Armenia: biskup chce rządzić

Bagrat Galstanian, arcybiskup ormiańskiego Kościoła prawosławnego, chce obalić premiera Nikola Paszyniana, przywódcę ulicznej rewolucji sprzed sześciu lat, i zająć jego miejsce.
w cyklu STRONA ŚWIATA
Czyta się kilka minut
Demonstranci pod wodzą arcybiskupa Bagrata Galstanyana żądają dymisji premiera Armenii Nikola Paszyniana. Erewań, 30 maja 2024 r. // Fot. Karen Minasyan / AFP / East News
Demonstranci pod wodzą arcybiskupa Bagrata Galstanyana żądają dymisji premiera Armenii Nikola Paszyniana. Erewań, 30 maja 2024 r. // Fot. Karen Minasyan / AFP / East News

To że dobiegający pięćdziesiątki Paszynian, niegdysiejszy dziennikarz, wciąż zasiada na fotelu premiera, wydaje się cudem jeszcze bardziej zdumiewającym niż powodzenie ulicznej, pokojowej rewolucji z wiosny 2018 roku, która uczyniła go ludowym bohaterem i wyniosła do władzy.

Sam przeciw wszystkim

Od początku swoich rządów miał przeciwko sobie właściwie wszystko i wszystkich. Zemstę poprzysięgli mu poprzednicy, Robert Koczarian i Serż Sarkisjan (Koczarian w latach 1996-97 był premierem, a 1998-2008 prezydentem; Sarkisjan był premierem w latach 2007-8, a prezydentem 2009-2018), którzy przerobili Armenię w republikę oligarchów, a Paszynian odebrał im władzę i wpływy.

Od pierwszych dni ulicznej rewolucji nieprzyjaciółką Paszyniana była Rosja, której Koczarian i Sarkisjan oddali w wasalne poddaństwo Armenię i całą jej gospodarkę. Kremlowi chodziło nie tyle o to, że żurnalista odebrał władzę jej faworytom, co o sposób, w jaki się to odbyło. Rosja, odkąd od 1999 roku panuje w niej Władimir Putin, nie toleruje żadnych ulicznych rewolucji ani ludowych buntów. W Moskwie nie uznają buntowników w obawie, by nie posłużyło to za zachętę dla innych.

Na względy w rosyjskiej stolicy mogą zaś liczyć przywódcy, którzy doszli do władzy wskutek nieuczciwych wyborów, byle sprawowali ją żelazną ręką i nie przejmowali krytyką liberałów z Zachodu. Na Kremlu mówi się o nich jako o władcach „suwerennych”, zasługujących na szacunek. Paszyniana – podobnie jak Gruzina Micheila Saakaszwilego czy ukraińskich „pomarańczowych” rewolucjonistów – w Rosji nigdy do tego grona nie zaliczono. Przeciwnie, Rosja robiła i robi wszystko, by Ormianin poniósł klęskę, stracił władzę. I nie spocznie, by tak się stało.

Paszynian miał przeciwko sobie jeszcze innego wroga, kto wie czy nie najgroźniejszego, sąsiada z Azerbejdżanu, z którym Armenia pozostaje od lat w konflikcie o Górski Karabach, ostatni do niedawna poza Armenią skrawek ziemi, na którym Ormianie wciąż stanowili większość ludności, ale który przed stu laty, z woli Lenina, został przyznany Azerbejdżanowi. Miało to zapewnić rosyjskim bolszewikom, którzy wcale jeszcze nie czuli się pewnie u władzy, życzliwość Turcji, starszej siostry Azerbejdżanu.

W latach 90., po rozpadzie Związku Sowieckiego, Ormianie wzniecili w Karabachu powstanie i oderwali go od Azerbejdżanu. Przez 30 lat ormiański Karabach istniał jako samozwańcza republika Arcachu, bo Armenia nie ośmieliła się przyłączyć go do swojego terytorium, by nie ściągnąć na siebie potępienia za zbrojną inwazję na sąsiada. Azerbejdżan cierpliwie czekał na okazję do rewanżu, bogacił się na kaspijskiej ropie, zbroił i szkolił w Turcji swoje wojsko. Kiedy w Erywanie Paszynian sięgał po władzę, Azerowie byli gotowi do nowej wojny.

Za sobą miał Paszynian właściwie tylko Ormian i nadzieje, jakie w nich rozbudziła rewolucja, której przewodził. Okazało się jednak, że nawet i to miało się wkrótce zwrócić przeciwko niemu.

Wojna, wojna, wojna

Po raz pierwszy Azerowie zaatakowali w Karabachu jesienią 2020 roku. Potrzebowali 44 dni, by rozgromić ormiańskie oddziały i odbić trzy czwarte Karabachu. Odbili także sąsiadujące z Karabachem powiaty, z których Ormianie w latach 90. wypędzili milion Azerów, a ich miasteczka i wioski przemienili w spaloną ziemię, strefę buforową, która miała chronić Arcach i Armenię przed azerskim natarciem.

Już po klęsce w wojnie z jesieni 2020 roku Ormianie mieli pretensje do Rosji, że nie stanęła w ich obronie, choć zawierzyli jej wszystko. Rosja rozkładała ręce i tłumaczyła, że to nie Armenia została napadnięta, ale Arcach, a więc Karabach należący zgodnie z prawem do azerbejdżańskiego państwa, i że jedyne co mogli zrobić to przekonać Azerów do rozejmu i przerwania wojny, która mogła zakończyć się tylko ostateczną klęską Ormian.

Przegrana wojna sprawiła, że wielu Ormian zwróciło się przeciwko Paszynianowi. Uznali go za marnego przywódcę, który nie przygotował państwa do wojny. Odpowiadał oskarżeniami wobec swoich poprzedników, Koczariana i Sarkisjana, którzy choć pochodzą z Karabachu i byli bohaterami wojny z lat 90., zaniedbali sprawy bezpieczeństwa wierząc święcie, że Rosja ich obroni.

Paszynian przystał jednak na żądania politycznych przeciwników i zgodził się na przedterminowe wybory, by poddać swoje przywództwo pod osąd obywateli. I wygrał je, choć nie tak wysoko, jak wybory jesienią 2018 roku, które uprawomocniły jego rewolucyjne rządy. Wtedy zagłosowało na niego prawie trzy czwarte obywateli. Po przegranej wojnie zdobył niewiele ponad połowę głosów. Wielu się nim rozczarowało, ale zbyt dobrze pamiętali, że jeszcze gorszym rozczarowaniem okazali się jego poprzednicy, którzy teraz chcieli go zastąpić.

Wybory z 2021 roku były krótką chwilą wytchnienia, bo we wrześniu 2023 roku Azerowie zaatakowali w Karabachu ponownie. Tym razem do zwycięstwa wystarczyło im kilka dni. Rozgromieni Ormianie poddali się, rozwiązali republikę Arcachu i niemal w komplecie, w liczbie stu tysięcy ludzi, uciekli do Armenii. Rosjanie, zajęci własną wojną w Ukrainie, znów nie kiwnęli w ich obronie palcem. Zresztą bardziej zależało im już wtedy na dobrych stosunkach z silnym Azerbejdżanem i Turcją, jego opiekunką, niż na słabej Armenii i tak skazanej – jak się zdawało – na przymierze z Rosją.

Pożegnania z Rosją

Klęska Arcachu była dla Ormian wstrząsem. Rosja, która miała być gwarantem ich bezpieczeństwa, porzuciła ich w godzinie próby. Ich bohater ludowy, Paszynian, któremu powierzyli władzę i swój los, nie okazał się zbawcą o nadludzkich mocach. Pod jego przywództwem nie tylko stracili Arcach-Karabach, ale Azerowie stanęli na granicy Armenii i żądali kolejnych terytoriów, w tym eksterytorialnego korytarza przez Zangezur. Azerbejdżan zyskałby w ten sposób połączenie lądowe z należącym do niego, ale odciętym przez ormiańskie ziemie Nachiczewanem i Turcją. Armenia zaś zostałaby odcięta od granicy z Iranem.

Podczas jesiennej smuty Ormianie bardziej obawiali się o przyszłość swojego państwa niż o to, kto jest winien wojennych klęsk i kto powinien nimi dalej przewodzić. Paszynian, na którego znów spadły zarzuty o zdradę, przekonywał rodaków, że jedyny sposób, by powstrzymać Azerów i zapewnić Armenii bezpieczeństwo, jest podpisanie z nimi pokoju.

Przekonywał też, że Ormianie muszą znaleźć sobie nowych przyjaciół. Oburzony na Rosję, już jesienią zaczął zwracać się ku Zachodowi, ku Ameryce, Francji, od której zaczął kupować broń, i Unii Europejskiej. Zawiesił udział Armenii w sojuszu obronnym Układu Bezpieczeństwa Zbiorowego z Rosją, Białorusią i kilkoma posowieckimi państwami Azji Środkowej, w wywiadach dla zachodnich gazet opowiadał, że jego kraj nie jest sojusznikiem Rosji w ukraińskiej wojnie. Armenia ratyfikowała nawet Traktat Rzymski Międzynarodowego Trybunału Karnego, co oznacza, że gdyby Putin, ścigany listami gończymi trybunału za wojenne zbrodnie, postanowił wybrać się z wizytą do Erywania, Paszynian musiałby go aresztować.

Dawną przyjaźń między Moskwą a Erywaniem zastąpił stan zimnej wojny. Pod koniec maja Kreml odwołał nawet z Armenii swojego ambasadora.

Nadciąga arcybiskup Bagrat

W kwietniu zachęcany przez Zachód Paszynian porozumiał się z Azerbejdżanem w sprawie przebiegu północnego, 13-kilometrowego odcinka nowej granicy. Po jej wytyczeniu Armenia oddała Azerom cztery dawne azerbejdżańskie wioski, zajęte przez Ormian w latach 90. i włączone do prowincji Tawusz.

Graniczna ugoda z Azerami wywołała nowy wybuch niezadowolenia z rządów Paszyniana, a na czele rebelii stanął arcybiskup diecezji tawuskiej 53-letni Bagrat Galstanian. Na początku maja poprowadził z Tawusza protestacyjny pochód jego mieszkańców. Nieliczna z początku procesja przerodziła się po drodze w wielki marsz, a gdy 10 maja doszła do odległego o 150 km Erywania, na stołecznym placu Republiki na antyrządowym wiecu zebrało się ponad 30 tysięcy ludzi, najwięcej od czasów ulicznej rewolucji sprzed sześciu lat.

Arcybiskup wezwał Ormian do kampanii nieposłuszeństwa obywatelskiego, a pod koniec maja na kolejnym wiecu zażądał ustąpienia Paszyniana. Paszynian, ma się rozumieć, nie posłuchał, więc arcybiskup zaczął przekonywać opozycyjnych posłów, by zażądali w parlamencie głosowania nad wotum nieufności dla premiera i jego rządu.

Ormiańska opozycja, pozyskawszy jedynego niezależnego posła, będzie miała w 107-osobowym parlamencie 37 głosów, wystarczająco wielu, by zgodnie z prawem zgłosić wniosek o wotum nieufności. Prawo wymaga także, by wnioskujący zgłosili własnego kandydata na szefa rządu. Zgłosił się sam arcybiskup i otrzymał nawet zgodę przywódcy ormiańskiego Kościoła prawosławnego katolikosa Karekina II (sprawuje urząd patriarchy od 1999 roku) na to, by na czas politycznych batalii mógł zawiesić biskupią posługę. Poza zrzuceniem sutanny, żeby zostać premierem Galstanian musiałby zrzec się jeszcze kanadyjskiego paszportu. Zapewnia, że i to gotów byłby poświęcić, by wyrwać ojczyznę spod rządów zdrajcy („azerskiego wezyra”) i niedołęgi , ale nawet wtedy opozycji brakować będzie aż 18 głosów (w parlamencie zasiada 71 posłów z partii Paszyniana) do większości koniecznej do uchwalenia w parlamencie wniosku o wotum nieufności i odebrania władzy Paszynianowi.

Co więcej, niepowodzenie w głosowaniach może skutkować rozwiązaniem parlamentu i rozpisaniem kolejnych przedterminowych wyborów (najbliższe planowane są na rok 2026). Paszynian nie może być w nich pewnym zwycięstwa, ale pewni przegranej mogą być przywódcy dzisiejszej parlamentarnej opozycji Robert Koczarian (jego partia Sojusz Armenii ma 29 posłów) i Serż Sarkisjan (jego partia Mam Swój Honor ma 7 posłów). Porażka oznaczałaby kres ich politycznych karier i wpływów, a mogłaby zagrozić także ich majątkom, zbitym na polityce.

Nieświęte przymierze

Dla wielu Ormian przymierze z dawnymi prezydentami, a także ich towarzyszami z Arcachu-Karabachu, jest poważną skazą na wizerunku arcybiskupa-buntownika. Inną są podejrzenia o to, że Galstanian jest wspierany przez Rosję, która chce dzięki niemu pozbyć się Paszyniana i umieścić na czele ormiańskiego państwa przywódcę o konserwatywnych poglądach, nieufnego wobec Zachodu i zachodniego liberalizmu. Arcybiskup, nieodrodny syn ormiańskiego Kościoła, zawsze wiernego (podobnie jak gruziński) rosyjskiej Cerkwi, wiernej z kolei Kremlowi, doskonale by się na takiego przywódcę nadawał.

Wykształcony w Anglii i Kanadzie (przewodził tamtejszym diecezjom Kościoła ormiańskiego i otrzymał kanadyjskie obywatelstwo) i bywały w świecie, w Eczmiadzynie, ormiańskim Watykanie, zakładał i kierował kościelną stacją telewizyjną, zakładał szkoły, przedszkola, chóry, z którymi jeździł na zagraniczne koncerty. Nie należał do żadnej politycznej partii, nigdy nie zajmował się dotąd polityką, nie należał do skompromitowanych elit władzy i już samo to sprawia, że cieszy się wśród Ormian szacunkiem, jakim nie obdarzyliby dziś żadnego polityka.

Ormiański Kościół zaś (Armenia jako pierwszy kraj na świecie już w 301 roku przyjęła chrześcijaństwo jako religię państwową), podobnie jak w sąsiedniej Gruzji (przyjęła chrześcijaństwo jako religię państwową jako druga, 6 lat po Armenii), cieszy się niezmiennie wielkim autorytetem, zwłaszcza na wsi oraz wśród ludzi starszych. W obu krajach Kościół występuje w roli strażnika tradycji i zadeklarowanego wroga zachodnich, politycznych mód, podważających stary porządek rzeczy.

W Tbilisi tamtejsza Cerkiew była przeciwniczką prezydenta Micheila Saakaszwilego (2003-2013), próbującego przerobić Gruzję na zachodnią modłę. W Armenii kościelna stolica, Eczmiadzyn, od początku nieufnie i nieprzyjaźnie odnosiła się do zachwyconego Zachodem Paszyniana, który podobnie jak Saakaszwili w Gruzji próbował ograniczać wpływy Cerkwi na politykę.

Saakaszwilego zastąpił w Tbilisi Bidzina Iwaniszwili, najbogatszy Gruzin, który liczącego w miliardach dolarów majątku dorobił się w Rosji. Jako bogacz i przywódca rządzącej od 2012 roku partii Gruzińskie Marzenie jest dobrodziejem Cerkwi i nie skąpi jej na nic pieniędzy. Wdzięczna Cerkiew poparła o przyjęte przez władze ustawy o „zagranicznych agentach” (w maju) i „ideologii LGBT” (w marcu), które grożą Gruzji izolacją ze strony Zachodu. Zerwanie zaś z Zachodem oznacza zbliżenie ze Wschodem. Nie idzie tu nawet o geopolityczne sojusze, co pobratymstwo rozumienia polityki i władzy, a Wschód oznacza nie tyle Rosję, co satrapię.

Kiedy w Erywaniu arcybiskup Bagrat rzucił wyzwanie Paszynianowi, działacze rządzącej partii oskarżyli go w parlamencie, że jest marionetką Kremla, a ormiański Kościół o próbę zamachu stanu. Paszynian zarzucił to wprost katolikosowi Karekinowi (pod koniec 2022 roku otrzymał z rąk Putina rosyjski medal za zasługi dla współpracy Rosji i Armenii) i ostrzegł, by Kościół, którego jest patriarchą, nie wtrącał się do polityki. Wcześniej namawiał Kościół do wyboru nowego patriarchy („nowa Armenia potrzebuje nowego katolikosa” – przekonywał), a po przegranej wojnie z Azerami, Karekin, a wraz z nim arcybiskup Bagrat z Tawuszu odpłacali Paszynianowi pięknym za nadobne domagając jego dymisji. „Nie istnieją” – powiedział przed rokiem arcybiskup Galstanian, zapytany przez dziennikarzy o relacje między Eczmiadzynem i Erywaniem.

Trzecia droga

Niepewność, jak zakończy się próba odsunięcia Paszyniana od władzy w parlamencie, pozostawia arcybiskupowi dwie drogi. Pierwszą jest próba powtórki ulicznej rewolucji Paszyniana sprzed sześciu lat. Ironią losu byłoby, gdyby antyrządowe wiece, strajki, kampanie nieposłuszeństwa obywatelskiego i wielkie marsze, które przed laty przyniosły mu władzę, teraz miałyby mu ją odebrać.

Ormianie nie są dziś jednak gotowi do rewolucji, jak w 2018 roku. Powoduje nimi bardziej lęk o przetrwanie niż pragnienie buntu czy zmiany. Zwłaszcza jeśli widzą, że wśród żądających zmiany znajdują się ci, którzy swoją szansę już mieli i ją zmarnowali.

Badacze osobliwości ormiańskiej polityki z Erywania uważają jednak, że nawet dziś Ormianie gotowi byliby posłuchać arcybiskupa, jeśli domagałby się nie tylko ustąpienia obecnego rządu, ale rozpisania nowych wyborów, które pozwoliłyby im uwolnić się od starej elity władzy i wybrać całkiem nową, która jeszcze nie rozczarowała.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”