Życie to słynna historia

Mariusz Szczygieł, reporter: Hanna Krall powiedziała mi kiedyś: „Panie Mariuszu, proszę prześledzić życie mamy”.

Reklama

Życie to słynna historia

Życie to słynna historia

04.02.2019
Czyta się kilka minut
Mariusz Szczygieł, reporter: Hanna Krall powiedziała mi kiedyś: „Panie Mariuszu, proszę prześledzić życie mamy”.
Fot. Maciej Zienkiewicz dla "TP"
Fot. Maciej Zienkiewicz dla "TP"
A

ANNA GOC: Czytając Twój reportaż o Violi Fischerovej, czeskiej poetce, pomyślałam, że się wystraszyłeś.

MARIUSZ SZCZYGIEŁ: Tak? A czego?

Swojej pamięci.

Bo zapamiętaliśmy z Violą zupełnie inaczej naszą pierwszą rozmowę telefoniczną?

Tak. Ty odtwarzałeś ją z pamięci po 14 latach. Ona zapisała ją tamtego dnia w dzienniku. Miała przewagę.

Nie zakładam, że Viola w dzienniku skłamała, raczej moja pamięć szwankuje. Wiesz, bardzo się pilnuję, żeby nagrywać albo dokładnie notować. Zależy mi, by nikt nie mógł mi zarzucić, że jestem reporterem, który coś zmyśla albo przekłamuje.

Twoja wersja: „Dzień dobry... Nie, nie mam żadnej sprawy... Chciałem powiedzieć tylko, że przeczytałem pani wiersz w metrze... Nie bardzo wiem, co jeszcze bym miał dodać...”. Jej wersja: „24 grudnia 2004. Przed południem telefonował mężczyzna, który się nie przedstawił, ale chciał znać mój adres mailowy. Ma dla mnie jakąś radosną niespodziankę. Najpewniej Święty Mikołaj”.

To mną wstrząsnęło. Kiedy się zorientowałem, że nasze wersje aż tak się różnią, wymyśliłem, że słowo „pamiętam” będę zapisywał w cudzysłowie. Nie mogę pisać, że pamiętam, skoro dzieją się takie rzeczy. Dlatego tym reportażem zaczynam książkę „Nie ma”.

A mnie nie przekonuje ten pomysł zapisywania słowa „pamięć” w cudzysłowie.

Dlaczego?

Bo słowo wzięte w cudzysłów zawsze traci.

No ale przecież nie mogę pisać, że pamiętam, skoro moja wersja tak bardzo różni się od wersji Violi. Gdy ktoś mówi „pamiętam...”, zwykle nie wątpimy w jego pamięć. A ja chciałem pokazać moje zwątpienie.

Twoje – reportera.

Tak, ale nie traktuj tego jako wyznanie reportera, który zwierza się czytelnikom „Tygodnika Powszechnego” z jakiejś swojej wady. Wydaje mi się, że wszyscy mamy kłopot z pamięcią. Znalazłem takie zdanie u Warłama Szałamowa, że pamięć, podobnie jak śmierć, równa wszystkich i wszystko. Człowiek nieżywy jest ofiarą śmierci, a my, żyjący, ofiarami pamięci. Ja tak to rozumiem, wiesz?

Występowałem kiedyś w telewizji z kolegą. I nagle on zaczął opowiadać o zdarzeniu, w którym – jak twierdził – brał udział. Zbaraniałem. Przecież to była moja historia. Wydarzyła się w latach 90., opowiedziałem mu ją, a on był pod jej wrażeniem. Ale w niej nie uczestniczył.

(Do pokoju wchodzi kotka Afonia) Jak ty reagujesz na koty?

Dobrze. Zwykle z wzajemnością.

To jest jej ulubione miejsce (Afonia wskakuje na fotel, odwraca się do nas tyłem). A kiedy nie ma gości, siada tu, gdzie ty teraz – na kanapie. Wtedy rozkładam dla niej koc. Mój tata też lubi to miejsce. Odkąd zobaczyłem u Herlinga-Grudzińskiego w Neapolu, że miał w swoim gabinecie kanapę, wiedziałem, że też będę miał.

„Nie ma”, Twoja ostatnia książka, jest pierwszą tak osobistą. Zwykle ukrywałeś Szczygła-reportera.

Teraz chciałem pokazać, że jestem na innym etapie życia. Poprzednie książki traktowałem jak projekty. Pokazywałem warszawskiemu establishmentowi, w którym się poruszałem, moją Polskę złotoryjską. To, że tam ludzie w kapitalizm tak łatwo nie uwierzyli. Tak powstała „Niedziela, która zdarzyła się w środę” – w latach 90. byłem korespondentem z małych miasteczek.

W „Zrób sobie raj”, książce o Czechach, chciałem z kolei pokazać moim rodakom, że można żyć szczęśliwie bez Boga. Ale złapałem się na tym, że moje reportaże nie mają tylko służyć. Reporter nie musi być medium bez osobowości, które pokazując życie innych, samo ma niewiele do powiedzenia.

„Reportaż to nieumiejętność przeżycia własnego doświadczenia egzystencjalnego za pomocą fikcji” – piszesz w „Nie ma”.

Pisarze radzą sobie ze swoim życiem przy pomocy fikcji. Ja nie umiem. Kiedyś próbowałem pisać opowiadanie, ale szybko wydało mi się żałosne i straszliwie amatorskie. Nie wyszedłbym nigdy z klasy początkującej. A w reportażu to chyba umiem bardziej. Skoro pisarze wentylują swoje problemy fikcją, to ja reportażem.

Czyli piszesz, by...

...sobie pomóc. W książce „Gottland” jest reportaż „Łowca tragedii”.

Reportaż, w którym inspirowałeś się kubizmem. Lubisz go.

Tak, to historia pisarza, Eduarda Kirchbergera, który ma dwa życiorysy. I który nie umiał mówić „nie”. Każdemu następnemu człowiekowi, którego spotkał, mówił „tak”. Ale każde „tak” wiązało się ze zmianą kierunku jego życia. A nawet ze zmianą wektora politycznego. Pisząc ten tekst, pomyślałem: „Jezus, ja muszę się nauczyć mówić »nie«”. Nie mogę stać się Kirchbergerem.

A byłeś?

Miałem taki czas w życiu. Należy być miłym i grzecznym – tak byłem wychowany. I właściwie przez... jak by to powiedzieć... przez grzeczność zgadzałem się z ludźmi. Choć gdzieś w środku myślałem zupełnie coś innego, więc to był pewien fałsz.

Poczekaj, powiedziałeś coś ważnego.

Powiedziałem coś ważnego?

Tak, że byłeś wychowany do tego, by być grzecznym.

Z dziesięć lat temu Hanna Krall pomogła mi rozsupłać ideę życia i wychowania, które zaserwowała mi mama. Bo moja mama uważa, że nie powinienem się wyróżniać. Ona bardzo źle znosi, gdy się o mnie mówi albo pisze. „Po co ty tyle chodzisz do tej telewizji?”, „Czy wszyscy muszą na ciebie zwracać uwagę?”.

 Z rodzicami, Złotoryja, 1969 r. / Archiwum Prywatne Mariusza Szczygła
Z rodzicami, Złotoryja, 1969 r. / Archiwum Prywatne Mariusza Szczygła

„Są to reportaże o przeciętności, bo sam pochodzę z przeciętnego miasteczka, i jak mówi mój tata Jerzy Szczygieł, to piękne być przeciętnym” – pisałeś o „Niedzieli, która zdarzyła się w środę”.

Ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, że reportażami coś sobie załatwiam. Moja mama jest bardzo skromna, mało się odzywa. I jest akuratna we wszystkim. Tata walczył z jej naturą, ale nie łudźmy się: usposobienie jest człowiekowi dane raz na zawsze. Nie dało się jej zmienić. A ja przez większość życia bardziej byłem pod wpływem mamy niż ojca. I Hanna Krall powiedziała: „Panie Mariuszu, proszę prześledzić życie mamy”.

Mama wspominała okupację?

Zawsze mi opowiadała o dniu, w którym UPA zabiło jej ojca. O tym, że sam musiał sobie wykopać grób. Że jeden z tych, którzy go zabrali z domu, pognali na bydlęcy cmentarz, potem wrócił i spytał babcię: „Srokowa (to nazwisko panieńskie mojej mamy), gdzie jest wasz mąż? Gdzie jest wasz Rysiek?”. Babcia szybko się zorientowała, co ma odpowiedzieć. Widziała, że to ci sami, którzy kilka godzin wcześniej zabrali dziadka. Więc odpowiedziała: „Do Bochni pojechał, po sól”. A oni na to: „To dobrze, że pojechał”. Babcia jakby zawarła z nimi pakt o milczeniu.

Potem wyjazd na ziemie zachodnie. Babcia z siedmiorgiem dzieci, powożąca wozem konnym, na nim pierzyny i co się tam jeszcze udało zapakować.

Byli Polakami i to ich wyróżniało. Mama wychowała się w czasie, kiedy przeżyć znaczyło nie wyróżniać się. Więc przejść przez życie bez echa, przejść niezauważonym – daje szansę na przeżycie. „I pan to dostał” – powiedziała Hanna Krall. Może dlatego czułem, że nikomu nie powinienem zawadzać, nie przeszkadzać, być grzecznym. „Po co masz mówić, co myślisz?” – to zdanie we mnie pokutowało. Musiałem się z tym sam uporać. Nie było innego wyjścia.

Dobrze usłyszeć to od kogoś, kto też przeżył wojnę i wie, że to stamtąd.

Wcześniej w ogóle nie myślałem o tym tak – ani o mamie, ani o tym, że dostałem od niej coś więcej niż tylko blond włosy. Anna Janko w świetnej książce „Mała Zagłada” pisała o pamięci, którą się dostaje w genach. O czymś, czego nie musimy usłyszeć, żeby zostało nam przekazane.

(po chwili) Grzeczność moja. Musiałem się z niej jakoś wyzwolić.

I chyba dzisiaj już jestem... Może dlatego uważam, że mam 52 lata i jestem w najwspanialszym momencie mojego życia.

Jako fan "Republiki", 1983 r. / Archiwum Prywatne Mariusza Szczygła
Jako fan "Republiki", 1983 r. / Archiwum Prywatne Mariusza Szczygła

A Barbara Łopieńska z Pawłem Hertzem rozmawiała o tym, że ludzie po czterdziestce zaczynają się denerwować.

Ja się uwolniłem od wszystkiego po pięćdziesiątce. Uwolniłem się od swoich zmór przeszłości. Od toksycznych przyjaciół. Od rzeczy, których nie chcę robić. Odszedłem z pracy w „Gazecie Wyborczej” w 2012 r. Cenię „Gazetę”, ale cieszę się, że nie muszę już być redaktorem.

Czterdziestka nie była przełomem.

Był wtedy taki temat, który mnie dręczył. Temat dziecka. Dostałem dwie propozycje spłodzenia dziecka. Obie od par lesbijek. Wydało mi się to wtedy nieprawdopodobnym komplementem. Że mnie by chciały? – myślałem sobie. Przez całą młodość uważałem, że nie jestem przystojny. Oczywiście nie chodziło tym paniom o urodę, to był pewnie komplement za całość.

Tak odebrałem tamte propozycje. I wiesz... to karmiło moją miłość własną, aż w niebezpieczny sposób. Czułem, że to mi da coś nowego. Może nieśmiertelność? Zwłaszcza że obie pary twierdziły, iż nie miałbym być tylko dawcą nasienia, ale ojcem. To jest nie do opisania, co się dzieje w takich momentach w głowie, jak te wszystkie dopaminy zadziałały, zaczęło szumieć, jakbym był pod wpływem narkotyków. Byłem prawie gotowy. Ale nie zrobiłem tego.

Powiesz, dlaczego?

Bo to się wiązało z odpowiedzialnością. A ja jestem bardzo odpowiedzialny, wiesz? Ten typ, na którym można polegać, który się zaopiekuje, pomoże, jak trzeba. Podobnie traktuję bohaterów moich tekstów. Tylko teraz przychodzi taka dojmująca myśl: komu ja zostawię to, co mam? Albo – jakie to mogłoby być miłe, że ktoś może mieć moje geny. No nic, może któraś z moich książek przetrwa.

Ale wracając do twojego pytania – nie chciałbym być znowu trzydziestolatkiem, który nie potrafi zaprotestować, kiedy słyszy obok seksistowski czy rasistowski tekst.

A tak było?

Zdarzało się. Nie umiałem mówić „nie”. Mnóstwo rzeczy trzymałem w sobie i dopiero po jakimś czasie wybuchałem.

 Beatą Pawlak (po prawej) i Lidią Ostałowską oraz performerem Waldemarem Petrykiem / Archiwum prywatne Mariusza Szczygła
Sylwester 1991. Z nieżyjącymi już reporterkami „Gazety”: Beatą Pawlak (po prawej) i Lidią Ostałowską oraz performerem Waldemarem Petrykiem / Archiwum prywatne Mariusza Szczygła

Miałeś swoje strategie na tamten czas.

Starałem się przemknąć przez jakiś temat w taki sposób, by nie wyrazić swojego zdania. Żałuję, że tak długo mi to zajęło. Chyba lepiej usamodzielnić się mentalnie mając 16 lat, a nie 36, nie?

W opowieściach bohaterów często słyszymy zdania, które są i nasze. Opowiadają nam swoją historię, a my zapamiętujemy to, co i nam bliskie. W reportażu o willi Müllerów piszesz: „Na wszystko w życiu musi przyjść odpowiedni moment”.

Z opowieści moich bohaterów wydobywam to, co we mnie rezonuje. To prawda. A może na tym polega kolonizowanie cudzych historii? Moja osobowość – wszystkie moje deficyty, wyobrażenia, fobie czy lęki – kolonizują czyjąś historię.

W książce „Nie ma” jest monolog kobiety, która od siedmiu lat nie pochowała męża. Urnę z jego prochami trzyma na pawlaczu. To jedna z tych historii, za które najczęściej mi dziękują czytelnicy. Jedna młoda kobieta wysłała mi nawet wygrawerowany wazon, stoi w salonie.

O!

Chciała podziękować, że znalazła tam coś dla siebie. Facet około czterdziestki napisał, że po przeczytaniu tego tekstu płakał. Pozornie monolog mojej bohaterki wygląda na zapis z nagrania. Ale ta historia została przeze mnie skolonizowana. A wiesz, w jaki sposób? Mogłem napisać to jako opowieść o nieprzerobionej żałobie. Na dobrą sprawę, jak na to spojrzeć na zimno, to kobieta, która trzyma od siedmiu lat urnę, nie przerobiła żałoby. Ale ja skolonizowałem to w ten sposób, że napisałem opowiastkę o miłości. O tym, na czym polega miłość. I nie oburza mnie ta urna trzymana w domu. Wybrałem z tego to, co czułem, że należy wybrać. A może to, co chciałem? A może to tylko moja interpretacja, że ta pani tak bardzo kocha?

Hanna Krall zaraziła mnie czytaniem amerykańskich poetów, a nawet wyznaczyła, których mam czytać. Jest więc Charles Reznikoff, Allen Ginsberg – jak mówi, poeci faktu. Ostatnio czytam Johna Ashbery’ego w przekładzie Piotra Sommera i tam znalazłem takie stwierdzenie: „Życie to słynna historia”. Jak mu go zazdroszczę! Jest też wers, że przyszłość jest „widmem”, a przeszłość to „automatyczny manekin”. Rozumiem, że to manekin, którego można dowolnie przestawiać, bezwolny, łatwo sterowalny.

Nim się spotkaliśmy, wysłałeś mi piosenkę Zdzisławy Sośnickiej „Pamięć” – „Pamięć jak okrutnie nie kłamie / Gdy przesuwa przed nami / To co sprawia nam ból”.

Bo się z nią nie zgadzam. Powiedziałbym: „jak okrutnie kłamie”! Wszyscy przekształcamy przeszłość. Jeszcze jeden przykład: wyszło właśnie nowe wydanie książki „Zbrodnia i...” Jerzego Nasierowskiego, który w latach 60. i 70. z partnerem włamywał się do mieszkań swoich bogatych znajomych i je rabował. Przez wiele lat wspominając Nasierowskiego powtarzałem anegdotę, którą opowiedział mi Franciszek Starowieyski. W mojej pamięci została tak: „Nasierowski to był, proszę pana, bardzo elegancki złodziej. Gdy się włamał do naszego mieszkania i ukradł nam kryształowy wazon, kwiaty z tego wazonu przełożył do butelki po mleku. I jeszcze nalał do niej wody”.

Teraz, przy okazji wznowienia jego książki, chciałem ją przytoczyć moim followersom na Instagramie. Przypomniałem sobie, że pisałem reportaż o Nasierowskim do „Gazety Wyborczej” w 1992 r., i wtedy rozmawiałem ze Starowieyskim, dokładnie notując jego wypowiedź. Zaglądam tam i czytam: „Jedyny ludzki ślad, jaki po nim pozostał, gdy okradał nas ze srebrnego wazonu, wyjął z niego kwiatki, przelał wodę, i wstawił do innego flakonika”. Nie ma nic o eleganckim złodzieju, wazon jest srebrny, a nie kryształowy, wstawia do flakonika, a nie do butelki po mleku.

Zapamiętałeś obraz swojej wyobraźni.

Najpewniej zapisywałem tak, jak trzeba, ale kiedy Starowieyski opowiadał, moja głowa od razu chciała jego opowieść przekształcić na coś lepszego. Napisałem uczciwie, tak jak powiedział, ale wyobraziłem sobie butelkę po mleku, bo ten szczegół jest o wiele ciekawszy i – popatrz – przez całe życie, czyli od 1992 r., pielęgnowałem to w swojej wersji!

(Dzwoni telefon) Nie znam, nie odbieram.

Na okładce "Tele Tygodnia", 1996 r. / Archiwum prywatne Mariusza Szczygła
Na okładce "Tele Tygodnia", 1996 r. / Archiwum prywatne Mariusza Szczygła

Mózg nam płata takie figle. Nie zrobiłem tego celowo. On mi coś opowiadał, a ten alternatywny obraz mi się od razu tworzył. Potem byłem mu wierny. To mnie dręczy jako reportera. I czasami myślę, że jestem ja i jeszcze jest moja pamięć. Jakby nas było dwoje.

W „Uchu igielnym” Wiesława Myśliwskiego jeden z bohaterów, wspinając się, mówi: „Nogi pamiętają lepiej”.

Spotkałem pana Myśliwskiego półtora roku temu na festiwalu w Szczebrzeszynie. Nie rozmawialiśmy o tym, że pracujemy nad książkami o pamięci, ale tak wyszło.

(Dzwonek do drzwi) To pan hydraulik, przyszedł naprawić kaloryfer.

(Po chwili) A widzisz, pytam pana, czy chce jakieś szmaty, czy wiadro, a on na to, że nie, ale gdybym mógł mu dać chęci do roboty, to weźmie. Jakie ładne zdanie.

Ostatnio, gdy słyszysz ładne zdanie, powołujesz się na świadków, którzy też je słyszeli. Jak w historii, którą opisujesz w książce „Projekt: Prawda”: do warszawskiej księgarnio-kawiarni Wrzenie Świata wchodzi kobieta, pyta, czy to Ty poszukujesz prawdy, i mówi: „Ja, proszę pana, mam prawdę jak cegłę. I mogłabym nią pana uszkodzić”. Dodajesz, że to zdanie słyszało jeszcze dwóch innych reporterów.

Tam, gdzie mogę, staram się pisać, kto był świadkiem. Zwłaszcza jeśli zdanie brzmi, jakby było wymyślone. Czasem ktoś mi mówi: „To jest za fajnie powiedziane, musiałeś to wymyślić”. A ostatnio poczułem się, jakbym dostał w mordę... Może lepiej, jeśli to będzie w „Tygodniku”, napiszmy, że w twarz?

Nie, „morda” prawdziwsza.

Dobrze, jakbym dostał w mordę. W radiowej Dwójce była dyskusja o mojej książce „Nie ma”. I Piotr Kofta, którego cenię, powiedział, że finał reportażu „Bilans Ewy” – to o bohaterce, która prowadziła Excela swojego życia, wpisując w nim sukcesy, porażki i stresy – jest nieprawdopodobny, niemożliwy, i Szczygieł musiał go zmyślić. Z panią Ewą spotkaliśmy się kilka razy, a potem jeszcze zadręczałem ją w mailach. Też tak robisz?

Tak.

Czasem miesiąc o czymś myślę i potem wracam do mojego bohatera, żeby jeszcze o coś dopytać. Spytałem Ewę, w której rubryce Excela wpisze swoją śmierć. A ona odpisała mi: „Samo życie jest sukcesem, więc jego finał również”.

Ewa zadeklarowała, że jeśli trzeba będzie bronić mojej czci, to napisze do krytyka i podpisze się swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem. Bo Ewa to jest imię, które sama sobie nadała w tekście. Nie wiem, skąd się bierze taka niewiara w zdania, które wypowiadają ludzie?

Może mało słuchają.

Może są zatopieni w lekturach, są redaktorami, nie wychodzą poza redakcję? Nie wiedzą, jak ludzie mówią. Mało słuchają – może właśnie o to chodzi. A ja jestem czuły na cudze zdania. W książce „Projekt: Prawda” jest opowieść o pani Ani, której się bardzo spodobało słowo, jakim ją opisałem.

To pani, która jest kasjerką, choć chciałaby być pisarką.

Chciałaby, gdyby urodziła się na nowo. Pracuje w sklepie, 700 metrów stąd, niedaleko mieszkania moich rodziców. Po jednej z rozmów z nią szedłem przez Powiśle, w jednej ręce miałem mleko, w drugiej wino, pierwsza w nocy, a ja sobie myślę: „Jak dobrze, że nikogo nie spotkam i mogę powtarzać słowa pani Ani”. Bo jak ktoś mnie zagada, to potem mi się resetuje to, co powiedział ktoś wcześniej.

Nie mogłeś zapisać?

Nie mogłem przy niej notować, bo wtedy jeszcze jej nie powiedziałem, że o niej piszę. Ale potem zaniosłem jej cały tekst, by przeczytała przed publikacją. „Ale pan o mnie ładnie napisał, panie Mariuszu”. „ Ale, co pani Aniu?”. „No bo napisał pan »niewychudzona«. Jakie to było miłe, jaka ja byłam szczęśliwa. Przecież mógł pan napisać, że jestem przy kości”.

Ale nie pokazujesz wszystkich historii, które zbierasz.

Największy czeski fotograf pierwszej połowy XX wieku, Josef Sudek, spytany, jak to robi, że wszystkie zdjęcia są tak zaskakujące, odpowiedział, że tylko takie pokazuje. Bardzo mi się to spodobało. Świetny sposób na wydobywanie historii ma Dariusz Zaborek, który wydał rozmowę z Alicją Gawlikowską-Świerczyńską „Czesałam ciepłe króliki”, którą polecam na wszelkie doły i depresje. Robiliśmy wspólnie wywiad. Jego metoda polegała na tym, że pytał wiele razy o to samo.

Podczas jednej rozmowy?

Tak, a potem jeszcze w innych terminach. I zwykle słyszał kolejne odpowiedzi. Ludzie wydobywali swoje wspomnienia. Pojechaliśmy do wokalistki Tercetu Egzotycznego – Izabeli Skrybant-Dziewiątkowskiej. Przyjęła nas wspaniale, zaprosiła wszystkich muzyków, był bankiet, a następnego dnia przyszliśmy do niej na zupę pomidorową. W podziemiu swojego domu mieli bar, taki w stylu amerykańskim, gdzie zasnąłem, bo wypiłem za dużo wina. Obudziłem się o pierwszej w nocy, i słyszę, jak Darek pyta Izę – wtedy byliśmy już z nią po imieniu – o to samo, o co pytaliśmy ją razem o szesnastej, a potem on pytał o dwudziestej pierwszej. Matko, myślę sobie, gdzie ja jestem? Właśnie w taki sposób można pracować z cudzą pamięcią.

A co Ci dają sny w Twoich reportażach? Dużo ich tam.

Jestem fanatykiem snów. Jako nastolatek czytałem Freuda, Junga. Do tej pory moi znajomi opisują mi swoje sny na Messengerze, a ja im te sny interpretuję.

Powiedziałeś, że czujesz się odpowiedzialny za bohaterów. Autoryzujesz tekst przed publikacją?

Zawsze. Wysyłam tekst nie tylko bohaterom, ale też ludziom, którzy wypowiedzieli się do książki.


Czytaj także: Prawda dla reportera - rozmowa Przemysława Wilczyńskiego z Mariuszem Szczygłem


Robię tak od lat. Nawet jeśli o to nie proszą. Jeśli bohater nie żyje, wysyłam komuś z jego bliskich. Tak było z Violą Fischerovą – reportaż o niej czytała jej najbliższa przyjaciółka, taka od serca, której Viola zostawiła wszystko. Nie musiała, nie żądała tego. Ale ja tak wolę, wiesz? Daję to do czytania, bo sobie myślę: „No, owszem, mój tekst, ale jego życie, nie?”. I to jest tak po połowie. Nie byłoby tych reportaży, gdyby nie bohaterowie. Oni też oczywiście troszkę istnieją dzięki mnie. Jedyny wyjątek zrobiłem, gdy pisałem reportaż „Śliczny i posłuszny”, o zabójczyni dziecka. Nie wysłałem jej tekstu, bo dwa razy odmówiła mi rozmowy.

Masz tu sporo pamiątek z Twoich tekstów. Jak zdjęcie, które stoi na biurku – chłopak całujący nogi kogoś, kto został ukrzyżowany, choć to raczej nogi kobiece.

Lubię mieć wokół siebie rzeczy, które oswoiłem. Do których się przywiązuję. Biurko jest długie, żebym się mógł rozłożyć z papierami. Spisuję tu rozmowy, a potem wszystko, co mam do danego reportażu, przepisuję na wielkie karty.

Układasz je hasłami?

Robię remanent tematów poruszonych przez rozmówcę, i zaznaczam, gdzie mam to w spisanym materiale albo w notatniku. Taki indeks tematyczny. Wtedy widzę, co mam, co zebrałem. Za tobą wiszą obrazy – okładki moich książek. A tu, na drzwiach, odmiana czeskich słów. Mam kłopot z jednym typem odmiany i pani Helena Stachová, tłumaczka moich książek na czeski, zapisała mi, jak trzeba odmieniać słowa typu „Maria”, „antologia”, „redakcja” i „róża”.

A ten rysunek, obok biblioteczki?

Jestem bardzo zadowolony, że udało mi się go zdobyć.

To rysunek – kredką i akwarelą – Marka Żuławskiego, malarza, który wyjechał jeszcze przed II wojną światową do Anglii, i tam pracował. Na zakończenie podstawówki dostałem jego książkę „Studium do autoportretu” – to był prezent od nauczycielki, w której się podkochiwałem, pani Marii Wodyńskiej, zobacz: napisała mi, żebym miał odwagę czytać i myśleć. To opowieść o jego życiu i obrazach. A na końcu są kolorowe reprodukcje, które mnie – 15-latkowi – w ogóle się nie podobały. „Jak można malować tak niechlujnie”, „jak człowiek może mieć tyle dziur w ciele? No kto tak maluje?” – myślałem. Ale wtedy chyba wyobrażałem sobie, że hiperrealizm w malarstwie jest najlepszy.

Jak ja byłem dumny z tej książki. Że ją dostałem. Niewiele z niej rozumiałem, ale skoro dała mi ją pani Wodyńska, musiała być ważna.

Choć Anda Rottenberg powiedziała, że te obrazy Żuławskiego są na tróję. Ja na to: „Pani Ando, na tróję? Może trzy plus?”. „Niech panu będzie trzy plus”.

Wracam do książki. Myślę, że człowiek od dziecka powinien mieć rzeczy, które go przerastają. Mądrzejsze od niego. Bo to się we mnie wwiercało.

Wampiryczne, powiedziałby Krystian Lupa. A Ty podziękowałeś w książce „Nie ma” Krzysztofowi Warlikowskiemu.

Wiesz, dlaczego?

Za to, że potrafi łączyć to, co wydawałoby się nie do połączenia.

Zainspirowałem się nim już wtedy, kiedy pisałem „Zrób sobie raj”. W jego spektaklach są bardzo różne historie, które pozornie do siebie nie pasują, a on je łączy.

Mamy z Warlikowskim tę samą panią, która zajmuje się naszymi mieszkaniami, więc poprosiłem ją, by przekazała mu „Nie ma”. Ale nie napisałem dedykacji. Nigdy tego nie robię, jeśli mnie ktoś wcześniej nie poprosi. Sam nie lubię dostawać książek z dedykacjami, jeśli o nie nie prosiłem.

Warlikowski dodał mi odwagi. Książka jest komunikatem jako całość. A w „Nie ma” doprowadziłem to jeszcze do ekstremów, jest bardzo wielu czytelników, którzy uważają, że „Nie ma” nie jest całością. Że nie widzą tych połączeń.

I jak przyjmujesz krytykę?

Spytałem Hannę Krall, czy kiedyś było tak, że na punkcie jej książki panowało szaleństwo – mnóstwo wspaniałych recenzji, ale też wyraźna krytyka. I co wtedy robić. Odparła: „Nie wierzyć za bardzo ani krytykom, ani pochlebcom”.

A na tej półce są tylko Twoje książki.

Biblioteczka nie jest bardzo duża, nie chcę wychodzić poza 4 tysiące tomów, bo nie lubię mieć zawalonego książkami mieszkania ze względu na kurz. W sypialni nie ma ich wcale, poza „Kronikami” Bolesława Prusa, które czasem czytam przed snem.

Tu jest półka z moimi książkami, także przekładami. Tu książki, które albo współtworzyłem, albo napisałem do nich wstęp, albo jest w nich coś o mnie. Tu książki o sztuce, a tu biblioteka czeska. Tam na górze przewodniki po Pradze. Mam nawet pomysł, żeby napisać własny. Większość książek reporterskich oddałem Fundacji Instytut Reportażu, gdzie tworzymy bibliotekę polskiego reportażu XX wieku. Mamy ambicję, by mieć wszystkie książki, które wyszły w Polsce i na świecie, polskich reporterów, w XX wieku.

Publikujesz zdjęcia taty na Instagramie. Jedno jest zrobione tu, w Twoim gabinecie.

Tata uwielbia tu siedzieć. „Siedzisz tu i o czym myślisz?” – pytam. „No, o tobie myślę” – mówi tata. „No dobrze, ale jak tu jesteś, to co ci przychodzi do głowy?”. „No synu, że ty umiesz rozmawiać z książkami. Bo z książkami to trzeba umieć rozmawiać. Książki nie tylko się pisze, ale z książkami się też rozmawia” – odpowiada mój tata, który nigdy nie przeczytał żadnej książki.

Lubię słuchać ludzi, którzy mają swój język. Taki język jak mój tata, z którym różne eksperymenty robię.

I co on na to?

Zachwycony jest. Mama jest niezadowolona.

W „Nie ma” opisujesz Wasze wspólne podróże do Pragi. Ostatnie, by Twój tata, tracąc wzrok, mógł Pragę zapamiętać.

Czuję, że nasz czas jest już limitowany. Ale notowanie tego, co się dzieje, jest silniejsze ode mnie. Dużo czytam Ciorana. Rozmowy z Cioranem czasami biorę do podróży, bo w pociągu nie umiem się skupić na powieści, lepsze są wtedy wywiady, gazety.

Jechaliśmy w sierpniu z tatą do Pragi pociągiem i on osiem godzin coś mówił. I zobacz (podchodzi do półki wiszącej nad kanapą, bierze z niej książkę), to taka moja podręczna półka. Zobacz, czytałem Ciorana, a gdy tata tylko powiedział jakieś zdanie, to je notowałem na ostatniej pustej stronie. I tu mam całą litanię zdań, które wypowiedział, patrząc w okno w pociągu do Pragi. Bezwiednie to notowałem. Potem zapomniałem o tym. Kilka dni temu, czegoś szukając, zaglądam, a co to jest? Czytam: „Chałupki”, „Chmury nisko”, „Ale nisko”, „Bardzo nisko chmury”, „Chałupki stacja”, „Węgiel. Węgiel to czy ziemia?”, „Stacja, a stacja”, „Czesi lubią pracować?”, „Tu ładna góra, z czego robią pomazankę?” (pomazanka to jest takie masło czeskie), „Słowacja im daje”, „Słowacja to najlepszy przyjaciel”. Wzruszyłem się, kiedy to znalazłem. Oczywiście tata żyje, ale taki mam czasami... taki przymus zanotowania.

Bo może dzięki temu te zdania się ma.

Tak, może to jeszcze jedna ucieczka, żeby mieć. ©℗

MARIUSZ SZCZYGIEŁ (ur. 1966) jest reporterem, felietonistą, wykładowcą w Polskiej Szkole Reportażu. Prowadził pierwszy polski talk-show „Na każdy temat”. Za książkę „Gottland” zdobył m.in. Europejską Nagrodę Książkową (2009), francuską Prix Amphi (2009), Nike Czytelników (2007) i Nagrodę im. Beaty Pawlak (2007). Za reportaż „Śliczny i posłuszny” – tytuł Dziennikarza Roku 2013. Pomysłodawca i autor trzytomowej „100/XX. Antologii polskiego reportażu XX wieku” (2014). W listopadzie 2018 ukazała się jego książka „Nie ma”.

Galeria zdjęć
  • Fot. Maciej Zienkiewicz dla "TP"

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Anna Goc, fot. Grażyna Makara
Dziennikarka i redaktorka „Tygodnika Powszechnego”. Doktorantka na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Do 2012 r. dziennikarka krakowskiej redakcji „Gazety Wyborczej”....

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Dziękuję TP. Jesteście czasopismem, które zawsze zaskakuje. Najpierw okładka z Panią Tokarczuk ( uwielbiam ją i trzymam kciuki za Nobla), potem Pan Tusk (!!!), a teraz świetny wywiad Z Panem Szczygłem (mam nadzieję, że mamie się podoba). Życzę, aby ten Duch Was nie opuszczał.

Ze wspaniałym człowiekiem. Dziękuję.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]