Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Wydanie specjalne "Polska Żydowska"

Bal na Titanicu

Bal na Titanicu

14.12.2006
Czyta się kilka minut
Kolejka przed sklepem, rok 1981
1

12 grudnia 1981 r. warszawski radiolog Jerzy Borowicz myślami był już w Libii.

Tuż po świętach Bożego Narodzenia miał wyjechać na kontrakt do Bengazi na zaproszenie tamtejszego uniwersytetu Garyounis. Daleko od chłodu i pogłębiającego się kryzysu. W tamtym czasie Libia była jedną z polskich ziem obiecanych - nie dosyć, że ciepło, to jeszcze fantastyczne zarobki.

Sytuacja atmosferyczna nie była najlepsza. Trzymał mróz, wiało z południowego wschodu.

Ze szpitala przy ul. Banacha, gdzie pracował, doktor Borowicz przywiózł kergulenę - specjał z mórz antarktycznych, wychwalany w sklepach spożywczych sloganem reklamowym "Kergulena twoją rybą". Załatwił po znajomości u kierownika szpitalnego bufetu. Kergulena - ryba o białym, delikatnym mięsie - miała być ozdobą pożegnalnego bankietu, jaki wieczorem państwo Borowiczowie urządzali w swoim M-2 na Ursynowie.

Nad krajem, razem z grubą warstwą chmur, unosiła się groźba nadchodzącego strajku generalnego. Związkowcy z "Solidarności" wyznaczyli jego datę na 17 grudnia, zapowiadali również wielką demonstrację w stolicy. W gazetach nadal dyskutowano esbeckie nagrania z posiedzenia władz "Solidarności" (tzw. krajówki) w Radomiu, mające dowodzić, że władzę w "Solidarności" sprawuje niezdolna do kompromisu ekstrema.

***

Mimo to życie toczyło się niby normalnie. Normalny, zwykły dzień kryzysu. Słońce w znaku Strzelca. Wschód o godzinie 7.36, zachód o 15.24.

Jeden z najkrótszych dni w roku.

Imieniny Adelajdy i Aleksandry.

W restauracjach bufetowe pobierały kaucję za nóż, tłumacząc to notorycznymi kradzieżami sztućców. W warszawskich aptekach brakowało witamin, preparatów krążeniowych i wapniowych, większości antybiotyków, leków przeciwbiegunkowych. Kraj żył groźbą zimowego paraliżu. "Do tegorocznego szczytu energetycznego jesteśmy przygotowani na papierku. Jak Bóg da, urządzenia może zechcą pracować" - informował na łamach najświeższej "Anteny" przewodniczący KKP Energetyków NSZZ "Solidarność" inżynier Marek Gudima.

Gazety zapowiadały, że "w związku z deficytem butelek, na jakie cierpi ostatnio monopol spirytusowy, WSS "Społem" wprowadza nową formę sprzedaży. Za 15 butelek 0,5 litra z gwintem po wyrobach spirytusowych będzie można zakupić dodatkowo - poza kartką - pół litra. Sprzedaż prowadzą wybrane sklepy".

Zakończyła się ogólnopolska operacja profilaktyczno-represyjna "Pierścień", skierowana przeciwko "pasożytom społecznym, narkomanom, paserom i spekulantom": milicjanci skontrolowali 11 tys. tak zwanych melin.

Pod sklepami - kolejki.

Warunki dla narciarzy coraz lepsze. W Wiśle zalegała 36-centymetrowa warstwa białego puchu, w Zakopanem o 4 cm grubsza.

Program telewizyjny zapowiadał m.in. "Muppet Show", konkurs tańca na lodzie pod dwuznaczną nazwą "Moskiewska łyżwa" (w planach jazda dowolna mężczyzn), program wojskowy "Radar", tuż po nim słynny angielski film o weterynarzu pod tytułem "Wszystkie stworzenia duże i małe", odcinek czwarty. Po Dzienniku TV kolejny odcinek serialu "Do krwi ostatniej". Do tego "Gama rozrywki - czarna magia na wesoło", program publicystyczny "W kraju i na obczyźnie". W radiu - program folklorystyczny "Graj gracyku", po nim "Rolniczy kwadrans", audycje publicystyczne o miło brzmiących nazwach "Ze wsi i o wsi" oraz "wersje i kontrowersje". Dla rozrywki od 6 rano szlagiery zespołu Kombi.

Niektórzy szykowali się do wieczornych imienin. Tamtego roku Marii wypadało we wtorek, 8 grudnia.

***

Borowiczowie przygotowywali się do bankietu. Mieszkanie przy ul. Symfonii małe. "Szkatułki Gomułki" - mówili na nie w żartach. A gości zapowiedziało się wielu.

Do bezsennej nocy przygotowywał się również gen. Wojciech Jaruzelski.

Rozkaz wprowadzenia stanu wojennego wydał gen. Czesławowi Kiszczakowi, ministrowi spraw wewnętrznych o godzinie 14. Ta krótka rozmowa telefoniczna kończyła dwumiesięczny okres precyzyjnych przygotowań. Połączone operacje "Azalia" (opanowanie central telefonicznych, wyłączenie telefonów i teleksów), "Jodła" (internowanie członków opozycji) oraz "Klon" (tzw. rozmowy ostrzegawcze z opozycjonistami) dopięte były na ostatni guzik.

O godzinie 15.45 do komend wojewódzkich zaczęły spływać szyfrogramy:

"Ogłaszam hasło SYNCHRONIZACJA. Informuję i zarządzam realizację: 2 Kometa dnia 13.12.1981. godz. 6.00; Rewia dnia 13.12.1981, godz. 6.00 (...)

Towarzyszu komendancie,

Zapadły odpowiednie decyzje. Ogłoszenie nastąpi 13.12.1981 o godz. 6.00 przez radio w programie I".

***

W domu państwa Borowiczów czekały już wędliny (drugiej kategorii, bo innych nie dostali). Żona przygotowywała sałatkę wielowarzywną i jajka na twardo. No i ta kergulena - idealna do smażenia.

Do tego dużo alkoholu. Tylko czysta wódka "Wyborowa".

- Wybór był taki: albo wódka "Bałtyk", ewentualnie z czerwoną naklejką, z monopolowego, albo wizyta w Peweksie - wspomina doktor. - Ja jeszcze miałem tę dobrą sytuację, że pacjenci przynosili koniaki. Brałem te koniaki, szedłem do znajomego kierownika monopolowego i wymieniałem na wódkę.

Borowiczowie, spokrewnieni z Erykiem Lipińskim, zaprosili na Ursynów śmietankę towarzyską ówczesnej Warszawy. Zapowiedzieli się Krzysztof T. Toeplitz, Antoni Marianowicz, Wanda Falkowska, Mieczysław Wilczek, Krzysztof Materna, Edmund Osmańczyk, Karol Małcużyński, Janusz Morgenstern, a także znani architekci i lekarze.

Kergulenę ugotowali i zalali galaretą.

Przegrupowania wojsk miały się rozpocząć za kilka godzin.

***

300 kilometrów na południe kończyła pracę osoba, od której zależał wygląd stołu Borowiczów. To, czy znajdą się na nim wędliny, czy będą naleśniki, knedle, czy też nie będzie nic.

Elżbieta Cesarz-Kowal, wtedy kierowniczka działu zbytu krakowskiej chłodni, miała ręce pełne roboty. - W soboty normalnie pracowaliśmy, na dodatek zbliżały się Święta. Tyle że w biurze było weselej, bo dziewczyny nie miały z kim zostawić dzieci i przychodziły z nimi do pracy. Pamiętam dobrze te dzieciaki, bo żeśmy sobie przekazywały ich rajtki. Jak mały wyrastał z rajstop, to się cerowało, prało dobrze i oddawało tej, co miała mniejsze dziecko - opowiada.

Dzień wcześniej, w piątkowo-sobotnim wydaniu lokalnego "Dziennika Polskiego", ukazał się artykuł pod rozpaczliwym tytułem "Czekamy na zupę grochową", w którym pani Cesarz-Kowal opowiadała o drażliwych kwestiach aprowizacyjnych. Obiecywała, że lada moment na rynek "trafią i trafiać będą systematycznie naleśniki z serem, owoce i jarzyny w szerokim asortymencie, gulasz warzywno-mięsny, kapusta firmowa i staropolska, knedle, pyzy, ryż z warzywami, lody, zupa wiosenna i grochowa", a nawet "pęczak z grochem" i "dostawy truskawek". Z okazji Bożego Narodzenia chłodnia zamierzała rzucić na złakniony rynek specjalną ofertę: "naleśniki świąteczne, z kapustą i grzybami". Krakowianie, i tu sprawa postawiona była z całą ostrością, nie mogli jednak liczyć na mrożonki mięsne: bigos, gołąbki i flaki.

- Tak, flaki, to był dopiero deficytowy towar. Prawdziwy rarytas, na wagę złota - zamyśla się Elżbieta Cesarz--Kowal. - Dzwonili na przykład z innej chłodni i taka była rozmowa: "damy wam tonę flaków, jak weźmiecie jeszcze 10 ton mieszanki kompotowej". Bo owoców nikt nie chciał. A flaki? Flaki to było marzenie.

Panią Cesarz-Kowal ratował deputat do wewnętrznego sklepiku. Zdarzały się wędliny, kiełbasy. Ale tamtej soboty nie pamięta, czy kupowała jakieś wędliny na niedzielę, a może wzięła trochę mielonki w kostkach po 20 deko. Na pewno było zimno. Na pewno bardziej niż o Kiszczaku i strajkach myślała o swoim małym dziecku.

Przegrupowań wojsk ani wzmożonych ruchów milicji w sobotnie popołudnie nie zauważyła. Borowiczowie podobnie.

***

Mija 25 lat od tamtej soboty i szczegółów już nie ustalimy. Ale bardzo możliwe, że kiedy pani Cesarz-Kowal wracała po pracy z Podgórza na Borek Fałęcki, myśląc o niedzielnym obiedzie, a pani Borowiczowa na Ursynowie szatkowała warzywa do sałatki, Mieczyław Rakowski kreślił właśnie do Wojciecha Jaruzelskiego list w podniosłym stylu: "Rozważ to dobrze. To nie jest jedna z tych trudnych, ale w końcu tuzinkowych decyzji, jakie codziennie podejmujesz. To jest wybór na śmierć i życie... Nawet przy najsprawiedliwszym przeprowadzeniu Operacji możesz stać się na wiele lat przedmiotem oszalałej, polskiej nienawiści, a nie można wykluczyć zamachu terrorystycznego".

Kilka miesięcy wcześniej, w zakończeniu swojej książki "Przesilenie grudniowe" o masakrze robotników w 1970 r., Rakowski komentował kryzys początku lat 80. ze zwykłą u niego niezachwianą pewnością: "W odróżnieniu od 1970 roku główny konflikt pomiędzy klasą robotniczą i władzą ludową został rozwiązany środkami politycznymi".

***

Że coś wisiało w sobotnim powietrzu, przekonuje choćby pobieżna lektura weekendowych wydań gazet. Są więc informacje o kongresie środowisk twórczych, posiedzeniu krajówki "Solidarności". Nowohucki "Głos" informuje, że Wydział Żywienia Zbiorowego Huty im. Lenina lada dzień zakończy zakładową akcję ziemniaczaną, czyli rozwożenie ziemniaków po domach. "Solidarność" odpowiada też na łamach gazety, że nieprawdziwe są pogłoski o dokarmianiu przez Hutę strajkujących w Krakowie studentów frykasami. Owszem, odstępuje dziennie 400 porcji zupy, ale to zupa postna, bez grama mięsa.

Gazety piszą o spotkaniu kanclerza RFN Schmidta z przywódcą NRD Honeckerem. Koordynator gospodarki paliwami w Krakowie informuje o dalszym ograniczeniu sprzedaży benzyny. Ktoś sprzedaje futro z nutrii i pawie pióra, ktoś kupi bony PeKaO, ktoś inny zamrażarkę, w rozliczeniu oferując pierścionek. Elżbieta Sobczyk poszukuje zgubionego w krakowskim autobusie pamiątkowego kolczyka z koralem. Ktoś oferuje kożuch afgański damski i turecki chłopięcy.

Zwyczajne życie w dobie kryzysu pieni się na gęsto zadrukowanych kolumnach.

Ale z boku, na chudych szpaltach, w doniesieniach agencyjnych, widać poruszenie. "Gazeta Krakowska" maczkiem cytuje depesze AFP, "Guardiana", "Le Point", z których bije już pewność, że lada dzień "solidarnościowy" karnawał przejdzie do historii.

W ostatnim przed stanem wojennym wydaniu "Tygodnika Solidarność" Krzysztof Czabański pisze profetycznie, że widzi czołgi i wojsko na rogach ulic.

Późnym popołudniem, kiedy w komendach wojewódzkich trwają wspólne narady milicjantów, żołnierzy i komisarzy wojskowych, doktor Borowicz odwozi córkę do swojej matki na Natolińską. Przez zaśnieżone, spokojne miasto. Zapalony jazzfan, zastanawia się, jaką muzykę wrzucić na magnetofon szpulowy. Na pewno Ella Fitzgerald, na pewno Louis Armstrong.

***

Ten bankiet z pewnością potoczyłby się inaczej, gdyby nie drobny szczegół: doktor Borowicz do dzisiaj uważa, że grający telewizor podczas spotkania towarzyskiego nie należy do dobrego tonu. Dlatego kolorowy odbiornik (nie pamięta już marki) stał bezczynnie.

A spotkanie rozwijało się w najlepsze. Doktor tak to pamięta: za oknami śnieg, mróz, wieje chwilami coraz mocniej, a na 38 metrach mieszkania, przy sałatce wielowarzywnej bawi się 40 osób. Wszędzie, w kuchni, w łazience, aż się zabawa niesie po rurach do sąsiadów.

Kergulena znika ze stołu błyskawicznie, humory dopisują.

Gra muzyka. Niewykluczone, że Armstrong swoim fantastycznym głosem chrypi "What a wonderful world".

Rakowski delektuje się rybą w galarecie. Jest w centrum zainteresowania, musi odpowiadać na pytania: "Co będzie?", "Jakie są plany?", "Wejdą czy nie wejdą?", "Co ze strajkiem generalnym?".

Mimo że zna najbliższą przyszłość, z miną doświadczonego pokerzysty rozkłada ręce w geście niewiedzy. Czas pokaże. Wiem tyle, co i wy. No, co ja mogę, co ja mogę. Sytuacja jest dynamiczna. Ale też nie ma co się oszukiwać, że ekstrema w "Solidarności" zdobywa przewagę.

- Nie puścił farby przez cały wieczór. A myśmy go dociskali - wspomina Borowicz.

- No, nie puściłem, to chyba logiczne. To była dosyć niezręczna sytuacja. Ja zresztą myślami byłem zupełnie, zupełnie gdzie indziej - odpowiada Mieczysław Rakowski.

Z bankietu wyszedł, kiedy ten wkraczał w swoją najgorętszą fazę, tuż przed północą. Pojechał do Rady Ministrów. O świcie miał spotkać się z Wałęsą.

Zabawa trwała dalej.

Gdyby ktoś u Borowiczów włączył telewizor, prawdopodobnie zorientowaliby się, że właśnie przemienia się czas. Przed północą program telewizyjny został przerwany. Fani kina włoskiego musieli obejść się smakiem i iść wcześniej spać - film "Święty Michał miał koguta" urwał się w momencie, kiedy włoski anarchista, którego łodzią przewożą do więzienia na wyspie, chce zepchnąć strażnika do wody. Na ekranie pojawili się przestraszeni prezenterzy. Podziękowali, życzyli dobrej nocy. Potem był już tylko szum.

***

U Borowiczów bawiono się do trzeciej nad ranem.

W tym czasie zomowcy wdzierali się do siedziby regionu Mazowsze, do drzwi rodziny Wałęsów stukał wojewoda gdański wraz z wojewódzkim I sekretarzem PZPR Tadeuszem Fiszbachem i pułkownikiem ZOMO, w biurze lubelskiej "Solidarności" milicjanci wyłamywali drzwi, milczały telefony i teleksy. Możliwe, możliwe, że u Borowiczów Armstrong śpiewał wtedy o kolorach tęczy na niebie.

Do Belwederu jechali wyrwani ze snu członkowie Rady Państwa, aby udawać dyskusję nad wprowadzeniem stanu wojennego.

Kiedy goście Borowiczów z hałasem opuszczali "szkatułki Gomułki", Jaruzelski jechał właśnie do studia telewizyjnego. Żeby powiedzieć frazę żywcem wyjętą z dramatu romantycznego: "Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią".

- To była fantastyczna impreza. Fantastyczna. Dobre jedzenie, dobry alkohol - z pełnym przekonaniem twierdzi dziś Borowicz. - I dopiero po fakcie zrozumiałem, że zorganizowaliśmy swoim przyjaciołom prawdziwy bal na Titanicu.

Do Libii pojechał kilka miesięcy później.

A delikatny smak antarktycznej ryby do dzisiaj kojarzy mu się z ostatnią nocą przed stanem wojennym.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, reportażysta, pisarz, ekolog. Przez wiele lat w „Tygodniku Powszechnym”, obecnie redaktor naczelny krakowskiego oddziału „Gazety Wyborczej”. Laureat Nagrody im. Kapuścińskiego...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]