Podkreślam to, niestety, zawczasu, gdyż nasi, jak wiadomo, przegrali, ale to oczywiście przez obcego sędziego, oraz przez polską ligę, której nie ma, więc nie mieli okazji się rozgrzać, wdrożyć i roztruchtać. Bowiem dwie kolejki naszej ligi nożnej minęły iście niepostrzeżenie, upłynęły w niebycie, bez wysiłku, bez hałasów, bez jednego strzału - czyli było właściwie tak, jak zwykle w polskiej lidze. Jedyną różnicą był brak meczów, ale przecież nikt owego braku nie odczuł dotkliwie oprócz Wiślaków i statystyków, którzy nie wiedzą, co wpisać pomiędzy dwukropki w rubryczkach "wynik". Sądzę, że oni po prostu pójdą po rozum do głowy i rozwiążą problem w sposób sportowy, czyli udadzą się do specjalisty, wrzucą coś na ruszt ("nie ma wynika bez anabolika"), w rezultacie wyzwolą im się endorfiny i po sprawie: statystycy sobie coś rozlosują.
Ale to później. Tymczasem moje córki i ich ojciec sycą się sportowym spektaklem w postaci spotkania w ramach podeliminacji do preeliminacji eliminacji Ligi Mistrzów. Wydawało się, że widzieliśmy już sporo: Chaplina, Keatona, pana Hulot, Flipa i Flapa, a nawet braci Marx. Wszystkie te krotochwile zbladły, gdy zaczął się mecz. Gag na gagu gagiem poganiał, można było zrywać boki ze śmiechu. Dziewczyny były zachwycone poziomem widowiska. Ha, ha, hi, hi, hejże hola! Najlepszy numer wykonał izraelski bramkarz przy bramce dla Wisły, ale i nasz golkiper czynił usilne starania o palmę pierwszeństwa w kategorii "skecz ruchowy". Zawodnicy z pola nie ustępowali pola. Krotochwilom zdawało się nie być końca, po prostu parada atrakcji - trzymaliśmy się za brzuchy i podziwialiśmy show na poziomie Ligi Mistrzów. W dobrym towarzystwie czas upływa wartko, więc nawet nie zauważyliśmy, nim nadeszła druga połowa piłkarskiej uczty, a wraz z nią pełen głębszych znaczeń punkt zwrotny.
Punkt zwrotny znajdował się w izraelskim polu karnym, w które wbiegł z piłką polski zawodnik Sobolewski. Wbiegł, zobaczył, że ma przed sobą tylko dużą bramkę i małego bramkarza, i ni z gruszki, ni z pietruszki padł jak długi, porażony stresem. Upadł z kunsztem Bustera Keatona, z kamienną twarzą, nie dziwota przeto, że Marysia, Jadwinia i Janeczka doceniły ten gag, nagradzając go wyjątkową salwą śmiechu. Sędzia na boisku w Jeruszalaim nie był tak łaskawy, nie dał się nabrać na hucpę, nie przyznał karnego, poszła natychmiastowa kontra i straciliśmy gola. Strzelili nam, bo polscy zawodnicy nie mieli czasu grać, gdyż pobiegli do arbitra i protestowali. I to było podwójnie śmieszne, wstrząśniete, niezmieszane.
Dalej poszło już z górki, obrażeni Polacy dostali jeszcze jeden strzał w siatkę, a cały świat coraz wyraźniej widział, że jesteśmy moralnymi zwycięzcami. Moje córki były troszkę zdezorientowane, przestały się śmiać i już, już lada chwila miały mi zacząć zadawać trudne pytania, ale tak się szczęśliwie złożyło, że na boisku nastąpił drugi moment zwrotny, tym razem na samym końcu. Obejrzeliśmy czyn nadwiślańskiego herosa o mentalności zwycięzcy, który wreszcie postanowił coś zrobić, aby odmienić oblicze meczu. Zawodnik Zieńczuk, w akcie sowicie podlanej frustracją sprawiedliwej zemsty na lepiej grającym przeciwniku, chwycił się jedynej dostępnej mu metody pogrążenia oponenta i niespodzianie złapał go poniżej pasa, a właściwie w okolicach pasa, konkretnie za gumkę od spodenek. Gumka się napięła, przeciwnik się wyrywał, a nasz trzymał. Było to nieodparcie komiczne, trwało jakiś czas, i z pewnością jeszcze by potrwało, gdyby nie nadbiegł sędzia z czerwonym kartonikiem. Po tej poincie polski zawodnik mógł już pójść do domu (bezmyślnie osłabiając swoją drużynę), a zawodnik izraelski począł podciągać mocno sfatygowane pantalony.
Ale co tam spodenki, nie chodzi o to, kto lepiej kopie, tu nie idzie o to, kto szybciej biega, chodzi o rodzime imponderabilia. Dwa imponderabilia:
1. polski zawodnik woli przewrócić się w polu karnym przeciwnika zamiast strzelić gola (po co ryzykować, jak by co - zawsze będzie na sędziego)
2. polski zawodnik woli się obrazić i zejść do szatni, zamiast grać do końca.
Symptomatycznym meczem Wisła Kraków - Beitar Jerozolima moje córki rozpoczęły proces poznawania tajników polskiej duszy. Na szczęście było śmiesznie. Napięła się gumka, zszyta przyciaśnie - dziewczynki wybuchnęły beztroską radością. Chichotały tak, serdecznie, właściwie do końca spotkania. A może dłużej.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















