Takie komunikaty można usłyszeć dziś w ukraińskiej stolicy:
„Niestety mogę podać tę kanapkę tylko na zimno. Wyłączyli nam prąd i nie możemy podgrzać”.
„To już ostatnie zamówienie. Dziś zamykamy wcześniej, bo kończy nam się paliwo w generatorze”.
„Na czas alarmu powietrznego księgarnia jest zamknięta. Przepraszamy”.
Życie w Kijowie na pozór może nie odbiegać od normalności: restauracje są pełne, w sklepach tłumy, na ulicach korki. Ale to złudzenie. Czasem po kilka razy dziennie wyją syreny, a w hotelu słychać komunikat: „Uwaga, alarm powietrzny! Prosimy o niezwłoczne udanie się do schronu na poziomie minus 2!”. Zarówno w dzień, jak też w środku nocy.
Spędzając tu trochę więcej czasu, człowiek zaczyna nabierać lokalnych przyzwyczajeń. Słysząc za dnia syreny, nikt nie ucieka, lecz patrzy w aplikację na smartfonie. Aha, dwa rosyjskie bombowce wystartowały gdzieś za wschodnią granicą. Czyli szansa ostrzału Kijowa jest znikoma. Można pracować, wyjść na spacer z dzieckiem, z przyjaciółmi na piwo.
Trudno się dziwić takiemu podejściu. Gdyby za każdym razem, gdy wyją syreny, zbiegać do schronu, trzeba by to robić wiele razy w ciągu doby, dniem i nocą. Tak się nie da żyć.
AGREGATY I ECOFLOW | Że nie jest normalnie, pokazują też wszechobecne generatory prądotwórcze. Gdy wyłączany jest prąd – a dzieje się to ostatnio często, zarówno według ustalanego z góry grafiku dla poszczególnych regionów kraju, jak też, bywa, z nagła – tu i ówdzie zamruczy generator: przed sklepem, na stacji benzynowej, nawet na dziedzińcu prywatnej kamienicy.
Co prawda chodząc do lepszych restauracji czy śpiąc w Radissonie lub Intercontinentalu, raczej nie doświadczymy braku prądu. Duże firmy już dawno kupiły własne generatory, żeby mieć awaryjne zasilanie. Mniejsze sklepiki i nieco bogatsi ludzie kupili sobie małe, głośne i śmierdzące agregaty lub baterie typu ecoflow (rodzaj dużego powerbanku).
Mniej zamożni Ukraińcy, a więc ich większość, muszą się dostosować – kierując się informacjami ze stron internetowych dostawców prądu lub z lokalnych kanałów w komunikatorze Telegram. Tutaj można wyczytać, kiedy na naszej ulicy prąd zostanie wyłączony. A mówimy o regularnych odcięciach po kilka godzin, codziennie.
PLANOWE BLACKOUTY | To, co obecnie dzieje się z ukraińską energetyką, może szokować przyjezdnych. Większość Ukraińców mówi jednak, że gorzej już było i że przeżyją również i czas obecny. Ale jeśli porozmawiamy z ekspertami od energetyki, sprawy już nie malują się tak różowo.
– Obecnie nasze szczytowe zapotrzebowanie na moc to 12 gigawatów. Mamy dostępne niespełna 11 gigawatów, wliczając fotowoltaikę – mówi inżynier z Ukrenergo, ukraińskiego operatora systemowego.
Jeśli poskrobiemy w tych liczbach, to sytuacja okaże się jeszcze trudniejsza. Bo wieczorem, gdy potrzeby energetyczne są największe, słońce nie świeci, więc ukraińskie możliwości produkcyjne są jeszcze mniejsze. Częściowo pomaga import od zachodnich sąsiadów, w tym Polski, jednak linie pozwalają na przesłanie zaledwie niespełna 2 gigawatów.
W rezultacie jedyną możliwością, aby zachować stabilność całego systemu, są „rolowane blackouty”, czyli kontrolowane odcięcia prądu, po kolei w różnych regionach całego kraju.
TAMTA ZIMA | W przeszłości Ukraina już zmagała się z podobnym problemem: było to na przełomie roku 2022 i 2023. Wówczas to, począwszy od października 2022 r., Rosja punktowo atakowała rakietami i dronami kamikadze Szahed (produkcji irańskiej) stacje węzłowe na całej Ukrainie. Z tego powodu, mimo że elektrownie działały, nie było możliwe dostarczenie prądu do odbiorców.
Wtedy celem Rosji było „zamrożenie” Ukraińców i załamanie ich gospodarki oraz morale społeczeństwa. Dzięki olbrzymiej mobilizacji międzynarodowej koalicji (bo wszak nie tylko Europa i USA pomagają), Ukrainie dostarczono tysiące ton sprzętu do naprawy sieci, a także ogromne – idące w setki tysięcy, może więcej – ilości generatorów. Począwszy od takich kilkukilowatowych, do których można podłączyć np. sprzęt medyczny w wojskowym punkcie stabilizacyjnym na froncie, aż po takie wielkie. Te ostatnie, o mocy kilkudziesięciu kilowatów (i ważące ponad tonę), mogą zaopatrywać w prąd np. cały szpital.
W rezultacie w 2023 r. ukraińska energetyka, choć poobijana, wstała z kolan. Następnie zaczęto umacniać stacje węzłowe betonowymi konstrukcjami i workami z piaskiem, aby zwiększyć ich odporność na ataki dronami.
STRATY KOLOSALNE | Jednak również Rosja wyciągnęła wnioski. Przez wiele miesięcy czekała, gromadząc rakiety, pociski manewrujące i drony. Zaatakowała pod koniec marca tego roku – w chwili, gdy Ukraina wciąż czekała na dostawy amunicji przeciwlotniczej z USA i Europy. Od tego momentu do dziś kraj doświadczył sześciu naprawdę zmasowanych ataków powietrznych wymierzonych w infrastrukturę energetyczną – ostatni nocą z 31 maja na 1 czerwca. W międzyczasie miały też miejsce ataki o mniejszej skali.
Taktyka rosyjskiego „energetycznego terroru” uległa przy tym zmianie. Tym razem celem padły elektrownie wodne i węglowe. Dlaczego one? To właśnie te zakłady są sterowane wyłącznie przez człowieka. Elektrownie wiatrowe i słoneczne są zależne od pogody i trudne do zniszczenia, z kolei reaktory jądrowe są same w sobie bunkrami przeciwlotniczymi, a ich zniszczenie groziłoby katastrofą jądrową (NATO traktuje taki incydent równoznacznie z taktycznym atakiem jądrowym).
Ponadto to elektrownie węglowe i wodne służą do pokrywania tzw. szczytowego zapotrzebowania na prąd, gdy nie świeci i nie wieje. A ich zniszczenie jest stosunkowo proste: w końcu Rosjanie, jeszcze z czasów sowieckich, mają dokładne dane na temat ich lokalizacji i roli, jaką odgrywają w systemie. Wiedzą więc, w co uderzać.
W efekcie w ciągu nieco ponad dwóch miesięcy Rosjanie zniszczyli elektrownie o łącznej mocy około 8 gigawatów – tak ocenia to ukraiński rząd, uwzględniając także atak z 31 maja / 1 czerwca. Tymczasem przypomnijmy, że cały kraj potrzebuje ok. 12 gigawatów. Są to zatem kolosalne straty.
– Byłem w kilku elektrowniach, ich stan jest straszny. W niektórych przypadkach ostrzał zniszczył całą halę generatorową – twierdzi mój rozmówca z ministerstwa energii.
JAK ODBUDOWAĆ? | Niektóre zniszczenia można obejrzeć na zdjęciach opublikowanych przez spółkę DTEK: spalone są generatory i cała elektronika sterująca (publikacja tych zdjęć była precedensem; do tej pory strona ukraińska unikała ujawniania skutków rosyjskich nalotów i o to samo proszono społeczeństwo). Mowa zatem o sytuacji, w której w zasadzie bardziej opłaca się postawić elektrownię na nowo niż starać się ją łatać.
Niektóre bloki węglowe są jednak w lepszym stanie i da się je naprawić. Posłużyć mogą do tego celu elementy z jednostek węglowych wycofywanych z eksploatacji w Niemczech i w Polsce. Rozmowy z Niemcami są już prowadzone. W Polsce w grudniu 2023 r. zamknęliśmy dwa bloki węglowe w Rybniku. Zdaniem ukraińskich inżynierów część wyposażenia można wykorzystać do odbudowy w Ukrainie.
Niestety nierozwiązana pozostaje kwestia ostrzałów. Odbudowa w najlepszym wypadku zajmie kilka miesięcy. Część elektrowni można będzie uruchomić do zimy 2024/2025 r., co jest kluczowym zadaniem. Daje to jednak także dużo czasu Rosjanom na kolejne ataki.
NADZIEJA W GAZIE? | Jak wspomniano, Ukraińcy próbowali obronić elektrownie, budując wewnątrz nich prowizoryczne umocnienia. Ich wysiłki okazały się jednak nieskuteczne. Jedynym sposobem na obronę tak wielkich obiektów jest obrona przeciwlotnicza, a więc np. więcej systemów typu Patriot.
Jednak nawet zakładając, że uda się przekazać Ukrainie sprzęt do naprawy i obronić elektrownie przed kolejnymi atakami dzięki dostawom systemów przeciwlotniczych, nie wystarczy to do postawienia całego systemu na nogi. Zapotrzebowanie na prąd zimą rośnie, bo Ukraina wykorzystuje go często także do ogrzewania. Jedynym sposobem na odtworzenie w tak krótkim czasie potencjału ukraińskiej generacji jest instalacja turbin gazowych.
To nie jest plan z rodzaju science fiction. Technologia istnieje, a turbiny można szybko rozlokować w Ukrainie. Problemem jest jednak, kto za to zapłaci i skąd wziąć gaz na ich zasilanie. Sprawy nie ułatwia to, że z końcem tego roku kończy się umowa na tranzyt rosyjskiego gazu przez Ukrainę do Unii, głównie Słowacji i Węgier. I choć Ukraina nie czerpie gazu z Rosji, tylko z Unii, to jeśli będzie go mniej w Unii, jego cena może wzrosnąć.
NADCHODZI MROCZNA ZIMA? | Jaki jest zatem najgorszy scenariusz? Jeśli Rosja będzie nadal niszczyć elektrownie węglowe, a przed samą zimą zaatakuje również stacje węzłowe, ukraiński operator będzie zmuszony nie tylko odłączać od zasilania coraz więcej odbiorców. W którymś momencie może być konieczne wyłączenie również elektrowni jądrowych, które zapewniają ponad połowę prądu w Ukrainie – to ze względów bezpieczeństwa, ponieważ nie będzie jak przesyłać dalej wytworzonego przez nie prądu.
Ukraińcy przyzwyczaili się do obecnych wyłączeń i nie są specjalnie zaniepokojeni przerwami w dostawach prądu. Jednak ten pozorny spokój nie odzwierciedla dramatyzmu sytuacji. Ukraińska energetyka w tak opłakanym stanie nie była od początku inwazji. Jeśli nie uda się odbudować choćby części elektrowni, dostarczyć wyrzutni przeciwlotniczych i turbin gazowych… Ukraińska zima 2024/25 może być najmroczniejszą, jaką Europa widziała od czasu II wojny światowej.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















