W czwartek 3 października Niemcy obchodzili Dzień Jedności. Święto upamiętnia zjednoczenie wschodu i zachodu kraju, do którego doszło w 1990 r. Dziś, 34 lata po tym wydarzeniu, podziały między zachodem a byłą NRD są większe, niż ktokolwiek mógł przypuszczać na początku procesu zjednoczenia. W społeczeństwie pojawiają się podziały, których destrukcyjne skutki mogą wykraczać daleko poza granice kraju.
Na jedną z głównych osi wewnętrznego konfliktu wyrasta kwestia wsparcia dla Ukrainy.
Niemiecki ruch pokojowy w alternatywnej rzeczywistości
Oficjalne obchody święta zjednoczenia, celebrowane przez polityków w nadmorskim Schwerinie, przechodzą tego dnia właściwie bez echa. Uwaga skupia się na Berlinie: w stolicy kilkadziesiąt tysięcy demonstrantów bierze udział w marszu pod hasłem „Nigdy więcej wojny” oraz, jak deklarują, na rzecz pokoju.
Główne postulaty dotyczą wojny w Ukrainie. Organizatorzy żądają zwiększenia starań dyplomatycznych na rzecz jej zakończenia – oraz natychmiastowego wstrzymania dostaw broni dla Ukrainy.
Demonstracja, która rusza równocześnie z kilku punktów miasta, swój kulminacyjny moment osiąga w centrum, przed Kolumną Zwycięstwa. Krótko po piętnastej na scenie pojawia się Ralf Stegner, polityk socjaldemokratycznej SPD – partii, do której należy także kanclerz Olaf Scholz. Gdy Stegner zaczyna mówić o rosyjskiej agresji wobec Ukrainy i jej prawie do samoobrony, demonstranci masowo reagują buczeniem i gwizdami. „Podżegacz wojenny!” – słychać krzyki. Część zaczyna głośno skandować: „NATO precz!”.
Niemiecki ruch pokojowy w tym dniu niejednokrotnie udowadnia, że żyje w alternatywnej rzeczywistości – takiej, w której za wszelkie konflikty winę ponoszą wszyscy, tylko nie Rosja.
Sahra Wagenknecht i BSW na fali wznoszącej
Kontrowersje wokół tej demonstracji narastały w Niemczech już od wielu tygodni. Za jej przygotowaniem stało kilka organizacji, ale tajemnicą poliszynela jest, że ruch został zdominowany przez Sahrę Wagenknecht – lewicową polityczkę, która skupia dziś na sobie uwagę niemalże całej republiki. Dla jednych jest bezkompromisową alternatywą dla „systemu”, dla innych zagrożeniem nie mniejszym niż skrajna prawica z AfD.
Założona przez nią w tym roku partia – pełna jej nazwa to Sojusz Sahry Wagenknecht dla Rozsądku i Sprawiedliwości (BSW) – szybko zdobywa coraz większe poparcie społeczne. Szczególnie rezonuje sprzeciw Wagenknecht wobec dalszego wspierania Ukrainy. Hasłami „pokoju” partia zdobyła kilkanaście procent głosów w niedawnych wyborach landowych na wschodzie. W każdym z trzech landów może wejść do lokalnej koalicji rządzącej.
Ten obrót sprawy z niepokojem obserwują szczególnie socjaldemokraci, którzy tracą wyborców na rzecz nowego ugrupowania. Dlatego na kilka tygodni przed manifestacją 3 października w szeregach SPD powstaje plan, aby odbić temat pokoju z rąk Wagenknecht.
Niemiecka socjaldemokracja za pokojem z Rosją, ale sprawiedliwym
– Socjaldemokracja zawsze była częścią ruchu pokojowego i powinna nią pozostać – tłumaczy w rozmowie z „Tygodnikiem” Wolfgang Thierse, w czasach NRD opozycjonista, a po zjednoczeniu w latach 1998-2005 przewodniczący Bundestagu.
Thierse jest jednym z tych, którzy uważają, że mimo niechęci do Wagenknecht trzeba iść na demonstrację w Berlinie i wyłożyć swoje stanowisko. Jeszcze przed 3 października grupa prominentnych działaczy SPD przygotowuje własny apel, który znacznie różni się od tekstu organizatorów. Thierse: – Podkreślamy w nim, że każdy, kto żąda od Ukrainy kompromisów, nie żądając ich jednocześnie od Putina, staje po stronie agresora i nie służy pokojowi.
Jednak po tym, jak Ralf Stegner zostaje wybuczany, staje się jasne, że próba odróżnienia się i przedstawienia racjonalnego oglądu sytuacji na Ukrainie kończy się sromotną porażką.
Amerykańskie rakiety na terytorium Niemiec
Zresztą że tak się to skończy, jest jasne już od pierwszych minut demonstracji.
W południe plac blisko berlińskiego Dworca Zoo zapełnia się ludźmi. Z kolejnych autobusów wychodzą zorganizowane grupki. Wyglądają jak turyści. Dominują starsze osoby, ubrane praktycznie: kurtki (często drogich marek), buty trekkingowe. Gromadzą się przed ruinami Kościoła Pamięci, które pozostawiono po II wojnie światowej, aby przypominać kolejnym pokoleniom, jakim nieszczęściem jest wojna.
Przedstawiciele lewackiego dziennika „Junge Welt” (niemieckie służby uznają go za ekstremistyczny) rozdają darmowe egzemplarze wydania, które przygotowano specjalnie z okazji tej demonstracji. Z artykułu na pierwszej stronie dowiadujemy się, w jak dziwnej wersji rzeczywistości żyje przynajmniej część Niemców. Oto głównym problemem dla światowego pokoju mają być amerykańskie rakiety dalekiego zasięgu, które niemiecki rząd zgodził się rozmieścić na terenie kraju w 2026 r. W kwestii wojny w Ukrainie autor martwi się jedynie tym, że w ukraińskiej operacji na terytorium Rosji użyto czołgów niemieckiej produkcji. O winach Rosji ani słowa. A to dopiero początek.
„Rozumiem, dlaczego Putin tak postąpił”
– Jestem za pokojem i przeciw zachodniej propagandzie – mówi w rozmowie z „Tygodnikiem” 69-letnia Cornelia Bergmann. Do Berlina przyjechała wraz z mężem aż ze Stuttgartu. Jest przekonana, że Pentagon przygotowuje konflikt atomowy w naszej części kontynentu. Dlatego Niemcy powinni jak najszybciej wyjść z NATO. Jej zdaniem Putin podjął działania wojenne, gdyż Rosja była w ostatnich dekadach systematycznie oszukiwana i osaczana przez Zachód.
– Rozumiem, dlaczego tak postąpił – mówi Bergmann i podkreśla, jak wielu żołnierzy sowieckich zginęło podczas II wojny światowej. – Jedyne, co jesteśmy światu winni, to pokój – przekonuje. W trakcie całej rozmowy pozostaje spokojna i uśmiechnięta.
Sądząc po plakatach trzymanych przez innych demonstrantów, Bergmann nie jest odosobniona w swoich poglądach. Obok przechodzi kobieta z własnoręcznie przygotowanym plakatem, na którym czytam, że trzeba zatrzymać faszystowskie rządy w Izraelu i Ukrainie. Na kolejnych hasła: „Pokój z Rosją” i „Amis, go home” („Amerykanie ,wracajcie do domu”).
Niemieccy pacyfiści sterowani z Moskwy?
Gdy pochód w końcu rusza, Cornelia Bergmann uśmiecha się szeroko. – Nareszcie! – komentuje. Wspomina, jak z mężem brali udział w demonstracjach, które w Niemczech Zachodnich miały miejsce na masową skalę w latach 80. XX w. Wtedy też chodziło o sprzeciw wobec rozmieszczenia amerykańskich rakiet na terenie kraju. W demonstracjach tych brało udział nawet po kilkaset tysięcy osób. Po protestach studenckich z 1968 r. to jeden z najbardziej romantyzowanych momentów z historii powojennych Niemiec.
Protestujący nic wówczas nie osiągnęli: zarówno kanclerz Helmut Schmidt (SPD), jak i jego następca Helmut Kohl (CDU) twardo bronili obecności amerykańskich rakiet, które były odpowiedzią NATO na rozmieszczenie sowieckich rakiet w NRD. Po latach okazało się, że niemiecki ruch pokojowy był infiltrowany przez KGB i Stasi, tajną policję NRD.
Także teraz na ruchu pokojowym cieniem kładzie się podejrzenie o bycie piątą kolumną Rosji. Rok temu „Washington Post” ujawnił treść dokumentów przejętych przez zachodnie służby wywiadowcze: wynikało z nich, że Kreml chce w Niemczech pożenić skrajną lewicę i skrajną prawicę, i w ten sposób osłabić zaangażowanie Berlina na rzecz Ukrainy.

Ukraińska diaspora w Berlinie organizuje kontrmanifestację. Nieliczną
Ten scenariusz właściwie spełnił się na ulicach Berlina 3 października: obok pacyfistów, komunistów i wyborców Wagenknecht szli prawicowi blogerzy i przedstawiciele skrajnych organizacji, mających związki z AfD.
– Dla mnie to jest szok – tak berliński protest komentuje Iryna Shulikina z ukraińskiej diaspory w Berlinie. – To pokazuje, jak dobrze radzi sobie tutaj rosyjska propaganda. Udaje jej się przekonać ludzi, a nawet całe siły polityczne, że to Rosja jest ofiarą wojny.
Iryna: – Każdy chce pokoju i normalnego życia, przede wszystkim my Ukraińcy. Ludzie tu nie mogą zrozumieć, że to Rosja może przerwać tę wojnę i to dosłownie w każdej chwili. Chcą, żeby Ukraińcy przestali się bronić. Ale nie ma mowy o normalnym życiu, gdy jesteś okupowany. Dlatego jesteśmy zmuszeni walczyć o przetrwanie.
Shulikina jest współorganizatorką kontrdemonstracji: kilkaset osób z ukraińskimi flagami stoi na uboczu głównej demonstracji. Obie grupy odgradzają barierki i kordon policji.
Przedsmak wyborów do Bundestagu w 2025 roku?
Największe oklaski pod Kolumną Zwycięstwa zbiera nie kto inny jak Sahra Wagenknecht. – Musimy powstrzymać te cholerne rakiety! – woła podniesionym głosem. Chodzi jej, rzecz jasna, o rakiety amerykańskie, nie rosyjskie. Tłum nagradza ją burzą oklasków.
Brzmi to jak hasło rzucone już z myślą o wyborach do Bundestagu w 2025 r. Na razie tematem rakiet Wagenknecht szantażuje na poziomie landowym: zawiązanie koalicji z CDU i SPD w Brandenburgii, Saksonii i Turyngii uzależnia od tego, czy te partie zgodzą się podpisać wspólne z BSW stanowisko, w którym wyrażony byłby sprzeciw wobec stacjonowania amerykańskich rakiet w Niemczech.
Rząd w Berlinie wciąż twardo stoi po stronie Ukrainy. Kanclerz Scholz zapowiada dalsze wsparcie finansowe i militarne. Ale w gabinetach rządzącej koalicji z narastającym niepokojem analizuje się zapewne spadające słupki poparcia. W końcu to nie ukraińska diaspora uda się za rok do urn.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















