Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Młodzi chcą słuchać świadków

Młodzi chcą słuchać świadków

08.06.2015
Czyta się kilka minut
Karl Wilhelm Fricke, znawca dziejów NRD: Na czele naszego państwa stoją dziś Joachim Gauck i Angela Merkel, oboje wywodzący się z byłej NRD. W historycznej perspektywie to również sukces rewolucji z 1989 r.
Rekonstruowanie zniszczonych dokumentów w dawnej siedzibie Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwa NRD. Berlin, styczeń 2005 r. Fot. Torsten Leukert / VARIO IMAGES / FORUM
W

WOJCIECH PIĘCIAK: W Pana życiu jak w lustrze odbija się najpierw historia NRD, a potem historia rozliczeń z NRD. W 1955 r. jako 25-letni dziennikarz został Pan porwany przez Stasi, uśpiony, wywieziony z Berlina Zachodniego do NRD i skazany na ciężkie więzienie. Po upadku komunizmu przed sądem stanął niejaki Hans Reinwarth – sędzia, który Pana skazał. Rozmawiał Pan z nim?
KARL WILHELM FRICKE: Nie, uznałem, że to nie ma sensu. W 1994 r. na jego procesie wystąpiłem jako oskarżyciel posiłkowy. On był wtedy jedynym już żyjącym z ludzi, którzy odpowiadali za moje porwanie, śledztwo i proces. Powiedzieć, że wykazał skruchę, byłoby przesadą. Ale pokazał, że ma świadomość, iż nie jest niewinny. Powiedział na sali sądowej, że gdyby miał wtedy poczucie, iż czyni coś niezgodnego z prawem NRD, to by mnie przeprosił. Przynajmniej tyle.
W mojej sprawie Reinwarth został uniewinniony. Uznano, że jako sędzia nie miał świadomości bezprawia, które faktycznie uczynił, więc nie może zostać skazany za złamanie prawa. W czasach NRD ten sędzia orzekał też w innych sprawach politycznych, i za to został w końcu skazany. Ale wyrok nie zdążył się uprawomocnić, Reinwarth zmarł.
Pytam o to także dlatego, ponieważ w jednym z tekstów z lat 90. pisał Pan, że spośród kilkuset ludzi NRD-owskiej nomenklatury, sądzonych po 1990 r., tylko jedna osoba – niejaki Alfred Trapp, który skazywał świadków Jehowy – wykazała skruchę.
Nie jestem pewien, czy koniec końców był on jedyny, czy potem nie było jeszcze podobnego przypadku. Ale istotnie, było to niezwykle rzadkie. Zresztą nie tylko w odniesieniu do osób sądzonych po 1990 r. Generalnie działacze partyjni, funkcjonariusze Stasi czy konfidenci niemal nigdy nie przyznawali publicznie, że czynili coś złego. Ludzie dawnego reżimu kolektywnie wyparli ze świadomości fakt, iż sposób, w jaki w NRD funkcjonowały np. tajna policja, prokuratura czy sądownictwo, był bezprawny systemowo. Że nie sposób uznać tego za „wypadki przy pracy”. Istota systemu opierała się na motywowanym ideologicznie bezprawiu.
Jednak ściganie tego bezprawia okazało się trudne. Po 1990 r. w Niemczech prokuratura wszczęła kilkadziesiąt tysięcy postępowań, ale do sądów trafiło tylko ok. 800 aktów oskarżenia, a zapadło ok. 300 wyroków, głównie w zawieszeniu.
Rzeczywiście, rozliczenia prawnokarne okazały się bardzo problematyczne. Ale inaczej pewnie być nie mogło. W traktacie zjednoczeniowym z 1990 r., będącym podstawą włączenia byłej NRD do Republiki Federalnej, zapisano zasadę, iż ścigane mogą być tylko te czyny z czasów NRD, które były karalne w myśl ustaw obowiązujących w NRD. To głównie z tego powodu po 1990 r. przed sądami stanęło tak niewielu prominentów partyjnych, którzy odpowiadali przecież za cały system i tak niewielu sędziów, prokuratorów i ludzi Stasi.
Podobnie było w Polsce i innych krajach Europy Środkowej. Panuje tu powszechny pogląd, iż postępowania sądowe to najmniej udany aspekt rozliczeń z komunizmem. Słowem – że to porażka.
Porażka to może przesada. Ale na pewno ten rozdział rozliczeń obciążony jest, że tak powiem, deficytami... To fakt. Wytłumaczyć można to jedynie w ten sposób, że nie można było postąpić inaczej, nie naruszając zasad państwa prawa.
Były też inne deficyty rozliczeń w Niemczech?
Myślę, że na początku, po otwarciu w 1992 r. archiwów Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwa (Stasi), za mocno koncentrowaliśmy się w debacie publicznej na samej Stasi, jej funkcjonariuszach i współpracownikach. Przesłoniło to fakt, że Stasi była „mieczem i tarczą” rządzącej SED (Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec). To znaczy, iż polityczną odpowiedzialność i współwinę za działalność Stasi ponosi partia. Ludzie bezpieki, którzy zresztą aż do końca sami siebie nazywali niemieckimi czekistami, działali na zlecenie partii. Tymczasem w procesie „przepracowywania” historii Stasi, na samym początku fakt ten nie był dostatecznie uwzględniany. Dziś w debacie publicznej została przywrócona właściwa proporcja.
Jednak formacja postkomunistyczna, występująca kiedyś jako Partia Demokratycznego Socjalizmu (PDS), a dziś Partia Lewicy, zawsze mogła liczyć w byłej NRD na stabilny elektorat.
Sukcesy wyborcze PDS miały głównie przyczyny socjalne. PDS przyjęła postawę totalnie opozycyjną i nawet gdy obejmowała władzę w samorządach czy rządach wschodnich landów, prezentowała się jako partia krytykująca system i jego deficyty, np. wysokie bezrobocie w b. NRD w latach 90. Korzystała z niezadowolenia społecznego. A że na 16 mln obywateli NRD większość nie doświadczyła represji, więc korzenie PDS/Lewicy wielu nie przeszkadzały. Trzeba też przyznać, iż władze PDS, w których kluczową rolę odgrywał i odgrywa Gregor Gysi, postępowały zręcznie. I miały pieniądze. Zanim NRD upadła, SED zdążyła zabezpieczyć część swego majątku na zagranicznych kontach. Do dziś może z tego korzystać. To jedna ze spraw, które nigdy nie zostały do końca wyjaśnione. Choć popularność PDS/ /Lewicy ma granice. SED miała 2 mln członków, a PDS/Lewica ma ok. 30 tys., z tendencją malejącą.
Wspomniał Pan Gysiego. Choć od lat zarzuca mu się, że był konfidentem Stasi, jest on nadal jednym z głównych polityków Partii Lewicy. Jak to możliwe?
Bo nie ma dokumentów, lecz jedynie świadectwa ludzi. Gysi rzecz jasna zaprzecza, że występując jako adwokat-obrońca w sprawach politycznych, np. Roberta Havemanna, współpracował ze Stasi. Twierdzi, że owszem, rozmawiał z bezpieką, ale w interesie klientów. Tymczasem pytanie brzmi, czy on w ogóle nie podejmował się obrony opozycjonistów z polecenia Stasi? Być może sprawa Gysiego będzie mieć wkrótce ciąg dalszy. Prokuratura rozważa bowiem postawienie mu zarzutu złożenia fałszywego oświadczenia pod przysięgą [Gysi zapewniał, że nie przekazał Stasi informacji uzyskanych podczas rozmowy z dziennikarzem z RFN, podczas gdy odnalezione dokumenty sugerują coś innego – red.].
Wracając do bilansu rozliczeń: w innych krajach Europy Środkowej Niemcy są często postrzegane jako wzór...
...i pewnie nie jest to pogląd bezzasadny. Na pewno wzorcowym instrumentem jest ustawa z 1991 r. o otwarciu akt Stasi. Ona nie tylko reguluje dostęp do akt, lecz zawiera też komponent naukowy i edukacyjny – i jest w ogóle jednym z fundamentów dla historycznych, politycznych i prawnych rozliczeń z komunizmem w NRD. Warto pamiętać, że założenia tej ustawy nie zostały narzucone przez Niemców z Zachodu, lecz były postulatem i potem dziedzictwem pokojowej rewolucji w NRD z jesieni 1989 r. To ludzie, którzy zrobili tę rewolucję, ocalili archiwa przed zniszczeniem, okupując od grudnia 1989 r. kolejne komendy Stasi, a potem, podczas rokowań nad traktatem zjednoczeniowym, naciskali, by umożliwić dostęp do archiwów zarówno historykom i dziennikarzom, jak też zwykłym obywatelom. Dziś widać, że to się sprawdziło. Kilka milionów obywateli poprosiło o prawo wglądu w swoje akta. Aparat Stasi to jeden z najlepiej przebadanych rozdziałów historii NRD. Ale choć minęło 25 lat, nadal nie wszystko jest przebadane – co może nie powinno dziwić, skoro akta liczą jakieś 111 km bieżących... Nadal ujawniane są nowe materiały. A jeśli uda się rekonstrukcja pociętych dokumentów za pomocą komputerów, można się spodziewać, że na jaw wyjdzie jeszcze niejedna historia.
Pan zapewne oglądał swoje akta?
Tak, dość wcześnie uzyskałem dostęp, zaraz na początku. Niektóre sprawy stały się dla mnie zrozumiałe dopiero, gdy przejrzałem te kilka tysięcy stron. Dla mnie to było ważne doświadczenie. I ważne źródło, napisałem potem o tym książkę.
Twórca i pierwszy szef urzędu ds. akt Stasi, Joachim Gauck, jest dziś prezydentem Niemiec. Dla Pana to symboliczne?
To w ogóle znamienne, że na czele państwa stoją dziś Joachim Gauck jako prezydent i Angela Merkel jako kanclerz – oboje wywodzący się z byłej NRD. Powiedziałbym, że w historycznej perspektywie to również sukces pokojowej rewolucji z 1989 r. A także sygnał, iż zrastanie się podzielonego kiedyś kraju jest rzeczywiście faktem.
Kilka lat temu pisał Pan: „Nie można zakończyć rozrachunków z NRD, jak długo ta przeszłość ma wpływ na dzień dzisiejszy i przyszłość ludzi w tym kraju. To potrwa jeszcze przez pokolenie. A może dłużej”. Co to znaczy: „ma wpływ”?
Rozrachunki z przeszłością – czy też, jak mówimy w Niemczech, jej „przepracowywanie” [niem. Aufarbeitung] – to w gruncie rzeczy uprzytomnienie sobie istoty tego, co się wydarzyło w przeszłości, by lepiej kształtować teraźniejszość i przyszłość. A także, aby z tej przeszłości wyciągać jakieś nauki. Również po to, żeby podobne zbrodnicze dyktatury nigdy się nie powtórzyły. Używam liczby mnogiej – dyktatury – bo mówiąc o „przepracowywaniu” przeszłości, my w Niemczech odnosimy to nie tylko do komunizmu, ale też narodowego socjalizmu.
Czy widzi Pan związek między faktem, że po 1991 r. w Rosji nie było żadnych obrachunków z dziedzictwem sowieckiego komunizmu, a tym, co dzieje się tam dzisiaj?
Oczywiście. Dziś mamy w Rosji do czynienia z ożywianiem stalinowskiej polityki. Stalin jest znów honorowany. Wprawdzie Putin, sam były czekista, nie popełnia podobnych zbrodni jak Stalin, ale jego stosunek do takich wartości jak praworządność, demokracja czy polityczne upodmiotowienie obywateli jest bardzo ambiwalentny, oględnie rzecz ujmując.
Mówiliśmy już, że Niemcy postrzegane są jako wzór. Ale z drugiej strony, to z Niemiec pochodzi sformułowane po 1990 r. przez byłą działaczkę opozycji stwierdzenie: „chcieliśmy sprawiedliwości, a dostaliśmy państwo prawa”. Jaka jest więc prawda?
Tak, to słowa Bärbel Bohley, dziś już nieżyjącej. Nadal często cytowane. Myślę, że podpisałoby się pod tym wielu ludzi z dawnej opozycji, którzy nie chcieli zrozumieć czy zaakceptować tego, że o ile na jednej szali mamy poczucie sprawiedliwości, to na drugiej jest właśnie państwo prawa, które wyznacza tu granice. Problem dotyczy nie tylko Niemiec i nie tylko komunizmu. Ma charakter uniwersalny: chodzi o zasadniczą trudność państwa prawa w uporaniu się ze spuścizną po dyktaturze. Okazuje się, że przy pomocy narzędzi, które daje nam państwo prawa, nie sposób przywrócić pełnej sprawiedliwości. To przyczyna, dla której wiele ofiar dyktatury i wielu opozycjonistów jest niezadowolonych.
A Pan?
Ja mogę zrozumieć ich odczucia, choć ich nie podzielam. A mówię to jako ktoś, kto nie tylko doświadczył na własnej skórze NRD-owskiego bezprawia, ale miał też po 1990 r. dobry wgląd w ten system.
Był Pan przez osiem lat ekspertem komisji Bundestagu zajmującej się właśnie dokumentowaniem i oceną systemu NRD.
I również patrząc z tej perspektywy uważam, że historyczno-polityczne rozliczenia z NRD to jednak sukces. Z różnymi deficytami, ale sukces.
W 2007 r. „Tygodnik” opublikował Pana esej o ludziach z SED i Stasi, którzy we wspomnieniach wybielają system.
Nazwałem to post-dyktatorskim rewizjonizmem historycznym. Wybielanie, banalizowanie, dezinformowanie – tak można podsumować książki i wspomnienia, których autorami są dawni działacze partyjni i funkcjonariusze Stasi, w tym funkcjonariusze wywiadu NRD. Ci ostatni starają się sprawiać wrażenie, że byli kimś lepszym, częścią światowej „rodziny wywiadowczej”. Tymczasem również wywiad NRD służył dyktaturze, a sens jego istnienia nie różnił się od sensu istnienia departamentów zwalczających opozycję. Jedne i drugie były elementami tego samego systemu represji, miały stabilizować władzę, tyle że na innym froncie.
Jest Pan zapraszany przez szkoły?
Tak, czasami.
Gdy rozmawia Pan z uczniami liceum, jak tłumaczy im Pan, że to, co zrobiono w ostatnich 25 latach, całe to „przepracowywanie”, było zasadne?
Mówię, że ważne jest poznanie prawdy. Że to ważne także dla demokracji, dla naszych wartości. I także po to, aby – jak już wspominałem – coś takiego się nie powtórzyło. Niekoniecznie od razu jako dyktatura, ale też pod postacią tendencji ekstremistycznych z prawa czy lewa. Podczas takich spotkań widzę, iż młodzi ludzie są zainteresowani historią, choć legenda głosi, że ich to nie obchodzi. Bywało, że spotkanie miało trwać godzinę, a trwało grubo ponad dwie. Może dlatego, iż patrzą na mnie jak na świadka? Młodzi najwyraźniej chcą słuchać świadków. Również tych, którzy mogą jeszcze opowiedzieć o czasach narodowego socjalizmu, tej pierwszej dyktatury w Niemczech.
Był Pan porwany i więziony kilka lat, władze NRD aresztowały też Pańską matkę za kontakty z Panem. Jak osobiście poradził Pan sobie z tym wszystkim?
Gdy zostałem zwolniony i wróciłem do Niemiec Zachodnich, nie uciekałem od wspomnień, ale natychmiast zabrałem się za spisywanie tego, co przeżyłem. W więzieniu cały czas byłem w pojedynczej celi i układałem sobie w głowie, jak to wszystko opisać. Tego się trzymałem: że jak wyjdę, muszę to opisać.
Zwolnili Pana z więzienia w 1959 r. Czy potem Panu się to śniło?
Bywa, że śni mi się jeszcze dzisiaj. ©℗

KARL WILHELM FRICKE (ur. 1929) jest uważany za jednego z najbardziej kompetentnych znawców NRD i rozliczeń z NRD. Pierwszy raz aresztowany w 1949 r. (za krytykę systemu), uciekł z aresztu i dostał się na Zachód, gdzie ukończył studia i został dziennikarzem; pisał o życiu w NRD. Porwany przez Stasi, spędził 4 lata w ciężkim więzieniu. Zwolniony, przez kilka dekad był w RFN dziennikarzem. Autor wielu książek.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, kierownik działów Świat i Historia. Ur. 1967 r. W „Tygodniku” zaczął pisać jesienią 1989 r. (o rewolucji w NRD; początkowo pod pseudonimem), w redakcji od 1991 r. Specjalizuje...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]