówi wam to coś?) zachowuje się identycznie jak organizmy żywe, które funkcjonują i się rozmnażają tam, gdzie odpowiednie warunki i pożywienie! Skoro identycznie, to albo organizmy żywe tworzy istota, która sama takim organizmem nie jest - tak jak człowiek nie jest programem komputerowym - albo programy komputerowe ewoluują same z siebie. Tertiam non datur, co w tym przypadku prowadzi do kłopotliwego nonsensu, o ile nie zauważymy w porę, że nie da się wyciągnąć logicznego wniosku z nielogicznego założenia. Mianowicie z twierdzenia, że jeśli człowiek jest "produktem" ewolucji biologicznej, to i jego "produkty", np. programy, można zakwalifikować do produktów ewolucji biologicznej. Quaternio terminorum (ekwiwokacja słowa "produkt"). A zresztą, jakie to ma znaczenie? Jutro Sylwester! Szczęśliwego Nowego Roku!

"funkcjonują i mnożą się" to nie to samo co "powstały", różnica tak znacząca, że aż głupio Panu wytykać [jako że podejrzewam świadome 'głąba rżnięcie'], że jej nie zauważa - owszem, także ewoluują, to programy samouczące się i o nich pewnie też Pan słyszał - również zgoda, że można je śmiało zakwalifikować jako efekt ewolucji umysłu ludzkiego, [który wszak niczym innym jak biologicznym komputerem jest], przeniesiony ze środowiska biologicznego do przestrzeni materii nieożywionej, to tylko kwestia definicji i nic poza tym - podobieństwa pomiędzy mózgiem i jego oprogramowaniem a komputerami są tak uderzające, że aż proszą się o taką kwalifikację, kto tego nie pojmuje najwyraźniej wymaga aktualizacji swego własnego software'u

w konceptualnie różnym procesie (tak różnym, że aż głupio wytykać nieostrzeganie różnicy), mnożą i funkcjonują bez udziału stwórcy. Czysty kreacjonizm w wersji osiemnastowiecznych deistów, którzy musieli jeszcze godzić się na to ostatnie ustępstwo wobec Pana Boga. Dopiero Darwin pokazał, że powstawanie (specjacja) da się wyjaśnić jako uboczny efekt rozmnażania się i funkcjonowania, co mutatis mutandis jest do dziś podstawą wszystkich teorii ewolucji biologicznej. A tu, ni z tego ni z owego, w ramach ewolucji umysł ludzki miał zostać jakoby przeniesiony - przez kogo, na litość za przeproszeniem boską? - ze "środowiska biologicznego" (mózgu?) do "przestrzeni materii nieożywionej". Czy tak, jak Jahwe przeniósł tchnienie życia w glinianego Adama? Nazwijmy też po imieniu tę przestrzeń materii nieożywionej: to komputer, które zapewne też wyewoluował drogą przypadkowych mutacji z lokomotywy parowej. Kończąc, odniosę się jeszcze do programów samouczących się. Coś tam słyszałem, ale dopóki taki program uczy się tylko tego, do czego został stworzony, jeśli na przykład w chwilach wolnych od doskonalenia się w rozpoznawaniu twarzy czy sterowaniu samochodem nie wpadnie na pomysł nauczenia się języka francuskiego lub gry w warcaby (zakładając, że nie jest to program specjalnie zaprojektowany do gry w warcaby), to "samouczenie się" pozostanie jedynie metaforą.

powtórzę, bo w kierunku wyznaczanym bitą przez Pana pianą nie mam ochoty podążać: pod względem funkcjonowania i rozmnażania się w środowisku z odpowiednimi warunkami i pożywieniem różnego rodzaju programy komputerowe zachowują się identycznie jak życie biologiczne, nb przekroczenie przez nie [i to znaczące] poziomu inteligencji ludzkiej jest kwestią czasu - a zresztą, kto wie, czy jak krowy w oborach nie jesteśmy już dziś tuczeni i dojeni? Pan jest tego pewny? sugeruje w takim razie z krową porozmawiać i wybadać, co ona wie o człowieku... - p.s. Pańskie odniesienie pojęcia kreacjonizmu do wynalezienia przez człowieka komputera czy lokomotywy to infantylna, wręcz głupawa sztuczka erystyczna - droga do tych wynalazków była długa i mozolna, zajęła parę milionów lat gatunkowi ludzkiemu, podczas kiedy PB działał na 'pstryk' i 'just like that', nieprawdaż?

Może jeszcze w starym roku dowiem się czegoś wartościowego. Pytanie: czy ta podziwiana przez pana sztuczna inteligencja oprócz tego, że myśli potrafi też odczuwać. Co sprawia tej sztucznej inteligencji przyjemność ? Zapytam bardziej precyzyjnie: gdzie mam ten komputer połaskotać aby go podniecić ?

Proponuję się nie ekscytować. To tylko narzędzia. Człowiek od czasu wynalezienia mapy i zegara rozszerza swoje możliwości intelektualne przy pomocy narzędzi. Neuroplastyczność mózgu umożliwia intelektualne (również na poziomie biologicznym) prześcignięcie narzędzi i poszukiwanie nowych, jeszcze lepszych. Rytualne narzekanie, że "panie, ta technika/IT/IA nas odczłowieczy" jest już nudne.

Tak, zaległości Pan ma i procesor zawirusowany, to gołym okiem widać +++ zacząłem od wirusów komputerowych i podobieństw łączących je z biologicznymi formami życia, napomknąłem o AI - a Pan wmawia mi, że ją podziwiam, i przeskakuje na temat odczuć. +++ Otóż popełnia Pan po pierwsze błąd podstawowy taki, że posądza inteligencję [ludzką, domyślam się] o to, że "myśli" i o zdolność odczuwania - jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Inteligencja wszystko jedno czyja i jaka jest pojęciem abstrakcyjnym, [w różnych definicjach określanym jako "zdolność do..."] i absolutnie pozbawionym cech podmiotowości w kontekście odczuć. Nie mam pojęcia jak Pan sobie inteligencję wyobraża - może podobnie jak Pana Boga? z krótką, szpakowatą bródką i w okularach?... +++ Po drugie, to warto by się Panu zastanowić nad pojęciami "odczuwanie" i "świadomość" - pytanie na początek czy wirusy biologiczne odczuwają? Nie? Dziękuję, spodziewałem się takiej odpowiedzi. W takim razie KTO lub CO odczuwa i gdzie jest granica pomiędzy TYM co odczuwa a co nie? czy człekokształtne odczuwają? a koty? psy? chomiki? żaby?.... itede aż do wirusa oczywiście? Podniecał Pan kiedyś wirusy? Zna Pan granicę? Nie? Wiedziałem. Bez wątpienia nie chodzi wszakże Panu o 'gołe' odczuwanie, bo nawet jednokomórkowce muszą 'odczuwać' skoro reagują - na przykład na światło. Pytanie zatem kolejne jest o świadomość, autoświadomość - czym są, i czy są konieczne do odczuwania itede. Ale Panu przecież nie o to chodziło, tylko tak sobie walnął z nudów jak gołąb o parapet, prawda? ❀❀❀ Bardzo zgrabnie, rzeczowo i solidnie przedstawia wskazane powyżej zagadnienia Ken Wilber w książce "Spektrum świadomości". Nie będę Pana zachęcał, bo to pozycja z pewnością na procesor nowszej generacji [jako ciekawostkę dodam tylko, że KW pisał tę dziś już klasyczną i fundamentalną pozycję mając zaledwie 23 lata, chapeau bas...] ❀❀❀ A już najbardziej konkretnie i dogłębnie temat rozpracowuje Zen - ale i to niestety nie dla Pana, pozostaje więc mu łechtać komputer❀❀❀

dopisujemy kolejną klasyczną i fundamentalną. O Zen pamiętamy. Ale czegoś tu brakuje. Gdzie teoria brzdęk-brzdęk i pierdylion 111-wymiarowych wszechświatów? ;D

ale a propos Pańskich braków, próbując żartować na temat teorii strun dołącza Pan chcąc nie chcąc do tych, co spalili G. Bruno, więzili Galileusza, pluli na Darwina, wyśmiewali się z Einsteina - zdaję sobie sprawę, że nauki ścisłe, w szczególności współczesna fizyka teoretyczna, nie są dla każdego, ale mimo wszystko dziwię się, że się Panu ostrzegawcza lampka nie zapala kiedy pisze takie farmazony?... +++ [p.s. na temat teorii stron świetną książkę napisał Brian Green, "Piękno Wszechświata", dokładam do moich propozycji dla ciekawych świata razem z cytowanym wczesniej L. Susskinda "Kosmicznym Krajobrazem"]

przepraszam, w czuły punkt wyznawcy wiadomej teorii. Ale żeby z powodu żarciku od razu posądzać mnie o chęć rozpalania stosów? A już Einstein, prototyp naukowego celebryty i facet, który na swoim najsławniejszym zdjęciu wywala język, najmniej się nadaje na patrona wyśmiewanych i prześladowanych geniuszy. Natomiast co do lektur, to czy naprawdę są one niezbędne, jeśli i tak "najbardziej konkretnie i dogłębnie temat rozpracowuje Zen"? Przecież mistrzowie Zen czytali niewiele (trudno to robić w pozycji lotosu, z zamkniętymi oczyma), a jeśli w ogóle coś, to na pewno nie Wilberów i Greenów. Chodzi im wszak o pozbycie się niepotrzebnej wiedzy i powściągnięcie ciekawości złudnego świata materii. Celem i najwyższym ideałem w Zen jest osiągnięcie stanu zwanego 無心, co tłumaczy się na ogół poetycko, ale "pusty łeb" też pasuje. Zgadzam się, to nie dla mnie. No, ale może komuś obdarzonemu bez mała boską inteligencją (krótka, szpakowata bródka i okulary to aby nie autoportret?) 無心 przychodzi bez trudu bez względu na to, co czyta? ;)

Zen jest drogą p r a k t y k i [medytacyjnej], książki dla tych, co lubią w i e d z i e ć, cokolwiek to znaczy - jednak nieprzypadkowo w wielu z nich ostatnia rada brzmi "nie czytaj, praktykuj!" ⚛⚛⚛ "pusty łeb" miał rozumiem zabrzmieć ironicznie, aby ten z lekka głupawy śmiech przytłumić polecam J. Krishnamurti, "Wolność od znanego", tam znajdzie Pan wyjaśnienie przytoczonej frazy ⚛⚛⚛https://www.pistis.pl/biblioteka/Jiddu%20Krishnamurti.pdf⚛⚛⚛ p.s. mistrzowie zen nie tylko czytali, ale i pisali - ba, dalej czytają i piszą, przykładem choćby wspomniany przy innej okazji Willigis Jäger - i proszę się nie zamartwiać, że temat nie dla Pana, wokół mnóstwo podobnie oklapkowanych

teozofią i okultyzmem. Buddystą nie był nawet przez chwilę. Ten drugi to benedyktyn, czyli nominalnie katolik, ale i w przedziwny sposób jednocześnie buddysta z okcydentalizującej japońskiej sekty, wymyślonej dla orientalizujących Amerykanów i Europejczyków. Synkretyzm nie jest niczym nowym, a Niemcy zawsze mieli feblik do wschodnich mistycyzmów, ale to tutaj to jakiś misz-masz, do którego można dorzucić kabałę, Hildegardę z Bingen i Teksty Piramid, i nikt nie wyczuje różnicy w smaku. Podawać jak zwykle w kuble, wymieszane, z listkiem mięty. Było "Tao Kubusia Puchatka" i "Te Prosiaczka", może być "Zen Kłapouchego". Byle tylko brać rekreacyjnie, a nie nałogowo - trochę medytacji między latte a joggingiem na pewno nie zaszkodzi. A niejednemu naprawdę przydałoby się porządne wietrzenie mózgownicy przed kolejną ambitną lekturą ;)

tyle, że niewiele z tego wynika - i o tym między innymi pisze JK - gdyby Pan tę książkę przeczytał i ją zrozumiał, nie pisałby tych dyrdymałów - zachęcam raz jeszcze do lektury, także innych dzieł autorstwa JK [jest wiele klipów z jego wykładami na YT], potem ewentualnie do zastanowienia się nad etykietką dla siebie

Zawsze to mówię, religia jest jak alkohol, nadmiar szkodzi, a drinki i mieszanki zwalają z nóg nadspodziewanie szybko :))) Niemniej w umiarkowanych ilościach działa relaksująco ;p

że zen to nie religia, a J. Krishnamurti był wszelkich religii zdecydowanym krytykiem - równie zdecydowanie raz jeszcze polecam wspomniane lektury

Z mojej prymitywnej perspektywy religią jest wszelka pasja która wzmacnia ludzkie "ego". Niemniej fakt, nieraz bywa toksyczna, zwłaszcza wtedy gdy komuś się wydaje, że inni koniecznie powinni podzielać jego pasje. Też jestem wielkim przeciwnikiem stosowania "przymusu/presji pasji".

Nic nie znaczące etykietki. Istnieje tyle definicji religii, że pojęcie to praktycznie straciło użyteczność jako wspólny punkt odniesienia w antropologii, filozofii czy socjologii. Zacznijmy zatem od próby własnej definicji na użytek tej wymiany zdań. Religią jest według mnie każdy system poglądów i wierzeń, w którym zakłada się istnienie rzeczywistości zasadniczo niepoznawalnej za pomocą zmysłów czy rozumowania, a jedynie poprzez jakiś "wgląd" czy "oświecenie", które osiąga się za pomocą zrytualizowanych praktyk, postrzeganych przez nie-wyznawców jako niemające jasnego związku z poznawaniem, a często pozbawione jakiegokolwiek sensu, np. uczestnictwo w obrzędach, odmawianie modlitw, jedzenie czy niejedzenie czegoś, wędrówkę, odosobnienie, siedzenie godzinami po turecku, inkantacje, próby manipulowania strumieniem własnych myśli itd. A wszystko to w przeświadczeniu, że ideałem (być może nieosiągalnym lub osiągalnym jedynie dla nielicznych, po długim czasie i w drodze wielkich wyrzeczeń) jest całkowite odrzucenie rzeczywistości rozpoznawalnej i oczywistej dla wszystkich ludzi bez żadnych specjalnych zabiegów i przygotowań, i całkowite zespolenie się z tamtą - wyższą, doskonalszą, w pewnym sensie "prawdziwszą". Ideał ten może nawet być z góry uznawany za nieosiągalny w perspektywie indywidualnego życia, ale w każdym razie dążenie do niego jest cenniejsze ponad wszystko. Światopoglądy oparte np. na teoriach naukowych, chociażby najbardziej spekulatywnych i ekstrawaganckich (nie podaję przykładów, żeby nie przeciągnąć struny) nie są religiami, ponieważ brakuje im aspektu praktyki. Ich zwolennicy nie twierdzą, że ich nie rozumiem, bo jem mięso albo nie stoję na jednej nodze przez pięć godzin dziennie, powtarzając "om mani padme hum": czy coś takiego. Z drugiej strony, indyjski rytuał oczyszczający Ajurvedy, oferowany przez ośrodek spa-wellness w Żelechowie, też religią nie jest, bo nie zakłada żadnego światopoglądu, nie stawia wymagań etycznych i nie wiąże się z pragnieniem uzyskania wglądu w cokolwiek, a tylko zmierza do osiągnięcia lepszego samopoczucia. W tym sensie Zen, jak i inne formy buddyzmu praktykowane przez oddanych adeptów, jest religią. "Zen Kłapouchego" oczywiście nie jest, zbliżając się do jogi w fitness klubie, medytacji transcendentalnej w ramach zajęć w-f na uniwersytecie (autentyk!) albo postu Daniela na wczasach odchudzających.

dosyć długa i beznadziejnie zamotana ta definicja, najwyraźniej na miarę [własnych potrzeb] szyta - kto zen nazywa religią, ten najwyraźniej pojęcia nie ma o zen, albo/i o religii ❀❀❀

Czym są?

religia to przede wszystkim system wierzeń i rytuałów, z naciskiem na wiarę w istnienie "nadprzyrodzonych" [? - potoczne, popularne, z sufitu wzięte określenie] sił lub osób - w zen centrum to praktyka głębokiej medytacji [nb wykluczająca elementy wiary w naszym potocznym, religijnym rozumieniu]

Zostawmy taylorowską definicję religii historykom, bo, jak wspomniałem, jest to tylko jedna z kilkudziesięciu nic nie wyjaśniających etykietek, pasująca w dodatku do niektórych zjawisk nie mających z religią nic wspólnego i nie obejmująca niektórych realnie istniejących religii. Definicja Zen natomiast jest urwana albo świetnie zgadza się z... tym, co powiedziałem. Bo co to niby oznacza, że zen "wyklucza elementy wiary w naszym potocznym, religijnym rozumieniu"? Albo powinno za tym pójść wyjaśnienie (nie upieram się, że krótkie i nieskomplikowane) tych swoistych dla zen "elementów wiary" w kategoriach jednak jakoś dostępnych naszemu rozumieniu, albo przyznanie, że Zen można zrozumieć jedynie przez praktykę Zen, czyli zapewne głęboką (jak bardzo?) medytację (nad czym?) u stóp mistrza przez co najmniej dziesięć lat, i to pod warunkiem, że nie zmarnuje się ani jednej minuty (http://przewodnikduchowy.pl/101-opowiesci-zen/koan-zen-35.php). Na przykład na pisanie komentarzy ;) Ewentualnie można nakrzyczeć na niepojętnych (https://mahajana.net/biblioteka/teksty/zen-mistrza-rinzai).

Przymykam oczy. Racjonalność, logika, sens. Jakie mają one znaczenie wobec nieuchronności kresu naszej mizerności cielesno-materialnej? Zamykam oczy mocniej, pora czymś się "znieczulić", o tak !!! nie wiem czy to coś to religia? ale byle "znieczuliła" i byle pomimo znieczulenia pozostać Sobą. Hmmm jak tak mocno zacisnąć oczy to czuję, że tam dalej coś się czai. Pewnie to złudzenie wynikłe z zbyt mocno zaciśniętych oczu, może dobry "towar" powinien tak właśnie działać? a może wyłączając jedne zmysły otwieramy mozliwość innego poznania? Czy ma to jakiekolwiek znaczenie?

Każdy kto kupuje program antywirusowy przyczynia się do budowy "cywilizacji śmierci". Domyślam się, że Zen konsekwentnie promuje programy pro-wirusowe ?

mówi to coś Panu? [póki co dowodzi Pan jak bardzo przeceniamy ludzką inteligencję]

Już wkrótce porozmawiamy o elektrowniach jądrowych. Każda okazja jest dobra aby się trochę pośmiać.

Mój domofon też jest inteligentny. Gdy wciskam klawisze: 1,2,3 i 4 to mój domofon rozszyfrowuje ten tajemniczy kod po czym otwiera drzwi i wpuszcza mnie do domu. Mój domofon jest moim najlepszym przyjacielem. Nigdy mnie nie zawiódł.

Obserwując dyskusję (tu i nie tylko tu) nad fenomenem sztucznej inteligencji (AI) dziwnym dla mnie jest postulat by funkcję inteligencji, ba nawet samoświadomości istnienia koniecznie łączyć z funkcją życia. Mam pewne wątpliwości, czy wszelakie życie aby jest wyposażone w inteligencję? lub czy w ogóle ma(w sensie, że każdy przejaw życia) jakąkolwiek świadomość tego, że istnieje? Może tak? a może nie. Co tam sobie myśli niejaki pantofelek, bakteria czy grzyb? Po prostu są? Czy może coś tam odczuwają? W drugą stronę myślę, że zagadnienie jest równie niejasne. Niemniej łatwo mi sobie wyobrazić, by istniał odczuwający i myślący program komputerowy lub bardziej namacalny przejaw sztucznej inteligencji w postaci robota czy czegoś podobnego (drony, itp.). Zapewne powstanie czegoś takiego to tylko kwestia czasu (o ile już coś takiego gdzieś nie istnieje), niemniej gadżetom dostępnym w handlu szumnie wyposażanym w "sztuczną inteligencję" póki co zapewne jeszcze daleko do takiego stanu. Na kanwie myśli ateistycznej inteligencja jest czymś powstałym na bazie naturalnych procesów ewolucji, zatem odtworzenie tego w sposób sztuczny jest tylko kwestią odpowiedniej wiedzy i technologii. Teiści dla odmiany wierzą w jakieś byty duchowe (zatem nie związane z funkcją życia) które są inteligentne i świadome, zatem dla nich to rzecz w pełni oczywista powinna być, że inteligencja/świadomość absolutnie żadnego życia nie potrzebuje do zaistnienia, zatem jakiś tam "opętany" telefonik, czy robocik też powinien się mieścić w systemie ich pojęć. Zatem inteligentna i odczuwająca "sztuczna inteligencja" to tylko kwestia czasu, być może nawet już dokonanego? Pytanie brzmi jak ułożą się relacje i zależności z nią człowieka? Jedynie odpowiednio szybki kres funkcji życiowych człowieka może zwolnić nas z konieczności odpowiedzi na to pytanie :))) ps. Zastanawiam się jak Kajtuś poradzi sobie ze śniegiem? Co prawda marka samochodu zacna, ale w latach już zaawansowany :)))

Wiem dlaczego liberałowie podchodzą do budowy elektrowni jądrowej ostrożnie jak jeż do miłości. W takiej elektrowni będą śmigały tysiące superszybkich mikroprocesorów tworzących setki systemów zarządzającycyh i zabezpieczających. Skoro Edward boi się smartfona ......

Tyle, że ciągle jeszcze źródłem złowrogiej manipulacji jest drugi człowiek, a nie AI (chyba, głowy za to nie dam). Tak swoją drogą pętla jaką sobie założyliśmy poprzez technologię za pomocą której dobrowolnie umożliwiamy kontrolowanie samych siebie w każdej sferze naszego życia jest czymś o czym np. taki Stalin mógł tylko marzyć. Wcześniej czy później ktoś lub coś to wykorzysta przeciw nam, mam nadzieję, że wtedy będę już trupem.

po pierwsze wyjaśniam pokrótce "co to oznacza, że zen wyklucza elementy wiary w naszym potocznym, religijnym rozumieniu": Philip Kapleau w swej klasycznej już książce "Trzy Filary Zen" ujmuje to m. in. tak: "Buddyzm ma swój początek w najwyższym oświeceniu, którego istotą - jak głosił Budda - jest to, że ludzka natura i wszystko co istnieje jest faktycznie całkowite, bez skazy, wszechmocne, jednym słowem doskonałe. Bez niewzruszonej wiary w to sedno nauki Buddy nie można zajść daleko w praktyce." Innymi słowy podejmowanie praktyki bez wiary w istnienie wartego jej trudu celu jest jak każdy pusty wysiłek raczej skazane na niepowodzenie ⚛⚛⚛ po drugie zauważam, iż najwyraźniej myli Pan medytację z kontemplacją - ta druga owszem, ewentualnie NAD tym czy tamtym, praktyki medytacyjne zen to de facto droga w kierunku całkowitego wyciszenia, okiełznania aktywności umysłu i jego rozproszenia ⚛⚛⚛ po trzecie wreszcie, i uwaga to chyba dosyć istotna, mam pewnie jak i Pan za sobą to samo tradycyjne wychowanie i formację katolicką, wiele lat tkwiłem po uszy w kościele, jego obrządkach, znam na pamięć wszystkie chwyty i frazesy jakich w nim się na bieżąco używa - z całym szacunkiem, ale chętnie pogadam z Panem na te tematy kiedy prócz znajomości 'Ojcze Nasz' i komponowania cienkich żarcików z buddyzmu będzie się Pan mógł także legitymować nie tylko dogłębna wiedzą na temat tradycji zen, ale i praktyką, a niechby i dziesięcioletnią, ale tygodniowa też może Panu pomóc otworzyć oczy - zapewniam, że warto spróbować [jednocześnie lojalnie ostrzegam, że często to droga w jedną stronę, znaczy się - bez możliwości powrotu ㋡]

Proszę się zastanowić nad zacytowanym przez siebie zdaniem i spróbować wyłożyć sobie samemu explicite jego treść, unikając słów, które odbiorca z góry musiałby rozumieć inaczej niż je obecnie rozumie (co jest samo w sobie sprzecznością). Albo ja spróbuję: w VI wieku przed Chrystusem żył sobie w Indiach człowiek, który posiadł najwyższe oświecenie, czyli - jak sama nazwa wskazuje - wiedzę przewyższającą cały dorobek intelektualny ludzkości w ciągu następnych dwudziestu pięciu stuleci (nie wliczając w to, rzecz jasna, tych, którzy z "niewzruszoną wiarą" przyjęli nauki głoszone przez owego człowieka, nazwanego Buddą). "Oświecenie" sugeruje wiedzę jakby "wlaną" z nadprzyrodzonego źródła lub, jeśli Budda doszedł do czegoś takiego wysiłkiem własnego intelektu, nadprzyrodzoną naturę jego samego. Co w sumie na jedno wychodzi. W żadnym razie nie mógł być to "zwykły" wybitny myśliciel pokroju Arystotelesa, Hegla czy nawet Einsteina, bo ani nie przypisywali sobie "najwyższego oświecenia" (jakkolwiek Hegel był pewien, że jego system w zasadzie wieńczy dzieje powszechne filozofii ;), ani też nikt nie domaga się "niewzruszonej wiary" w głoszone przez nich nauki i teorie. Zainteresujmy się zatem treścią, wręcz "istotą" owego najwyższego oświecenia. "Ludzka natura i wszystko co istnieje jest faktycznie całkowite, bez skazy, wszechmocne, jednym słowem doskonałe". Przyjmijmy za dobrą monetę niezbyt jasną "ludzką naturę", czyli domniemaną właściwość wspólną wszystkim ludziom i zarazem odróżniającą ich od reszty przyrody ożywionej, chociaż właściwie nie wiadomo po co w ogóle o niej mowa, skoro i tak za chwilę zrównamy ją ze "wszystkim, co istnieje". To "wszystko" jest "faktycznie całkowite" (umielibyśmy powiedzieć, jak wyglądałoby, gdyby było niefaktycznie całkowite lub faktycznie niepełne?), "bez skazy" (o. Rydzyk też, skoro istnieje?) i "wszechmocne". Zaprawdę, niewzruszoną wiarę musi mieć ten, kto bez mrugnięcia opowiada kocopoły o wszechmocy "ludzkiej natury". Chyba, że nie chodzi mu o przyrodzoną kondycję człowieka - na ogół mizerną, w żadnym wypadku nie wszechmocną - ale o jakiś jej aspekt... no, tego... nadprzyrodzony. Czyli w końcu musieliśmy dojść do religijnego charakteru Zen nawet w uproszczonym taylorowskim rozumieniu. Jest to religia bez wątpienia lepiej nadająca się do "oswojenia" przez współczesny, niereligijny umysł jako swego rodzaju używka duchowa, ponieważ na metafizyczne pytania oferuje odpowiedzi w języku pozornie niereligijnym - pewne trudności (np. sławetne unde malum?) po prostu ignorując lub przypisując je odrzuceniu objawienia... pardon, oświecenia - oraz odstresowujące rytuały "głębokiej medytacji". Tyle że w tej roli równie dobrze spisuje się psychoanaliza i fitness, i to bez pseudofilozoficznej napinki.

Pan przekracza granice nie tylko swej elokwencji, ale i kompetencji - oświecenie to nie wiedza, o buddyzmie czy zen ma Pan pojęcie jak kura o gwiazdach, i próbuje w nich dziobać jak ta w otrębach - ponawiam zachętę do uczciwego i pozbawionego egoistycznej alergii zaznajomienia się z kilkoma tysiącami lat dorobku [nie tylko Wschodnich] tradycji poznawania ludzkiego Umysłu i odkrywania Rzeczywistości - misjonarskich zapędów nie mam, więc zostawiam Pana sam na sam ze sobą

przyjacielu Kłapouchy swoim Zenem. Jesteś zaiste "niewzruszony w wierze" (może powinienem napisać Wierze - skoro odnosi się ona do Umysłu i Rzeczywistości) albo raczej uparty jak oshō.

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]