Historie, które kojarzymy z cukierkowych happy endów świątecznych filmów, swój wstęp miewają jak w thrillerach dla ludzi o mocnych nerwach. Weźmy Kasię z Rybnika (imię zmienione), dziś piękną ponoć czterolatkę, o której opowiada mi prowadząca pogotowie rodzinne Marzena Gabryś, dla czterdziestki „swoich” oddanych do adopcji dzieci oraz ich rodziców po prostu „ciocia”.
Jedna z tysięcy historii
Rok 2020, rybnicki szpital. Kasia rodzi się, jak mówi Marzena Gabryś, „w zasadzie martwa”. Jeden na dziesięć punktów w skali Apgar, stan ciężki. Sepsa, reanimacja, beznadziejne rokowania. W sumie bez większych zaskoczeń: to tylko kolejna z setek polskich historii półtora- albo dwukilogramowego, bezbronnego człowieka „poczęstowanego” tuż przed narodzinami wódką czystą i narkotykami. Tutaj jeszcze ze specjalnym „bonusem” – matka zgłosiła się do szpitala dopiero po szesnastu godzinach od odejścia wód płodowych.
Życie waży się z dnia na dzień, z czasem dziecko mozolnie dochodzi do siebie. Po trzech tygodniach trafia do pogotowia rodzinnego. Tu Marzena Gabryś próbuje dokonywać cudów: jest z Kasią niemal non-stop, zmienia rodzaje mleka, smoczki, bo dziewczynka nie chce jeść. Do tego seria lekarskich wizyt: okulista, kardiolog, neurolog.
Po sześciu tygodniach odbywa się rozprawa sądowa. I dzieje się – jak na polskie warunki – cud. Pani sędzia nie bawi się w ceregiele, nie daje kolejnych szans rodzicom biologicznym, tylko z automatu odbiera matce i ojcu prawa, co otwiera dziewczynce drogę do adopcji.
Gdy Kasia ma cztery i pół miesiąca, zgłaszają się kandydaci. Gdy kończy pół roku, trafia do nowego domu.
– Rodzice, oboje nauczyciele, są najszczęśliwszymi ludźmi na świecie – Marzena Gabryś dopowiada zwyczajowy adopcyjny happy end. – Owszem, Kasia jest niepełnosprawna, odkryto u niej dziecięce porażenie, trudno zresztą, by nic jej nie było po tym, co przeszła, ale też wspaniale się rozwija. Śliczna, mądra, dziś biega, jeździ na rowerku, dla rodziców najzdolniejsza i najwspanialsza.
Skąd się biorą dzieci do adopcji? I kto może je adoptować
Historia opowiadana przez Gabryś to jedno z ponad dwóch tysięcy przysposobień, jakie rokrocznie odbywają się w Polsce. Odpowiedź na pytanie, skąd się biorą dzieci do adopcji, w skrócie brzmi: z nieszczęścia. Nie tego najbardziej spektakularnego, które kojarzymy z czasów dawnych – epoki krótszego życia i większej liczby społecznych niepokojów oraz wojen, kiedy nierzadkie były przypadki sieroctwa biologicznego. Teraz niemal sto procent adoptowanych dzieci to tzw. sieroty społeczne: albo przez rodziców porzucone, albo im odebrane.
Czyli takie, jakie na co dzień spotyka Marzena Gabryś. Gdy rozmawiamy online, w tle widzę okno wychodzące na rybnicką ulicę, ale słyszę płacz (to czteromiesięczne dziecko z jeszcze nieuregulowaną sytuacją prawną, ale z dużymi szansami na adopcję). Przez dom Gabryś przewinęło się w ciągu ponad dekady pięćdziesiąt troje podobnych dzieci. – Aż czterdziestka została adoptowana, tylko trzy poszły do rodziny zastępczej, nie mając na adopcję szans. Pozostała dziesiątka wróciła do rodzin biologicznych – wylicza Marzena Gabryś.
I zaraz dodaje: – Teoretycznie taki powrót to największy sukces, bo oznacza, że zagrożona rodzina zmieniła swoje życie. Ale ja tych powrotów się boję. Jedno dziecko było u mnie przez rok, w trakcie którego rodzice biologiczni m.in. poszli na odwyk. Sąd zdecydował, że dziecko do nich wróci, ale pół roku później policja przywiozła je znowu do mnie. Powód: rodzice mieli po trzy promile alkoholu we krwi.
Przysposobieniami zajmują się w Polsce ośrodki adopcyjne. By się do nich dostać i zacząć diagnostykę oraz szkolenia, trzeba posiadać obywatelstwo polskie, czystą kartotekę karną, a także być w wieku, który odzwierciedla mniej więcej biologiczny cykl rodzicielstwa (różnica między dzieckiem a rodzicem nie powinna być większa niż 40 lat).
Wymogi zdrowotne i finansowe nie są już tak ostre: każdy z ośrodków traktuje je nieco inaczej. – Na pewno nie trzeba być idealnie zdrowym, ale też osoba adoptująca dziecko nie może sama wymagać opieki – tłumaczy Magdalena Lesiak, szefowa Archidiecezjalnego Ośrodka Adopcyjnego w Łodzi. – Sprawdzamy też oczywiście kwestie materialne, ale kompletnym nonsensem jest stereotyp, który przewija się przez internet, że trzeba być bogatym i mieć dom z basenem. Mamy wielu kandydatów na rodziców całkiem przeciętnie zarabiających, natomiast sprawdzamy, czy dziecko w domu będzie miało swoje miejsce i zabezpieczone potrzeby.
Adoptować w Polsce może albo osoba samotna, albo para – w tym drugim przypadku jednak tylko będąca w związku małżeńskim. – Ten wymóg ma zapewnić dziecku stabilną sytuację z obojgiem rodziców, zabezpieczyć przed sytuacjami, których byłam nieraz świadkiem. Ośrodek nie ma narzędzi, by sprawdzić nieformalnego partnera kandydatki do adopcji. Może był karany, ma problemy psychiczne, bądź jest źle nastawiony do adopcji? Albo inny przykład: adoptująca matka po kilku latach umiera, a jej partner, z prawnego punktu widzenia, jest dla dziecka nikim – tłumaczy Magdalena Lesiak.
Jakie motywacje mają kandydaci na rodziców adopcyjnych
Zdecydowana większość adoptujących nie ma własnych dzieci biologicznych – szacuje się, że bezpłodnych par może być w Polsce nawet półtora miliona. Jednak ten fundamentalny powód zgłoszenia się do ośrodka – bezdzietność – nie wyczerpuje bynajmniej wymaganej przez ośrodki wiedzy o motywach kandydatów.
– Rodzicielstwo adopcyjne kształtuje się wokół doświadczenia straty. Z jednej strony jest to strata rodziców biologicznych, którą przeżywa dziecko. Ale również strata, jaką przechodzą dorośli kandydaci na rodziców, ponieważ duża część z nich mierzy się z niemożnością posiadania biologicznego potomstwa – mówi Katarzyna Bogołembska, prezeska Fundacji Adopcyjni, a prywatnie mama adopcyjna. – W związku z tym warto zadać sobie już na tym etapie kilka ważnych pytań. Czy adopcja nie będzie plasterkiem na moje rany? Jak na tej drodze pogodzić moje potrzeby z potrzebami przyszłego dziecka? Gdzie jestem w procesie radzenia sobie z żałobą, bo brak dziecka w niektórych przypadkach da się do niej porównać? Jaką mam gotowość, by zaopiekować się czekającym na przysposobienie małym człowiekiem, bez obciążania tej relacji wyobrażeniami? No i najważniejsze: jak sobie poradzę, jeśli oczekiwania jednak mnie przytłoczą? Wszystkie te pytania powinny wybrzmieć, by adopcja nie okazała się kolejną w życiu dziecka tragedią.
Choć w Polsce na przysposobienie czekają dzieci w każdym wieku, największe szanse mają te najmłodsze – wielu kandydatów na rodziców deklaruje, że idealny będzie dla nich niemowlak, ewentualnie dziecko kilkuletnie.
– Takie motywacje wynikają z chęci przeniesienia rodzicielstwa biologicznego na to adopcyjne, kandydaci chcą możliwie jak najwcześniej towarzyszyć dziecku, mieć wpływ na jego rozwój i tworzenie więzi – mówi Magdalena Lesiak. – Ale zdarzają się też udane adopcje z cyklu mission impossible. Było u nas np. małżeństwo po czterdziestce, dobrze rokujące, ale deklarujące, że chcą dziecka jak najmłodszego. W toku szkolenia, gdy poznawali coraz więcej historii, uściślili, że są w stanie zaakceptować syna lub córkę do 7. roku życia, byle wejść razem z nim w szkolny okres. Taką też dostali przed wakacjami kwalifikację, ale zaraz po nich powiedzieli, że urlop spędzili ze znajomymi mającymi 10-letniego syna, z którym świetnie się dogadywali, więc znowu przesunęli swoją granicę. A chwilę później w ośrodku pojawiła się dziewczynka... trzynastoletnia. Chwilę się zastanawialiśmy, czy im to dziecko proponować, ale w końcu zaryzykowaliśmy. Udało się.
Zdarzają się też niestety historie odwrotne, zakończone oddaniem dziecka (w 2024 r. było ich w Polsce 21).
– Kandydaci na adopcję jednego z przebywających u mnie dzieci dostali tydzień przed wigilią postanowienie sądu o osobistej styczności, więc mogli zabrać dziecko do domu – opowiada Marzena Gabryś z Rybnika. – Dostawałam od nich setki zdjęć, jak jest cudownie, i jaki synek wspaniały. Między świętami a Nowym Rokiem zadzwoniła mama, że tata chce ze mną porozmawiać. Spotykamy się, a on mówi, że chce oddać dziecko. Nie chce go, bo wszystko w domu jest brudne, a on przewraca się o leżące na podłodze zabawki. Tak skrajnie niedojrzała motywacja oddania dziecka świadczy o fatalnym przygotowaniu i błędnej kwalifikacji kandydata.
Mamy adopcyjny kryzys: dzieci są, rodziców brak
Przysposobień w Polsce jest coraz mniej: o ile dziesięć lat temu do rodzin adopcyjnych trafiało 3,5 tys. dzieci rocznie, dziś jest to już niecałe 2,5 tys. Ten spadek, co istotne, nie jest wcale pokłosiem ogólnego krachu dzietności w Polsce: w 2024 r. do ośrodków adopcyjnych zgłoszono rekordowe 7015 dzieci, zaś kwalifikację do przysposobienia otrzymało mniej więcej tyle samo, co w poprzednich latach.
Kryzys wynika więc z deficytu kandydatów na rodziców: o ile kiedyś to dorośli, szturmujący tłumnie ośrodki, czekali na upragniony telefon z informacją o pojawieniu się wyczekiwanego dziecka, teraz w kolejce ustawiają się dzieci. W 2023 r. na przysposobienie czekało nieco ponad tysiąc kandydatów na rodziców i dwa razy więcej dzieci. Rok później przebitka była już 2,5-krotna (925 kandydatów, 2337 dzieci).
Te deficyty dostrzega w swoim ośrodku Magdalena Lesiak: – Żeby procesy adopcyjne w Polsce działały tak jak należy, ośrodki powinny mieć możliwość wyboru dla dzieci najlepszej możliwej rodziny. Tymczasem jeśli ja mam do dyspozycji sześcioro kandydatów, z których część zastrzega, że nie chce dziecka takiego czy innego, wyboru w zasadzie nie ma.
Część przyczyn takiego stanu rzeczy jest oczywista: kryzys adopcyjny wpisuje się w szersze zjawisko niechęci do posiadania potomstwa w ogóle. Coraz mniej też jest w Polsce małżeństw, co w połączeniu z restrykcyjnymi przepisami też może mieć znaczenie.
Według Magdaleny Lesiak kolejną przyczyną kryzysu może być paradoksalnie postęp medyczny (leczenie niepłodności, in vitro), ale i coraz większa wiedza o adopcji.
– Nie mówimy, że na dom czekają dzieci chore i zdrowe – stwierdza Lesiak. – Za dużo wiemy o traumie porzucenia i zaburzeniach więzi, by nie mieć świadomości, że dzieci zdrowych w tej grupie nie ma. Przyszli rodzice muszą wiedzieć, że za dzieckiem stoi trudna historia. Ktoś to dziecko porzucił, wcześniej nierzadko pił alkohol w trakcie ciąży, doświadczyło zaniedbania, czasami przemocy, trafiło do placówki lub rodziny zastępczej. W efekcie tych traum układ nerwowy dziecka od początku jest w stanie permanentnego alarmu, z którego człowiek może wyrwać się na trzy sposoby: walczyć, uciekać albo ulec zamrożeniu. W przypadku malutkiego dziecka możliwy jest tylko ten trzeci scenariusz: mały, porzucony człowiek ucieka w sen, nie je, choruje, nie utrzymuje kontaktu wzrokowego, nie płacze.
Na kryzysie systemu cierpią najbardziej dzieci starsze i najmocniej obciążone wadami, chorobami oraz niepełnosprawnościami.

– Z ośrodków coraz częściej dochodzi komunikat: zgłaszajcie dzieci do trzeciego roku życia, starszych nie – mówi Marzena Gabryś. – Mam teraz dzieci, które są w wieku pięciu lat, i słyszę, że są za stare. A jeszcze pięć lat temu taki pięciolatek był uważany za idealne dziecko do adopcji.
Co zrobić, żeby adopcji było więcej?
Eksperci i praktycy w jednym są zgodni: nie ma magicznego zestawu działań, które doprowadzą nas do wyjścia z tego kryzysu, tak jak nie ma mocnych i mądrych, którzy wyprowadziliby Polskę z ogólnego krachu dzietności.
Katarzyna Bogołembska widzi nadzieję w ruchu pozarządowym: – Sami rodzice coraz częściej otwarcie mówią o adopcji, stowarzyszają się, zakładają fundacje takie jak nasza i wspierają się po orzeczonym przysposobieniu. Aktualnie systemowa pomoc jest niewystarczająca i niedopasowana do potrzeb rodzin po adopcji.
System chce reformować rząd, ale szykowana nowela ustawy o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej dotyczy głównie tymczasowej pieczy, też zresztą pękającej w szwach (dość wspomnieć, że niemal 2 tys. dzieci sądownie wysłanych do tego systemu pozostaje w zagrożonych rodzinach biologicznych – z powodu braku miejsc). Planowane zmiany dotyczące adopcji nie wyglądają na rewolucyjne: procedury mają zwiększyć bezpieczeństwo dzieci; te już przysposobione otrzymają dostęp do ochrony zdrowia poza kolejkami.
Swoje propozycje zmian przedstawiła Komisja Kodyfikacyjna Prawa Rodzinnego, która – piórem uznanych ekspertów i praktyków z tej dziedziny, czyli Anny Krawczak i Rafała Łukasiewicza – zaproponowała m.in. wprowadzenie tzw. adopcji wspieranych. Bo dzisiaj dziecko adoptowane – w odróżnieniu od tego z pieczy zastępczej – wraz z decyzją sądu o przysposobieniu znika z instytucjonalnych radarów. „To twoje dziecko, więc radź sobie sam” – zdaje się mówić państwu Kowalskim państwo polskie.
Problem w tym, że suma traum i schorzeń adoptowanych dzieci wymaga nie tylko nakładów finansowych, ale też czasu i specjalistów. To wszystko mógłby ułatwić wspierany model przysposobień. „Rozwiązania tego typu sprawdziły się za granicą, m.in. w Australii (Nowa Południowa Walia) (...) Mogłyby być w szczególności zasadne w razie przysposobienia dziecka z orzeczeniem o niepełnosprawności lub równoczesnego przysposobienie trojga i więcej rodzeństwa” – napisali m.in. eksperci.
Na inne rozwiązanie mogące sprzyjać poprawie sytuacji, czyli otwarcie przysposobień dla par innych niż małżeńskie, nie ma co w Polsce na razie liczyć. Taką szansą byłyby związki partnerskie – skoro jednak dziś polska klasa polityczna nie jest gotowa na takie związki z przepisem o tzw. przysposobieniach wewnętrznych (jedno z partnerów bierze odpowiedzialność za biologiczne dziecko drugiego/drugiej), to jak wyobrazić sobie gotowość do wprowadzenia adopcji dla par jednopłciowych? I nieważne, że opór ten trąci hipokryzją: wedle szacunków tysiące takich par już dziś wychowuje w sposób nieformalny dzieci.
Łatwiejszą do pokonania barierą jest chyba ta komunikacyjna: potrzeba więcej kampanii pokazujących w dobrym świetle adopcje. Na razie, słyszę od ekspertów, łatwiej natrafić na te poświęcone zwierzętom niż dzieciom. Wie coś o tym wyszukiwarka Google, skoro po wpisaniu słowa „adopcje” podpowiada osiem fraz, z czego tylko dwie dotyczą dzieci. Pozostałe to m.in. „adopcje psów”, „adopcje na cztery łapy”, „adopcje królików”, a także buldożków i labradorów.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















