Reklama

Zwroty Trumpa

Zwroty Trumpa

14.04.2017
Czyta się kilka minut
W ciągu kilkunastu dni prezydent USA zmienił swoją politykę w kluczowych kwestiach dla światowego bezpieczeństwa. Można powiedzieć: na szczęście. Tylko czy na trwałe?
Donald Trump. Fot: AP Photo/Alex Brandon
T

To niezwykłe i samo w sobie godne odnotowania: moment, gdy media z różnych opcji ideowych i z różnych miejsc świata zamieszczają niemal identyczne w tonie komentarze. Choć więc nie będzie w tym nic oryginalnego, trzeba to powiedzieć – w końcu chodzi o jedyne supermocarstwo, jego rolę w świecie i jego przywódcę: w ciągu ostatnich dni prezydent Donald Trump dokonał zwrotu o 180 stopni w kilku sprawach, od których – tu pewna doza patosu byłaby na miejscu – zależą losy dziesiątków, jeśli nie setek milionów ludzi. A przy tym Trump nawet nie udaje, że jest inaczej; nie szuka (jak robiłaby większość polityków) jakiejś „narracji”, mającej tworzyć pozór kontynuacji.

NATO już nie „przestarzałe”

Zacznijmy od tego, co dla nas najistotniejsze. „Przestarzałe”: takim słowem Trump zwykł określać NATO podczas kampanii wyborczej, budząc obawy nie tylko Polaków i Bałtów, ale nawet Niemców. „Mówiłem, że NATO jest przestarzałe. Ono już nie jest przestarzałe”, „NATO to bastion broniący wolności i bezpieczeństwa” – to słowa Trumpa z minionego tygodnia; padły na spotkaniu z sekretarzem generalnym Sojuszu. A są też czyny: od minionego tygodnia mamy w Polsce – obok elementów brygady pancernej USA w Żaganiu – batalionową grupę bojową NATO, złożoną głownie z Amerykanów i stacjonującą w mazurskim Orzyszu, nad granicą z Rosją.

No właśnie: Rosja. Jeszcze niedawno zdawało się, że Trump wywróci misterną konstrukcję z tradycjami – kilkadziesiąt lat amerykańskiej polityki wobec sowieckiego, a potem rosyjskiego (neo)imperializmu. Przekonanie takie potwierdzały nie tylko ciepłe słowa, jak kandydat Trump znajdował dla Władimira Putina (jako dla kogoś, kto przecież tylko broni rosyjskich interesów – słowo: interesy!), ale także informacje o rosyjskiej ingerencji w amerykańskie wybory. Oraz, już po wyborach, coraz to i nowe sugestie oraz przecieki o wątpliwych (co najmniej) kontaktach ludzi z otoczenia Trumpa z Rosjanami (śledztwo Senatu USA w tej sprawie zresztą trwa). A także peany pod jego adresem, wygłaszane przez rosyjskich polityków i wierne władzy media.

Tymczasem dziś – sądząc po temperaturze, jaka panowała na Kremlu podczas wizyty sekretarza stanu USA Rexa Tillersona w minionym tygodniu – Putin i jego otoczenie właśnie żegnają się z myślą, że będą mieć w Białego Domu człowieka sobie przychylnego. Albo że, przynajmniej, prezydent USA będzie na dłuższy czas sparaliżowany, niezdolny do prowadzenia suwerennej polityki. Momentem zwrotnym był tu niewątpliwie atak gazowy w Syrii, militarna odpowiedź USA i nieustające wsparcie Putina dla syryjskiego prezydenta-zbrodniarza. Ale błędne byłoby (raczej) przekonanie, że akurat tutaj zmiana przyszła zupełnie nagle – w końcu już wcześniej mieliśmy wypowiedzi najważniejszych osób w administracji Trumpa na temat rosyjskiej agresji wobec Ukrainy i wojny w Donbasie, a także na temat zaboru Krymu (tutaj o zaskoczenie zatroszczył się już jakiś czas temu sam Trump, gdy wpisem na Twitterze obwieścił, że Putin powinien oddać Krym).

Syria, Korea, Chiny...

Tymczasem NATO i Syria to nie jedyne punkty, gdzie prezydent USA dokonuje w tych dniach radykalnego zwrotu – być może ku zdumieniu także swych „żelaznych” zwolenników w Stanach, którzy hasło „America first!” pojmowali także jako odwrócenie się od świata. Ten, który w kampanii krytykował akcje militarne USA na Bliskim Wschodzie (padały wtedy słowa, że to bezsensowne trwonienie zasobów), teraz posyła rakiety przeciw Asadowi i zapowiada energiczne działania, mające doprowadzić do jego odsunięcia i do pokoju (inna sprawa, czy mu się uda – ale chce próbować). Z kolei w Afganistanie na podziemną bazę tamtejszego „emiratu” tzw. Państwa Islamskiego spadła właśnie najsilniejsza bomba konwencjonalna, jaką dysponuje armia USA (jej waga 10 ton, w tym 8 ton to ładunek wybuchowy).

Ale to akurat krok, można powiedzieć, bardziej symboliczny: demonstracja siły i zdecydowania. Mniej symboliczne, lecz przeciwnie – niezwykle, śmiertelnie poważne jest natomiast to, co dzieje się wokół Korei Północnej. Na przygotowania do kolejnego testu atomowego i buńczuczne zapowiedzi jej wodza, że posiada rakiety balistyczne, które mogą dolecieć do San Francisco, Waszyngton odpowiada właśnie groźbą ataku prewencyjnego. Równocześnie Trump wywiera presję na Chiny, aby nacisnęły one na Kima Dzong Una (swojego niesfornego klienta – przynajmniej czasami) i skłoniły go do miarkowania się.

Właśnie, mamy jeszcze przecież Chiny. W kampanii Trump stwarzał wrażenie, że gdy zostanie prezydentem, USA zaczną z Chinami niemalże wojnę handlową. Padały mocne słowa, sugerujące, że swoją polityką gospodarczą Chiny niszczą przemysł w Stanach, a Chińczycy to oszuści, którzy manipulują swoją walutą, na szkodę także Ameryki. Tymczasem teraz, po niedawnym idyllicznym spotkaniu na Florydzie – gdzie Trump i prezydent Chin Xi Jinping spacerowali ręka w rękę po ogrodzie, swoją mową ciała demonstrując niezwykłą wręcz bliskość,  a potem zasiedli do iście tradycyjnego amerykańskiego posiłku, acz z ukłonem w stronę gościa (obok steku z pieczonymi ziemniakami w menu była, do wyboru, ryba) – Trump ogłasza, że Chińczycy nie są już oszustami walutowymi, i że gotów jest zaoferować im korzystny „deal”: dobre warunki handlowe w zamian za wzięcie pod but władcy Korei Północnej.

Nowy Reagan?

I co o tym wszystkim mamy teraz myśleć?

Czyżby narodził się nam nowy Reagan?

Podczas kampanii wyborczej Donald Trump obiecywał – swoim zwolennikom, Ameryce i światu – odejście od dotychczasowej roli USA w sprawach globalnych. Jeśli nie miał to być izolacjonizm w postaci czystej, to w każdym razie wizja wycofywania się Amerykanów z ambicji do aktywnego kształtowania spraw w różnych częściach świata. Wizja, jak widzieli to niektórzy, zamienienia polityki zagranicznej w serię quasi-handlowych „dealów”, gdzie, przykładowo, Europejczycy mieliby – w jakiejś skrajnej wersji – nieomalże płacić za bezpieczeństwo, jakie zapewnia im obecność amerykańskich żołnierzy (co nie zmienia faktu, że Europa mogłaby więcej wydawać na swoją – wspólną niby – obronę).

W efekcie wielu komentatorów zdążyło się już skusić na historyczną analogię: że oto po równych stu latach kończy się „amerykańska epoka” w dziejach świata. Bo dokładnie sto lat temu, na początku kwietnia 1917 r., USA przystąpiły do pierwszej wojny światowej (co wkrótce przełamało pat na froncie zachodnim i przesądziło o klęsce Niemiec, a także o dalszym biegu dziejów). Teraz, wraz z nastaniem Trumpa, Stany miałyby – wedle tejże analogii – powrócić więc do niegdysiejszego izolacjonizmu, wycofać się z roli globalnego gracza. Skończyłaby się epoka.

Piękna analogia... Tyle że kwiecień jeszcze trwa, setna rocznica tamtego kwietnia ledwie co za nami, farba drukarska dopiero co zdążyła wyschnąć na gazetach, a historyczne porównanie okazuje się już zupełnie nieaktualne.

Tylko – czy to trwała zmiana? Przyspieszona edukacja? Podręcznikowy przykład, gdy człowiek dorasta w zadaniach?

A może jednak jest to tylko chwilowa „mądrość etapu”? Albo też, przykrawając to skrzydlate słowo do emocjonalnego – niektórzy twierdzą: nieobliczalnego – charakteru prezydenta USA: jego nastrój chwili?

Pytania zasadnicze. Tylko czy umiałby na nie odpowiedzieć Donald Trump?

Jeden z zachodnich komentatorów wygrzebał w tych dniach z prasowego archiwum taki oto cytat z samego Trumpa. Miał on kiedyś powiedzieć o sobie, że jest osobą „bardzo elastyczną”. Oraz jeszcze: „Gdy świat się zmienia, zmieniam się wraz z nim”.

I chyba taką odpowiedzią musimy się na razie zadowolić. W każdym razie – do kolejnego odsłony kolejnego światowego kryzysu. A że one się dzieją, cały czas, nie trzeba będzie długo czekać: swój test atomowy Korea Północna zaplanowała prawdopodobnie na tę sobotę, 15 kwietnia.

Tekst ukończono w piątek, 14 kwietnia, o godzinie 14.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, kierownik działów Świat i Historia. Ur. 1967 r. W „Tygodniku” zaczął pisać jesienią 1989 r. (o rewolucji w NRD; początkowo pod pseudonimem), w redakcji od 1991 r. Specjalizuje...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Pan prezydent Trump jest sobą, jest taki jak zapowiadał, to raczej kłamstwa jego oponentów ujawniają swą absurdalność w starciu z rzeczywistością.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]