Zbrodnia i skrucha

26 lat temu w Rwandzie ludzie Hutu zabili prawie milion swoich sąsiadów Tutsi. Oto opowieść o zwykłych kobietach, które brały w tym udział. Oraz o próbie pojednania.
z Rwandy

30.03.2020

Czyta się kilka minut

Fortunate Mukankuranga w więzieniu w Ngomie, marzec 2020 r. / FOT. NATALIA OJEWSKA / FOT. NATALIA OJEWSKA
Fortunate Mukankuranga w więzieniu w Ngomie, marzec 2020 r. / FOT. NATALIA OJEWSKA / FOT. NATALIA OJEWSKA

Odette Mukankusi pamięta każdy szczegół tamtego czwartkowego poranka, 7 kwietnia 1994 r. Była ósma rano. Nie zdążyła przygotować śniadania, gdy bracia jej męża spostrzegli dym z komina ich sąsiada, Patrice’a Nyirinkindi.

– Zastanawialiśmy się, skąd ten dym. Myśleliśmy, że wszyscy Tutsi z naszej wioski uciekli dzień wcześniej. Gdy zdecydowałam się dołączyć do szwagrów, którzy poszli do domu Patrice’a sprawdzić, co się dzieje, wiedziałam, że jak go znajdziemy, oni go zabiją – opowiada mi Odette.

Zastali Patrice’a z czwórką dzieci. Powiedział, że został, bo nie zrobił żadnemu Hutu krzywdy i nie ma powodów, by uciekać. Jeden ze szwagrów Odette wyciągnął maczetę. Patrice i jego 10-letnia córka nie mieli szans, zginęli od ciosów zadanych przez mężczyzn. Trójka dzieci rzuciła się do ucieczki. Dwojgu się udało, ale zabójcy dopadli starszą dziewczynkę, Kantaramę. Nie wiedzieli, że ich ciosy nie były śmiertelne. Kantarama ocalała.

Sprawcy zostawili ciała Patrice’a i córki w ich domu. Nie pomyśleli, by je pochować.

– Byłam na miejscu zbrodni. To ja podżegałam i zachęcałam ich do morderstwa. Myślę, że gdyby mnie z nimi nie było, to nic by się im nie stało – mówi Odette. – Ale wszyscy byliśmy przekonani, że Tutsi są naszymi wrogami. Został wydany rozkaz, że wszyscy oni muszą zginąć. Wierzyłam, że trzeba ich zabić.

Odette, dziś 60-letnia, wspomina liczne wieczory spędzane wcześniej z Patrice’em przy piwie bananowym. W tych spotkaniach nie było jednak szczerości. Odette z mężem byli skromnymi rolnikami, uprawiali sorgo, fasolę i kassawę.

– Zabiliśmy Patrice’a, aby przejąć jego ziemię – wyznaje Odette. Wychodząc wtedy od sąsiada, ukradła worek ziemniaków. W domu obrała je i ugotowała obiad dwójce swoich małych dzieci. – Nie czułam nic – mówi spokojnie i powoli. – Po prostu zjadłam ziemniaki. Nie myślałam o tym, co się stało.

Szwagrowie nie poprzestali na tym, tygodniami polowali na Tutsi, po czym zdawali sobie wzajemnie relacje, kogo i jak zabili. – Byliśmy szczęśliwi, że zamordowaliśmy wszystkich Tutsi. Świętowaliśmy, że pozbyliśmy się tych karaluchów – Odette wskazuje palcem na ziemię, jakby dostrzegła wrogiego insekta z przeszłości.

Nie będziesz miał litości

W ciągu stu dni, między 6 kwietnia a 15 lipca 1994 r., mała Rwanda – kraj w Afryce środkowowschodniej, liczący dziś 12 mln mieszkańców – utonęła w powodzi masowych i systematycznych pogromów, w których zginęło około miliona niewinnych ludzi. Ludobójstwo to było apogeum polityki podziałów między plemionami Hutu oraz Tutsi, zasianej jeszcze przez belgijskie rządy kolonialne.

Zanim Belgowie przejęli tu władzę, Hutu (ubożsi i trudniący się rolnictwem) i Tutsi (majętniejsi, bo hodujący trzodę) postrzegali siebie jak dwie klasy społeczne. Powszechne były małżeństwa mieszane, a różnice między obiema grupami definiowała jedynie liczba posiadanych krów. Belgowie uznali, że kluczem do rządzenia Rwandą jest sojusz z lokalną społecznością. Na sprzymierzeńców wybrali Tutsich: w zamian za współpracę nagradzali ich przywilejami, pozwalającymi im na wykorzystywanie Hutu. Wprowadzone w 1933 r. karty identyfikacyjne pogłębiły etniczny podział. Ci Hutu, którzy się wzbogacili o krowy, nie mogli już – jak wcześniej – awansować do grupy Tutsi. Przez dekady narastało w nich poczucie ujarzmienia.

Ich sytuacja zmieniła się diametralnie wraz z proklamowaniem niepodległości w 1962 r. Świadomi, że Tutsi jako mniejszość nie mogą wygrać wyborów i rządzić, Belgowie wsparli teraz Hutu, by nie stracić wpływów. Utworzony przez Hutu jednopartyjny rząd przyjął rasistowską retorykę, nawołującą do eliminacji Tutsich. Szerzyły ją gazety i stacje radiowe: wzywano Hutu, by bronili Rwandy przed inwazją inyenz, karaluchów (jak nazywano Tutsich). Opublikowane „10 przykazań Hutu” piętnowało jako zdrajcę każdego, kto okaże litość.

Zabijcie ich wszystkich

6 kwietnia 1994 r. nieznani sprawcy zestrzelili samolot Falcon 50, gdy podchodził do lądowania w Kigali. Na pokładzie był prezydent Juvénal Habyarimana, wywodzący się z Hutu. Prezydent zginął, a ekstremiści Hutu oskarżyli Tutsich o dokonanie zamachu. Kontrolowana przez rodzinę Habyarimany stacja Radio Mille Collines (nadająca od lat rasistowskie audycje) ogłosiła, że czas, by zabić wszystkich Tutsi.

Ekstremiści Hutu, należący do para- militarnych bojówek Interahamwe (powołanych przez nacjonalistyczną partię Habyarimany), opanowali miasta i wioski. Zapędzali Tutsich do kościołów, dających złudzenie bezpieczeństwa, blokowali drzwi i wrzucali granaty. Inni Tutsi ginęli od ciosu maczetą. Ponieważ wielu udało się zbiec, rutyną codzienności stały się polowania: mordercy wyruszali na nie o świcie i kończyli je po południu, by potem gromadzić się na wspólnych kolacjach przyrządzanych z tego, co zrabowano.

Okaleczone zwłoki porzucano na miejscach zbrodni, wrzucano do rowów i rzek. Jakieś 40 tys. ciał, wrzuconych do rzeki Kagera, pokonało ponad 100 km i dopłynęło do Jeziora Wiktorii. Przerażeni ugandyjscy rybacy wyławiali je potem tygodniami.

Rzezie zatrzymał Rwandyjski Front Patriotyczny, dowodzony przez obecnego prezydenta Paula Kagame (wywodzącego się z Tutsich), który obalił rząd Hutu i przejął władzę.

Dziewięć tysięcy skazanych

W trakcie wojen kobiety zwykle są ofiarami. Także gdy Rwandyjczycy rozmawiają o zbrodniarzach, skazanych za ludobójstwo, mają przed oczami głównie mężczyzn. – To było niewyobrażalne w naszym społeczeństwie, by kobiety stały się sprawczyniami takiej zbrodni. Postrzegaliśmy je jako gospodynie, matki. W patriarchalnym kraju sprzed roku 1994 kobiety były sercem ogniska domowego – mówi Regine Abanyuze, która pełni funkcję rejonowej doradczyni w pozarządowej organizacji Never Again Rwanda, która działa na rzecz pojednania.

Jednak w rzeziach brały udział także kobiety. Matki, żony i siostry, które nie miały szans zdobyć choćby podstawowej edukacji, nie kwestionowały retoryki degradującej ich sąsiadów. Gdy Radio Mille Collines zmobilizowało słuchaczy, kobiety Hutu dołączyły do pogromów kierowanych przez mężczyzn. Ponad 9 tys. z nich zostało później skazanych za udział w ludobójstwie, zwykle na długie lata więzienia.

Kobiety także podżegały swoich mężów. Gotowały im, nosiły wodę, z dumą uczestniczyły w wieczornych ucztach, celebrując śmierć Tutsich. Grabiły mienie sąsiadów. – Wiele brało udział w ludobójstwie ze strachu: odmawiając, także straciłyby życie. Ale były też kobiety, które aktywnie szukały ocalałych z rzezi, aby ich zgładzić – mówi Regine Abanyuze.

Martha i Stanislus

Martha Mukamushinzimana, matka piątki dzieci, latami nosiła w sobie ciężar zbrodni. Wreszcie, w 2009 r., postanowiła donieść sama na siebie.

– Poranek był chaotyczny – Martha wspomina tamten dzień. – Gdy wróciłam do domu z wodą ze studni, atmosfera na ulicach była napięta. Słyszałam krzyki. Mieszkałam koło kościoła i widziałam, jak moi sąsiedzi Tutsi byli do niego zaganiani.

Setki ludzi, stłoczonych w katolickim kościele w maleńkiej miejscowości Nya- masheke, walczyło o przeżycie prawie tydzień. Świątynię nad jeziorem otoczył tłum rozjuszonych mężczyzn Hutu, z maczetami, granatami i strzelbami.

53-letni Stanislus Kayitera jest jednym z nielicznych ocalałych z tej rzezi. Na przedramieniu ma wielką bliznę po odłamkach granatu. Gdy opowiada, jak razem z innymi Tutsi zbierali kamienie do obrony – wiedząc, że i tak nie mają szans – jego głos cichnie, a wzrok zastyga.

– Było nas tak wielu, wewnątrz i na zewnątrz kościoła, że lokalni przywódcy Hutu i żandarmi zwołali spotkanie, by zaplanować, co z nami zrobić. Najpierw lali na nas benzynę i podpalali. Potem rzucali granaty i strzelali – wspomina pustym głosem. – Pamiętam kobiety Hutu znoszące mężczyznom kamienie. W końcu wpadli do kościoła, mordując wszystkich maczetami i kijami.

Stanislus przeżył, bo ukrył się pod ciałami. Bezsilnie patrzył na śmierć swoich sześciu braci i dwóch sióstr.

Z dzieckiem na plecach

Wśród kobiet, które wtedy znosiły kamienie dla morderców, była Martha. Dwa tygodnie wcześniej urodziła drugie dziecko, ale tłum pod wodzą bojówek Interahamwe potrzebował każdej pary rąk. Padł rozkaz, że każdy Hutu ma pomagać.

– Uwiązałam chustą dziecko na plecach i dołączyłam do grupy kobiet zbierających kamienie. Wciąż czułam silny ból poporodowy. Dałam radę zebrać kilka i wróciłam do domu. Dopiero tu ogarnął mnie lęk i bezsilność – opowiada Martha. – Zabicie człowieka nie kończy się z chwilą jego śmierci. Musisz ponieść odpowiedzialność. I ja to teraz robię. Skrzywdziłam Boga, skrzywdziłam Rwandyjczyków i skrzywdziłam moje dzieci – mówi cichym smutnym głosem.

Gdy zabierali ją do więzienia, jej mąż już odsiadywał karę za udział w ludobójstwie. Ich piątką dorastających dzieci nie zajął się nikt. Nie był to wyjątek, lecz powszechna reakcja społeczeństwa, pogrążonego w traumie i wzajemnej nieufności. Nikt nie chciał się przyznać, że w jego rodzinie są skazani za ludobójstwo.

Najstarsza z córek Marthy zrezygnowała ze szkoły i poszła do pracy, by utrzymać rodzeństwo. Dzieciom zostały tylko wspomnienia mamy, jak prowadziła je do szkoły i pomagała odrabiać zadania domowe. – Będziemy szczęśliwi, jeśli wróci do domu. Gdybyśmy dostali wiadomość, że wraca do nas już jutro, zabralibyśmy się zaraz za sprzątanie domu – mówi mi z nieśmiałym uśmiechem Marie Clair, 20-letnia dziś córka Marthy.

Jak przepraszać, jak wybaczać

Kobiety, które wychodzą na wolność, wracają do innego świata. Ich rodzime społeczności nie witają ich z otwartymi ramionami – mimo upływu 26 lat, rany ocalałych są głębokie i goją się powoli. Zresztą ich mężowie często mają już inne żony. Nie mają też domów, bo ziemia i nieruchomości są tu zapisywane na mężczyzn. – Nawet jeśli prosiły swoje ofiary i ich rodziny o wybaczenie i je otrzymały, one i tak muszą zrobić coś ponad to, aby im udowodnić, że się zmieniły i można im zaufać. Kobietom jest trudniej zintegrować się i pojednać ze swoją społecznością, bo są postrzegane tak, że powinny być sercem rodziny, a nie zbrodniarkami – mówi Regine Abanyuze.

Martha nie wie jeszcze, co ją czeka po powrocie do rodzinnej wioski. Nie wie, czy w jej domu znów zagości śmiech. Uczestniczy w programach więziennych, których celem jest pomóc jej zbudować więź z najbliższym otoczeniem.

Stanislus mówi, że jest dziś gotów powitać i przytulić Marthę. Zaznacza, że potrzebował wielu lat, by nauczyć się wybaczać sąsiadom. – Na początku wszyscy byliśmy ostrożni, zdawało się nam, że każdy Hutu to zbrodniarz. Ale dzięki procesom „gacaca” dowiedzieliśmy się, że tak nie jest. Udało nam się poznać prawdę o śmierci bliskich. Oprawcy poprosili nas o wybaczenie. Proces pojednania nie wydarzył się więc w jeden dzień, lecz składał się z wielu etapów – mówi Stanislus.

Kobietom jest trudniej

Po 1994 r. rwandyjskie więzienia zapełniło ok. 120 tys. podejrzanych o udział w zbrodniach. Aby udźwignąć tak ogromną liczbę aresztowanych, rząd zadecydował, że o ich winie rozstrzygną sędziowie tradycyjnych sądów „gacaca”.

– Stworzyliśmy trzy kategorie zbrodniarzy. Pierwsza to gwałciciele i ci, którzy planowali ludobójstwa. W drugiej są mordercy i wszyscy ci, którzy odmówili przyznania się do swych win, bez względu na to, czy byli oskarżeni o kradzież, czy zabójstwo. Trzecia przewidziana jest dla tych, którzy grabili, i dla tych, którzy zdecydowali się publicznie przyznać do winy – wyjaśnia Fidele Ndayi- saba, sekretarz wykonawczy Narodowej Komisji Jedności i Pojednania.

Doświadczenie minionych lat pokazuje, że kobietom, świadomym przypisanej im roli matki i ostoi rodziny, jest dużo trudniej niż mężczyznom przyznać przed samymi sobą, że są winne ludobójstwa. – Czas. On jest najważniejszym narzędziem, jakiego używamy przy pracy nad rehabilitacją kobiet. Czas jest ważny, aby z nimi usiąść i słuchać ich, aby krok po kroku pomóc im osiągnąć taki etap, gdy będą gotowe wyznać winy – tłumaczy Gracy Ndawanyi, dyrektorka więzienia dla kobiet w miejscowości Ngoma na południu kraju.

Zabiłam rodziców jakichś dzieci

Gdy w kwietniu 1994 r. Fortunate Mukankuranga podniosła kij i dołączyła do grupy Hutu, która zakatowała dwóch mężczyzn Tutsi, była matką siedmiorga dzieci. Gdy opuściła miejsce zbrodni, wiedziała, że jej życie zmieniło się na zawsze. Mówi, że wiedziała już, iż nigdy nie zapomni twarzy ofiar. – Wróciłam do domu w poczuciu wstydu. Zastanawiałam się, jak miałabym przyznać się mojej rodzinie do tego, co zrobiłam? Jestem matką. Zabiłam rodziców jakichś dzieci. Moje serce nigdy nie zazna spokoju – mówi mi 70-letnia dziś Fortunate. Głos ma spokojny. Gdy opowiada o przeszłości, jej szczupła postać wydaje się zanikać.

Jakiś czas potem do domu Fortunate przybiegło dwoje przerażonych dzieci Tutsi, których rodziców właśnie zabito. Fortunate nie wahała się: do końca rzezi ukrywała na strychu 7-letniego chłopca i 10-letnią dziewczynkę. – Ich rodzice byli moimi przyjaciółmi. Nie było powodu, abym im nie pomogła. Raz zamieniłam się w potwora i postanowiłam, że nie pozwolę, aby to się powtórzyło – opowiada.

Długo skrywała swój udział w morderstwie. W 2007 r. znaleźli się świadkowie, którzy zeznali, że widzieli ją na miejscu zbrodni. Podczas procesu Fortunate zaprzeczała. Została uznana winną i osadzona w więzieniu w Ngomie. Dopiero cztery lata po wyroku przyznała się przed rodziną i ocalonymi dziećmi Tutsi, że jest morderczynią. – Chciałam za wszelką cenę utrzymać mój wizerunek dobrej osoby. Ale im dłużej chowałam w sobie straszną tajemnicę, tym większy sprawiała mi ona ból. Któregoś dnia zdałam sobie sprawę, że moi najbliżsi muszą dowiedzieć się prawdy ode mnie – mówi dziś.

Czuję się oczyszczona

Fidele Ndayisaba z Narodowej Komisji Jedności i Pojednania podkreśla, że wyznanie win i otrzymanie przebaczenia od rodzin ofiar to kluczowe elementy pojednania, bo ludobójstwo odziera z człowieczeństwa nie tylko zbrodniarzy, lecz całe społeczności dotknięte ich zbrodniami.

– Proces pojednania jest długi i dla każdego indywidualny. Publiczne przyznanie się do win nie jest łatwe, ale zaczyna proces przemiany i odrzucenia ideologii nienawiści. Nie można jednak nikogo zmusić, aby się przyznał. Zawsze znajdą się jednostki, które wciąż wierzą w propagandę Hutu. Na szczęście jest ich coraz mniej – mówi Ndayisaba.

Był rok 2009, gdy podczas lokalnych sądów „gacaca” Kantarama – ocalała córka Patrice’a – rozpoznała Odette jako jedną z osób, które brały udział w zabiciu jej ojca. Podczas procesu Odette zaprzeczała. – Uważałam, że jedyną winę, jaką mogę na siebie wziąć, to kradzież ziemniaków. Ponieważ odmówiłam przyznania się do winy, zostałam skazana na 15 lat więzienia – wspomina.

Odette odsiaduje wyrok w więzieniu w Nyamagabe na południu Rwandy.

Przez 25 lat od dnia zbrodni w jej oczach Patrice nie był sąsiadem i ojcem czwórki dzieci. Był odartym z człowieczeństwa karaluchem i wrogiem Hutu, którego należało wyeliminować.

W 2019 r. Odette skorzystała z możliwości złożenia wniosku o wcześniejsze zwolnienie. Dlatego też postanowiła wziąć udział w programie rehabilitacyjnym, zachęcającym zbrodniarki do publicznego przyznania się do win i poproszenia rodzin ofiar o wybaczenie.

Kantarama jej wybaczyła. Odette liczy, że służby więzienne odniosą się przychylnie do jej wniosku i uda jej się niebawem wrócić do Kavumu, rodzinnej wioski. – Jeżeli moi sąsiedzi nie będą chcieli ze mną rozmawiać, będę musiała to zaakceptować – mówi. – Ale ja wybaczyłam sobie samej tę nieludzką zbrodnię. Czuję się wolna w moim sercu. Oczyszczona. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 14/2020