Agrypina za trzy grosze

Jak wystawić trzygodzinne dzieło operowe, stosując minimalny nakład środków? Wystarczy użyć inteligencji i zaraźliwego entuzjazmu artystów.
Czyta się kilka minut
„Agrypina” w reżyserii Natalii Kozłowskiej, Teatr Stanisławowski w Warszawie / Fot. K. Pawłowska / TEATR STANISŁAWOWSKI
„Agrypina” w reżyserii Natalii Kozłowskiej, Teatr Stanisławowski w Warszawie / Fot. K. Pawłowska / TEATR STANISŁAWOWSKI

Pewien teatr operowy – owszem, za granicą, ale pod względem artystycznym zaliczany raczej do drugiej ligi – porwał się w Roku Wagnerowskim na ambitne przedsięwzięcie i postanowił wystawić cały „Pierścień Nibelunga”. Orkiestrę miał niezłą, solistów pozbierał całkiem porządnych, nie starczyło tylko pieniędzy na inscenizację. Cóż było robić: scenę przekształcono w kanał orkiestrowy, śpiewaków – ubranych we współczesne stroje wizytowe – umieszczono na wąziutkim proscenium, z dekoracji zrezygnowano, z rekwizytów również, zdając się na pomysłowego reżysera. Ten postawił na gest teatralny i obarczył solistów arcytrudnym zadaniem wyczarowania sztafażu w wyobraźni odbiorców. Żadnych mieczy, włóczni ani smoków, gramy ciałem i mimiką. Publiczność piała z zachwytu, krytycy nie mogli się nachwalić brawurowych rozwiązań, kolejne spektakle dostawały po pięć gwiazdek od znawców przedmiotu.

Przypomniałam sobie tę historię, kiedy Stowarzyszenie Miłośników Sztuki Barokowej „Dramma per Musica”, działające od ponad roku w niszy powstałej po niefortunnych zmianach personalnych w Warszawskiej Operze Kameralnej, zdecydowało się przedstawić swój pierwszy pełnospektaklowy projekt: „Agrypinę” Händla, owoc współpracy muzyków i pedagogów Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina z pieczołowicie wyselekcjonowanym gronem młodych śpiewaków, niejednokrotnie debiutantów na scenie operowej. Opiekę reżyserską nad przedstawieniem powierzono Natalii Kozłowskiej, absolwentce warszawskiej Akademii Teatralnej, która musiała zmierzyć się z podobnym wyzwaniem, jak realizatorzy wspomnianego „Pierścienia”: wystawić Händlowskie arcydzieło minimalnym nakładem środków, z możliwie najlepszym skutkiem scenicznym.

Udało się, choć wzbudziło pewną konsternację wśród recenzentów, którzy z braku punktów odniesienia na scenach polskich próbowali zestawiać spektakl z próbami rekonstrukcji historycznej bądź śmiałymi reinterpretacjami oper Händla w profesjonalnych teatrach operowych na świecie. Tymczasem Kozłowska oparła swoją koncepcję wyłącznie na partyturze i tekście libretta, ograniczyła sztafaż niemal do zera, umieściła akcję w rozmyślnie umownej przestrzeni i zbudowała narrację z dziesiątków pieczołowicie rozegranych etiud – przechodzących płynnie jedna w drugą, inteligentnych, wymagających od śpiewaków maksymalnego zaangażowania aktorskiego, wykorzystujących po mistrzowsku drugi, a nawet trzeci plan sceny.

Trafiła w sedno, bo „Agrypina” to przykład brawurowej gry konwencją, zarówno muzyczną, jak teatralną, hybryda opery weneckiej i neapolitańskiej, bezwstydna czasem błazenada, w której więcej satyry i ponadczasowych aluzji politycznych niż prawdy o przebiegłej intrygantce, opisanej ze swadą w dziełach Tacyta i Swetoniusza.
Reżyserka w każdej z etiud kieruje się czasem muzycznym, wykorzystując jego asemantyczny potencjał do cna. Aż chciałoby się rzec – wzorem Bardiniego. Konsekwentnie charakteryzuje postaci (szczególnie zapadły mi w pamięć kretyński uśmiech Nerona i gest odrzucania harcapu przez Narcisa). Dba o detal (Lesbo wyjada Poppei czekoladki, porównując każdą z opisem znajdującym się wewnątrz bombonierki). Wywodzi gest z muzyki, nie próbując nakładać śpiewakom maski teatru dramatycznego. Czasem tylko zbyt mocno wychyla się w stronę rossiniowskiej farsy i trochę mniej sprawnie pracuje na rekwizytach niż na żywych wykonawcach.

Co nie przeszkadza śledzić ponadtrzygodzinnej narracji z zapartym tchem, bo kolejnym atutem warszawskiej „Agrypiny” jest zaraźliwy entuzjazm zaangażowanych w przedsięwzięcie muzyków. Fenomenalna wokalnie i postaciowo Anna Radziejewska w roli tytułowej nie tłamsi mniej doświadczonych partnerów: wyciąga ich raczej na pierwszy plan, żeby mogli pokazać się od najlepszej strony. Dyrygująca od klawesynu Lilianna Stawarz tchnie w muzykę energię, która pozwala przymknąć uszy na wpadki intonacyjne i niedostatki zgrania poszczególnych grup instrumentalnych. Stylowe wnętrza Teatru Stanisławowskiego w pełni rekompensują ubóstwo oszczędnościowego sztafażu.

Jechać na „prawdziwego” Händla do Berlina albo Londynu, czy poczekać na kolejne propozycje Stowarzyszenia? Nie wiem jak inni – ja sobie poczekam. Zawsze wolałam bawić się patykami niż gotowym zestawem klocków.

GEORG FRIEDRICH HÄNDEL, „AGRYPINA”, reż. Natalia Kozłowska, dyr. Lilianna Stawarz, Stowarzyszenie Miłośników Sztuki Barokowej „Dramma per Musica”, Teatr Stanisławowski w Warszawie. Premiera 6 września.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 38/2014