Zełenskij: ukraiński Kwaśniewski?

Demokracja zdecydowała: większość Ukraińców, rozczarowanych Petrem Poroszenką, postawiła na niewiadomą. Ale nowy prezydent w Kijowie to dla Ukrainy także szansa.
Czyta się kilka minut
Wołodymyr Zełenskij w swoim sztabie wyborczym po ogłoszeniu sondażowych wyników wyborów prezydenckich na Ukrainie. Kijów, 21 kwietnia 2019 r. / / fot. GENYA SAVILOV / AFP / East News
Wołodymyr Zełenskij w swoim sztabie wyborczym po ogłoszeniu sondażowych wyników wyborów prezydenckich na Ukrainie. Kijów, 21 kwietnia 2019 r. / / fot. GENYA SAVILOV / AFP / East News

Czy Wołodymyr Zełenskij zostanie „ukraińskim Kwaśniewskim”? Prezydent-elekt Ukrainy, który w minioną niedzielę bardzo zdecydowanie wygrał drugą turę wyborów prezydenckich (poparło go niemal trzy czwarte głosujących), pokonując urzędującego prezydenta Petra Poroszenkę, ma 41 lat – tyle samo, ile miał Aleksander Kwaśniewski, gdy w 1995 r. zostawał prezydentem Polski.

Analogia nie ogranicza się tylko do wieku. Obaj, Kwaśniewski i Zełenskij, w chwili objęcia urzędu byli jedną wielką niewiadomą – ich dotychczasowe drogi życiowe (choć oczywiście zupełnie odmienne) zawierały niewiele mocnych przesłanek na temat tego, jakimi mogą być prezydentami ani też na jaką strategię postawią – także w polityce zagranicznej.

Wybrać przyszłość

Albo, ujmując rzecz inaczej: na bazie obu tych biografii można było (wtedy i dziś) budować, zależnie od własnych oczekiwań i poglądów, bardzo różne hipotezy na przyszłość i kreować bardzo różne scenariusze. Dziś mało kto przecież pamięta, jak wielkie były w 1995 r. obawy, że prezydent Kwaśniewski będzie prorosyjski, że nastąpi odwrót – albo przynajmniej wyhamowanie – w dążeniach Polski do integracji ze strukturami zachodnimi, że wyhamują reformy itd.

Były to uprawione wówczas obawy, bo w swoich kampaniach wyborczych zarówno Kwaśniewski wówczas, jak i Zełenskij teraz – wydawali się „ludźmi bez właściwości”: unikali prezentowania mocnych poglądów, a tym bardziej wiążących programów. W efekcie bardzo różni wyborcy mogli projektować na nich swoje oczekiwania, czasem zupełnie odmienne – co było bez wątpienia zabiegiem zamierzonym.


Czytaj także: Wojciech Konończuk po pierwszej turze wyborów, o komiku bez doświadczenia politycznego, na którego swój głos zdecydował się oddać niemal co trzeci wyborca.


Oczywiście – Ukraina w roku 2019 to zupełnie inny kraj niż Polska w roku 1995. Problemy, przed którymi stanie za chwilę prezydent Zełenskij (zaprzysiężenie ma nastąpić w ciągu 30 dni), są niepomiernie większe, poważniejsze i bardziej skomplikowane niż te, które stanęły 24 lata temu przed młodym postkomunistą i byłym aparatczykiem, który uwiódł większość Polaków, zmęczonych i pragnących „wybrać przyszłość”.

Problemy te to nie tylko niewypowiedziana, ale realna i trwająca cały czas wojna, lecz także cały szereg kwestii, których Poroszenko nie rozwiązał – czasem dlatego, że nie zdecydował się zakwestionować systemu, z którego sam wyszedł (i który dał mu bogactwo, pozycję i władzę). A czasem dlatego, że okazał się mało konsekwentny i koniec końców reformy albo były połowiczne, albo tylko pozorowane (jak np. walka z powszechną korupcją, w którą – jak się okazało tuż przed wyborami – uwikłani byli nawet ludzie z otoczenia Poroszenki).

Świadom ogromu rozczarowań i wielkiego potencjału niechęci, który zgromadził, w ostatnich miesiącach – i także podczas kampanii wyborczej – Petro Poroszenko postawił bardzo mocno na „narrację patriotyczną” (jeśli już nie nacjonalistyczną). Ale wolno postawić chyba ostrożną tezę, że taka narracja – sprowadzająca się do jego hasła wyborczego „Język, wiara, armia” oraz, w samej już końcówce rywalizacji z Zełenskim, do sugerowania, że za jego rywalem swoi Putin (choć nie ma na to żadnych dowodów) – Poroszence raczej zaszkodziła, niż pomogła. Bo wielu obywateli, zwłaszcza z centralnych, wschodnich i południowych regionów kraju, mogło się poczuć taką retoryką wręcz wykluczonych z obywatelsko-narodowej wspólnoty. Oraz, że – przy okazji – narracja ta zaszkodziła też takiej wizji społeczeństwa Ukrainy, w której jest miejsce zarówno dla obywateli mówiących na co dzień po ukraińsku, jak też tych, którzy wprawdzie używają rosyjskiego, ale czują się ukraińskimi patriotami; wielu z nich dowiodło zresztą tego na polach bitew Donbasu). 

Szansa dla Zachodu

Analogia między Kwaśniewskim i Zełenskim niesie ze sobą jeszcze jedną implikację: to, że za urzędowania prezydenta-postkomunisty Polska okrzepła gospodarczo i społecznie oraz weszła do NATO (1999 r.) i Unii Europejskiej (2004 r.), nie było wynikiem szczęśliwego zbiegu przypadków. Ogromną rolę odegrało wsparcie Zachodu – polegające również i na tym, że Polska otrzymała od Zachodu nie tylko, a nawet nie przede wszystkim pieniądze, lecz wiążącą i konkretną ofertę cywilizacyjną. Brzmiała ona mniej więcej tak: jeśli spełnicie określone warunki, będziecie mogli do nas dołączyć. Skutek był wówczas taki, że działania każdego rządu, a także prezydenta Kwaśniewskiego, oceniane były pod kątem tego, czy nas do spełnienia tej obietnicy przybliżają, czy też oddalają. Był to niezwykle silny imperatyw.


Czytaj także: Walka o Ukrainę - Od piętnastu lat każde kolejne wybory prezydenckie w tym kraju kończą jedną epokę polityczną i otwierają kolejną. Czy tak będzie i tym razem?


Ukraina po roku 2014 – po Majdanie, po krwawej Rewolucji Godności, po której zaczęła się jeszcze krwawsza wojna – nie otrzymała od Zachodu ani takiej oferty, ani żadnej innej, którą można by uznać za poważną i wiążącą. Nie miejsce tu na rozważanie, jak ona mogłaby wyglądać. Powiedzmy natomiast tyle, że prezydent Zełenskij, który dostał właśnie od Ukraińców ogromny kredyt zaufania (i to w zasadzie bez zastawu), stanowi szansę nie tylko dla Ukrainy. Dla Zachodu jest on bowiem szansą, aby dokonać (samo)krytycznego przeglądu dotychczasowej polityki wobec Kijowa.

Także po to, aby wykorzystać możliwości, jakie – być może – stworzy prezydentura Zełenskiego; możliwości zarówno dla Ukrainy, jak też dla jej relacji z Zachodem, także z Polską.

„Przyszedłem, aby obalić system” – rzucił Zełenskij do Poroszenki podczas jedynej debaty przedwyborczej (przyznajmy: tu analogia z Kwaśniewskim już nie działa; Kwaśniewski w życiu rzadko mówił „nie” rzeczywistości). To była bardzo daleko idąca obietnica, z której będzie on rozliczany. Tym bardziej, że pod pojęciem „system” jedni mogą rozumieć korupcję, a inni dramatyczną pauperyzację materialną i kulturową, w jakiej żyje większość społeczeństwa, pozbawiona także poczucia politycznej podmiotowości i sprawczości (co widać szczególnie ostro na ukraińskiej prowincji).

Chińskie przekleństwo powiada: „Obyś żył w ciekawych czasach”. Ostatnie pięć lat były na Ukrainie więcej niż ciekawe. Były dramatyczne. A teraz może być jeszcze ciekawiej. Niekoniecznie musi być gorzej, niekoniecznie musi być jeszcze bardziej dramatycznie. Natomiast bez wątpienia będzie inaczej. Ale jak „inaczej” – dopiero zobaczymy.


Czytaj także: Marcin Żyła z Kijowa i Donbasu - Znaczna część ukraińskich mediów jest w rękach oligarchów, którzy traktują je jak tuby propagandowe. Niezależne dziennikarstwo to niepewność. Nie tylko z powodu pieniędzy.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”