25 lat małyszomanii: co z nami zrobiły dwa skoki idola milenialsów

Miliony Polaków wołały do telewizorów „Leeeć, Adam”, a dziesiątki tysięcy ruszały za Małyszem na polskie i europejskie skocznie. Co i kogo chciały zobaczyć?
Czyta się kilka minut
Adam Małysz na zimowych igrzyskach w Salt Lake City. 17 luty 2002 r. // Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl
Adam Małysz na zimowych igrzyskach w Salt Lake City. 17 luty 2002 r. // Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl

Ten obraz pojawia się we wspomnieniach wielu milenialsów. Jest wczesne popołudnie, sobotnie lub niedzielne. Za oknem szaro, bo o tej porze roku słońce pojawia się na krótko i zostaje nisko nad horyzontem. Mama lub babcia podają do stołu rosół i schabowe. Na ekranie telewizora widać wzbijających się w powietrze szczupłych młodzieńców w narciarskich kombinezonach – i wszyscy wiedzą, że nie ma co podawać deseru, bo przecież za chwilę „Adam będzie skakał”.

Czasami, gdy nie były to weekendy, zamierał cały kraj: w 2001 r. podczas mistrzostw świata w Lahti przerwano obrady Sejmu, pracującego akurat nad budżetem, żeby także posłowie mogli obejrzeć występ Adama Małysza. W 2002 r. oglądalność konkursu skoków w trakcie zimowych igrzysk w Salt Lake City należała do najwyższych od czasu wprowadzenia w Polsce telemetrii: według niektórych źródeł wyniosła nawet 17 mln widzów.

Spróbujmy jednak zacząć od początku.

Turniej Czterech Skoczni sprzed 25 lat: od niego się zaczęła małyszomania

Pierwszy konkurs 49. Turnieju Czterech Skoczni, zorganizowany w Obersdorfie 29 grudnia 2000 r., poruszył jeszcze nielicznych. 23-letni Adam Małysz zajął wprawdzie czwarte miejsce, ale przecież kilka sezonów wcześniej zdarzyło się mu się już raz czy drugi stanąć na podium zawodów o Puchar Świata i nie poszła za tym regularność. Po fatalnych igrzyskach w Nagano w 1998 r. Małysz myślał nawet o zakończeniu kariery sportowej i powrocie do wyuczonego zawodu dekarza. 

Podobnych przypadków – zawiedzionych nadziei, zmarnowanych talentów i ognia, który wygasł równie szybko, jak zapłonął – Polacy widzieli wtedy wiele, nie tylko w sporcie.

Adam Małysz podczas zawodów o Puchar Świata w skokach narciarskich. Zakopane, 19 stycznia 2002 r. // Fot. Jan Skarżyński / Reporter

Jednak potem trzecie miejsce w noworocznych zawodach 2001 r. w Garmisch-Partenkirchen zwróciło uwagę szerszej widowni, bo w klasyfikacji generalnej Turnieju Małysz był już drugi. A kolejne dwa starty, w Innsbrucku i Bischofshofen, przyniosły początek czegoś, co po upływie lat nazwano małyszomanią: oba konkursy Polak wygrał z kilkudziesięciopunktową przewagą nad rywalami. Takiej dominacji w historii Turnieju jeszcze nie notowano.

Z punktu widzenia medialnych decydentów nie był to sukces spodziewany. Stanisław Snopek, komentujący wówczas skoki narciarskie w TVP („Przeskoczył skocznię! Ustał!” – wołał 3 lutego 2001, gdy Małysz lądował w Willingen na słynnych 151,5 m), wspomina, że dopiero po triumfie w Bischofshofen stacja kupiła (okazyjnie, bo konkurencji nie było) prawa do transmisji kolejnego konkursu o Puchar Świata, w Harrachovie. 

Kiedy okazało się, że i tam Małysz skacze znakomicie, nabyła następne, nadając rywalizacji na skoczniach wymiar trwającego wiele sezonów serialu.

Żyliśmy życiem zastępczym: jak żegnał Małysza Włodzimierz Szaranowicz

Choć może lepiej zacząć tę historię od końca?

267 słów, dwie i pół minuty – w tym pauzy, podczas których nagły przypływ emocji (zapewne po prostu: łez) odbiera mówcy głos. „Jak to jest, tak się wzruszyć na antenie?” – zapytała potem Włodzimierza Szaranowicza o tamten moment córka w wywiadzie rzece „Życie z pasją”. On tłumaczył, że człowiek jest wtedy „bezradny, w pewien sposób nagi”, że „to przechodzi przez głowę, ale czasami głowę trzeba odciąć i odmalować sytuację słowami, które płyną z serca, z ciebie, nie wiadomo skąd”. 

Równie dobrze mógłby zacytować „Kroniki” Miłosza: „Te głosy, które przeze mnie mówiły / Są moje i nie moje, słyszane z daleka”. Bo podsumowując wtedy dekadę sukcesów Małysza, podczas transmisji ostatniego występu skoczka na mistrzostwach świata w 2011 r., podsumowywał coś jeszcze.

„Co tydzień siadaliśmy jak do telenoweli – mówił wtedy komentator TVP. – Fenomen socjologiczny! Ileż rzeczy można było mu przypisać podczas tej kariery? Że można w życiu wygrać ewidentnie bez układów. Że jest człowiekiem rzetelnym, solidnym, posłańcem wielkich wiadomości, wielkiej nadziei. Zaczynał jako idol kryzysowy, który miał nas prowadzić jako ambasador wspaniałego skoku cywilizacyjnego do Europy. Fenomen społeczny. Przecież my, dzięki tym transmisjom, żyliśmy życiem zastępczym”.

Mitologia współczesna: jak wyglądał świat w czasie małyszomanii

„Głosów, które mówiły” było więcej. „Pod warstwą rozrywki i czysto sportowych zachwytów kryje się najprawdziwsza (choćby nawet, jak to ujął Eliade, »zdegradowana«) współczesna mitologia” – pisał o małyszomanii semiotyk kultury Marcin Napiórkowski. Psycholog społeczny Zbigniew Nęcki dodawał: „Sen o Janku Muzykancie realizuje się w Adamie, skromnym chłopcu z Wisły”.

Spróbujmy to zrozumieć: 25 lat temu, gdy Małysz wygrał swój pierwszy Turniej Czterech Skoczni, Polska nie była jeszcze członkiem Unii Europejskiej. Kiedy w drukowanym wtedy na płachcie formatu A2 „Tygodniku” odnotowywaliśmy jego sukces w rubryce Obraz Tygodnia, news ten sąsiadował z informacją o powołaniu przez parlament Kambodży trybunału do osądzenia zbrodni Czerwonych Khmerów. Jaser Arafat godził się na warunkowe przyjęcie planu pokojowego Billa Clintona (ówczesny prezydent USA proponował m.in. utworzenie państwa palestyńskiego w Strefie Gazy i na 95 proc. terytorium Zachodniego Brzegu). 

W Polsce zaś Aleksander Kwaśniewski zaczynał właśnie drugą kadencję prezydencką. Na czele rządu stał Jerzy Buzek, a ruchy odśrodkowe w tworzących jego gabinet formacjach były już wyraźne. Na polityczną niepodległość wybijał się nie tylko minister sprawiedliwości Lech Kaczyński – 19 stycznia 2001 r. Maciej Płażyński, Andrzej Olechowski i Donald Tusk zapowiedzieli powołanie Platformy Obywatelskiej. 

Dzień później Małysz wygrał konkurs w amerykańskim Park City.

Idol kryzysowy: gdy cała Polska grała „w Małysza”

Ciekawy był to moment: z lektury tamtego Obrazu Tygodnia wynika, że posłanka Nowina-Konopczyna z posłem Tomczakiem uszkodzili w warszawskiej Zachęcie rzeźbę Maurizia Cattelana, przedstawiającą przygniecionego meteorytem Jana Pawła II. W Krakowie przeszła w prywatne ręce ostatnia w mieście państwowa restauracja – słynny Wierzynek. W antykwariacie na Krupówkach wystawiono na sprzedaż księgę pamiątkową muzeum Lenina w Poroninie. 

Jak widać, transformacja – zarówno ustrojowa, jak też ekonomiczna i kulturowa – trwały. Stare normy nie działały, nowe nie zdążyły się wykształcić. Dostęp do internetu był ograniczony, komórki służyły, prócz telefonowania, co najwyżej do gry „w węża”. Świeżo skomputeryzowane nastolatki uruchamiały na Windowsach gry oparte na środowisku MS-DOS. Jedną z najpopularniejszych miała za chwilę zostać gra „Deluxe Ski Jump”, u nas zwana po prostu „Małyszem”.

Co w tym pewnie najważniejsze: w tamtym czasie bezrobocie w Polsce wynosiło ok. 20 proc., a poziom postrzegania korupcji był w Polsce, wedle rankingu Transparency International, gorszy od europejskiej średniej. 

Powiedzenie, że większość obywateli utożsamiała się ze swoim krajem tylko wtedy, gdy skakał Małysz, byłoby pewnie publicystyczną przesadą. Ale nazwanie Małysza „idolem kryzysowym” miało pokrycie w rzeczywistości. Podobnie jak druzgocąca recenzja transformacyjnego pejzażu – ta o Małyszu jako o człowieku, który zrobił zawrotną karierę „ewidentnie bez układów”.

Cywilizacyjny skok: czego nauczył nas Adam Małysz

Ale owo „bez układów” nie oznaczało, że kariera Małysza była jakimś romantycznym zrywem. Na jej przykładzie widać procesy dużo szersze, niż dotyczące jednej – w dodatku dość niszowej – dyscypliny sportu.

Jej początki przypadły na czas, w którym pewien działacz polonijny usiłował w trakcie mistrzostw świata w kanadyjskim Thunder Bay motywować polskich zawodników, wręczając im po 100 dolarów. Był rok 1995. Małysza to oburzyło: liczył raczej na to, że związek narciarski sprofesjonalizuje się na tyle, aby kadra skoczków nie potrzebowała takich „prezentów”. 

Jego sukcesy z pewnością pomogły w pozyskiwaniu sponsorów, ale pieniądze wydawano sensownie – na tworzenie programów szkoleniowych i infrastruktury, a także na zatrudnienie do współpracy z trenerem Apoloniuszem Tajnerem naukowców: fizjologa Jerzego Żołądzia i psychologa Jana Blecharza. Nawet jeśli nie wszystko, co mówili w rozmowach z dziennikarzami „doktorzy”, było zrozumiałe, również w tym była zapowiedź „cywilizacyjnego skoku”.

Adam Małysz z Włodzimierzem Szaranowiczem i sędzią Markiem Siderkiem. Konkurs Czterech Skoczni w Garmisch-Partenkirchen, Niemcy, 31 grudnia 2003 r. // Fot. Marcin Rutkiewicz / Reporter

Zrozumiałe było za to z pewnością kultowe zdanie Małysza, przypisywane właśnie współpracy z Blecharzem, że „najważniejsze to oddać dwa dobre skoki”. Czytaj: skupić się na najbliższym konkretnym zadaniu, zamiast myśleć o odległym wciąż celu. 

Wśród wielu rzeczy, z którymi oswajał Polskę „rzetelny” skoczek z Wisły, były, jak widać, także podstawy coachingu czy dostępnej zwykłym ludziom psychologii.

Małysz kontra Hannawald: jak przełamać fatalizm wrogości

Faktycznie trudno zliczyć, „ileż rzeczy można było mu przypisać podczas tej kariery”. Opisujące każdy jego krok tabloidy oswajały Polaków np. z tajemniczym słowem „ekumenizm”, podkreślając, że – jak wielu mieszkańców Wisły – Małysz jest członkiem Kościoła ewangelicko-augsburskiego.

A cóż powiedzieć o jego rywalizacji z niemieckimi skoczkami, Martinem Schmittem i Svenem Hannawaldem? Było to, przyznajmy, dość kłopotliwe: patrzeć, jak stłumiony po 1989 r. antyniemiecki resentyment eksplodował na trybunach wokół skoczni, jak arogancki Hannawald wpasowywał się w schemat znany z PRL-owskich seriali. Oraz jak kulminacją tego procesu było obrzucenie Niemca śnieżkami (rzecz w świecie skoków niespotykana) przez polskich kibiców w Zakopanem i Harrachovie.

„Jak można się tak zachowywać?” – pytał wówczas przed kamerami Małysz, spontaniczny jak zwykle, nazywając postępowanie wspierających go rodaków „głupim”. Apelował o szacunek dla rywala, a po ostatnim konkursie sezonu stanął z nim na podium: Hannawald pozował z polską flagą, Małysz z niemiecką. 

Rok później w Zakopanem Niemca witano już brawami. Czy retoryczną przesadą będzie stwierdzenie, że skoczek narciarski zrobił wówczas dla pojednania polsko-niemieckiego w wymiarze społecznym więcej niż niejeden polityk czy społecznik?

Pięćdziesiąt trzy kilo dumy: w trakcie małyszomanii Polska wylądowała w Unii

Marcin Napiórkowski, pisząc o małyszomanii, analizował teksty popularnego dziennika „Super Express”. Układały mu się w opowieść o „epickim wojowniku”, wokół którego czynów budowano aurę „niepowtarzalności” i „historycznej doniosłości”. Nawet jeśli w rzeczywistości były tylko „kolejnymi, identycznymi na pozór, kilkusekundowymi przygodami człowieka, który lata z deskami przykręconymi do butów”.

„53 kg dumy narodowej” – głosił wtedy na okładce tygodnik „Polityka”, a Marek Raczkowski ilustrował to hasło wizerunkiem frunącego nad typowo polskim pejzażem (wierzby płaczące!) skoczka, za którym wzbijała się w powietrze rzesza rodaków. 

Ewidentnie: zmęczeni transformacją, Polacy potrzebowali bohatera o zasługach podziwianych jeśli nie przez cały świat, to przynajmniej przez całą Europę, o której względy ubiegali się przecież w procesie integracji (notabene Romano Prodi, jedna z kluczowych postaci w procesie akcesyjnym, mówił wtedy, że „Polska jest jak Małysz. Do skoku, który trwa kilka sekund, szykowała się wiele lat”).

A przy tym Polacy potrzebowali bohatera, który zaspokoiłby zbiorowe oczekiwanie sukcesu ponad podziałami. Jak pisał cytowany przez Napiórkowskiego Maciej Rybiński: „Skok Małysza był najdalszy i nikt nie próbuje twierdzić, że dopiero po wyborach i zmianie układu parlamentarnego będzie skakał naprawdę daleko”.

Nawiasem mówiąc: zmiany układu parlamentarnego przyniosły w trakcie dekady sukcesów Małysza najpierw powrót do władzy Sojuszu Lewicy Demokratycznej, potem rządy PiS-u z Ligą Polskich Rodzin i Samoobroną, a w końcu koalicję PO-PSL i „ciepłą wodę w kranie”. Skok cywilizacyjny, o którym mówił Szaranowicz, faktycznie się wtedy dokonał: poziom bezrobocia spadł o 10 pkt. proc., a produkt krajowy brutto per capita był w roku 2011 ponad 2,5 razy wyższy niż w roku 2001.

Pierwszy celebryta III RP: co Małysz powiedział Kwaśniewskiemu

Można o tym wszystkim mówić prościej. „Był tak naprawdę kimś w rodzaju przyjaciela z telewizji, któremu, nawet jeżeli trafia na przeciwności losu i chwilowo jest w dołku, kibicuje się i wierzy, że los musi się odwrócić” – pisał Bartłomiej Szwajger w osobistym tekście „Pokolenie Adama Małysza”. Wspominając przejściowy spadek formy skoczka z lat 2003-06, Szwajger dodawał: „nauczył mnie przegrywać, znosić porażki swoje i innych”.

Nauczył więc Małysz Polaków – choć pewnie lepiej będzie powiedzieć: towarzyszył im w nauce – wielu rzeczy. Był pierwszym celebrytą III RP, a zarazem celebrytą jeszcze bez medialnych szkoleń. Bez piarowców, zamieniających spontaniczność w obły produkt marketingowy (skądinąd reklamy z Małyszem to osobny temat; widać w nich także – choćby w śmiało grającym narodowymi stereotypami filmiku, mającym zachęcić do spożywania zupek instant – jak dużo swobody mieli wówczas ich twórcy). 

W archiwach Polskiego Radia zachowało się nagranie rozmowy, którą ze skoczkiem usiłuje odbyć, po jednym z wygranych konkursów, prezydent Kwaśniewski, a Małysz wypala do pośredniczącego w kontakcie Tomasza Zimocha: „Panie Tomku, pan chyba jaja sobie ze mnie robi”.

Adam jest nasz: pod Wielką Krokwią bez biletów

Transformująca się Polska potrzebowała takiego właśnie bohatera. 

Bohatera nie z żurnala, lecz z (późniejszej o dekadę) piosenki „Małomiasteczkowy” Dawida Podsiadły: odrzucającego sztuczność wielkiego świata, mówiącego prostym językiem i żyjącego (do czasu przynajmniej) prostym życiem. Do czasu, bo pod jego dom w Wiśle przyjeżdżały pielgrzymki, a kolejne ruszały w ślad za nim na europejskie skocznie. Zwłaszcza po tym, jak w grudniu 2007 r. granice się otwarły, bo Polska weszła do strefy Schengen.

Bohatera czasów, w których procedury nie były jeszcze w pełni wytworzone. Zarówno te chroniące prywatność gwiazd (był taki moment, że deweloperzy w Wiśle nakłaniali do inwestycji „z widokiem na dom Małysza”), jak te zapewniające organizatorom masowych imprez należne im dochody. Kiedy na zmodernizowanej dzięki sukcesom Małysza Wielkiej Krokwi odbywały się pierwsze zawody o Puchar Świata, do Zakopanego przyjechało 100 tysięcy widzów, nie tylko korkując zakopiankę, ale też w niemałym procencie zajmując miejsca na trybunach w noc poprzedzającą konkurs. Bez biletów oczywiście.

„Budowałem mit i opowiadałem rzeczywistość jednocześnie. To wszystko było prawdziwe. Historia wielkiego sukcesu skromnego chłopaka, który zaczynał karierę, wypadając z za dużych butów” – wspominał Szaranowicz, nawiązując do historii z dzieciństwa Małysza, który w wieku sześciu lat, gdy zapięto mu narty do za dużych butów (mniejszych nie było), odbił się tak dobrze, że… wypadł z nich w trakcie lądowania. 

Tego nie wymyślił Ota Pavel, pisząc bajkę o legendarnym czeskim skoczku Jiřím Rašce. To się naprawdę wydarzyło.

Radość czy mięśnie: dlaczego Małysz skakał tak daleko

O tym, dlaczego skakał tak daleko, napisano wiele. Zaczynając od wiślańskiego źródła: pradziadek Małysza miał tam własną skocznię, wuj był trenerem. Jego krajan, Jerzy Pilch, notował w „Dzienniku”, że „jednym z podstawowych składników triumfów Małysza była radość skakania i piękno skakania”. Fizjolog Jerzy Żołądź opowiadał z kolei o „bardzo sprawnych energetycznie mięśniach” i „umiejętności kontrolowania swojej mocy”.

Przyznam jednak, że najbardziej przemówiła do mnie opowieść Stanisława Snopka, którego o fenomen Małysza pytałem w audycji „Sport wyjaśnia świat” na antenie Polskiego Radia 24.

Snopek, wieloletni komentator, przyznawał wprost: w skokach jest coś magicznego. I nie chodzi tylko o moment, w którym po wybiciu z progu sportowiec ma poczucie, jakby wpadał do studni: przez kilka sekund unosi się w powietrzu, nie widząc miejsca, w którym wyląduje. Zdaniem Snopka zawodnik i trener nigdy do końca nie wiedzą, dlaczego jakiś skok był dobry: „Pamiętam wiele takich przypadków, kiedy zawodnik lądował na 80 metrze na skoczni o rozmiarze 140 i mówił: »Nie rozumiem, co się stało, bo zrobiłem wszystko prawidłowo«”.

Nawet jeśli w telewizyjnych studiach sporo mówiono wtedy o mechanice klasycznej, biomechanice i aerodynamice, nawet jeśli wokół austriackich kombinezonów powstawały teorie spiskowe, nawet jeśli skoczkowie po spożyciu bułki z bananem dużo ćwiczyli w aerodynamicznych tunelach – we wspomnieniach dziennikarza towarzyszącego sukcesom Małysza na pierwszy plan wybija się coś, czego nie da się wytrenować. A co trzeba poczuć, gdy po wyjściu z progu „łapie się to noszenie niczym ptak”.

O sztuce latania napiszemy jednak innym razem.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 03/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Nasz wielki skok