Zupełnie inna historia

Dziś ani słowa na temat ostatnich, coraz bardziej wzbierających awantur politycznych, serwowanych nam od rana do wieczora na wszystkich kanałach, falach i szpaltach. Od przeszło tygodnia wracam wciąż myślą do wydarzenia, z którym nie umiem się pogodzić, choć jest tak mało osobliwe, że zajęło zaledwie kilkanaście wierszy w lokalnym dodatku gazety i dotyczy jednego jedynego człowieka. Dokładniej: małego dziecka, którego nawet imienia nam nie podano.
Czyta się kilka minut

W drugi dzień Wielkanocy pod jednym z kościołów krakowskich porzucone zostało półtoraroczne dziecko. W wózeczku, z kartką, żeby się nim zaopiekowano, bo matka nie może. Ludzie zauważyli, dziecko zabrała policja, w szpitalu stwierdzono, że malec jest zdrów, a w parę dni później policja znalazła i matkę, Ukrainkę z Krzemieńca. Jej grozi wyrok za porzucenie, teraz szuka się ojca, którego pewnie w Polsce nie ma, a dziecko pójdzie do pogotowia opiekuńczego i będzie czekać, aż dopełnią się formalności pozbawienia praw rodzicielskich (a może zrzeczenia się, ale też przez oboje rodziców), bo dopiero wtedy można zatwierdzić adopcję, jeśli znajdą się chętni.

Więc nie stało się nic tak do końca strasznego, prawda? Wszystko potoczyło się przewidzianym trybem i może skończy się nie najgorzej. Nie doszło do żadnej tragedii. A ja wciąż myślę o tym niewyobrażalnym dla nas strachu, jaki przeżyło porzucone dziecko wtedy przed kościołem i jaki w nim odtąd pozostaje. Nagle znikła najbliższa osoba, będąca dla dziecka całym światem. Znikła jej twarz, jej głos, jej przytulające ręce. Nawet znajome dźwięki znikły, bo teraz ktokolwiek zwraca się do dziecka, mówi w innym niż matka języku. Skończył się świat bezpieczny i zrozumiały. Teraz wszystko jest niewiadomą improwizacją, zapewne pełną dobrej woli, ale też pełną przypadkowości i obcości. Ciągle nowe twarze, ręce, głosy, zapachy, coraz to inne otoczenie.

Na jak długo - nikt nie może przewidzieć.

Dlaczego tak właśnie musi wciąż u nas być? W Polsce, która tak "chroni życie"? Dlaczego kobieta z Krzemieńca nie może razem z synkiem schronić się w domu samotnej matki? Przecież takie mamy. Dlaczego trzeba osierocone, bezbronne stworzenie trzymać w pogotowiu opiekuńczym, czyli w prowizorce, jakby nie było u nas domów gotowych do poniesienia ryzyka i przyjęcia dziecka od razu, za swoje, jeszcze zanim dokonają się wszystkie owe urzędowe formalności? Jakie przepisy tego zabraniają? Tak, dziecko to wszystko zniesie. Ale za cenę raniących doznań, które muszą je okaleczyć. I są niewyobrażalnie dotkliwe.

Jest takie piękne przysłowie: kto ratuje jednego człowieka, ratuje cały świat. Ale to znaczy, że gdy zagrożenie cierpi jeden człowiek, cały świat jest zagrożony. A gdy tym jednym człowiekiem jest bezbronne dziecko, tym bardziej nie sposób się z tym pogodzić.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 18/2009