Zamiast marudzić, zagłosuj

W 2004 r. przed wyborami do Parlamentu Europejskiego udział w nich deklarowało 41 proc. Polaków, ale kartki do urn wrzuciło 20,8 proc. Dzisiaj, na niespełna dwa miesiące przed kolejnymi eurowyborami, chęć pójścia na nie zadeklarowało 13 proc. naszych rodaków. Czy to znaczy, że zagłosuje 6-7 proc.?
Czyta się kilka minut

Chociaż zdrowy rozsądek, wspomagany przez sceptycyzm wobec sondaży, podpowiada, że tak niski wynik nie może się zdarzyć, to jednak radziłbym, abyśmy wyniki badań najnowszego Eurobarometru potraktowali jak kubeł zimnej wody. I to kubeł wylany na głowy zarówno euroentuzjastów, jak i eurokrytyków. Dlaczego? Ponieważ ci pierwsi zbyt często zapominają, że przynależność do Wspólnoty została nam nie tylko dana, ale i zadana; ci drudzy ciągle nie chcą przyjąć do wiadomości, że na Unię jesteśmy "skazani", bo ją sami (demokratycznie) wybraliśmy i z roku na rok coraz mocniej w nią wrastamy.

Okazuje się, że znajomość daty, zasad i sensu eurowyborów jest w Polsce zatrważająco niska. Nie mówiąc już o znajomości realnych korzyści i prawdziwych (a nie urojonych) zagrożeń, wynikających z naszego członkostwa. Za dwa miesiące być może okaże się, że pięć lat euroedukacji było czasem straconym. Za taki uznać go trzeba będzie, jeśli naszych reprezentantów wybierze zaledwie co dziesiąta osoba z uprawnionych do głosowania.

Kto zawinił? Z pewnością wiele zastrzeżeń można mieć do instytucji, które z definicji za tę edukację odpowiadają, ale dwaj główni winowajcy to politycy i media. Prezydent z premierem kłócą się o krzesło i samolot, ich pretorianie okładają się werbalnymi cepami, a politycy największych partii przypominają sobie o Unii na chwilę przed ułożeniem list wyborczych. Media - szczególnie elektroniczne - skrzętnie ten łomot przedstawiają, bo przecież im ostrzej, tym lepiej dla frekwencyjnych słupków. Nie ma tu miejsca na edukowanie i propagowanie postaw obywatelskich. Nic więc dziwnego, że w telewizyjnych programach informacyjnych tematyka europejska na tzw. czołówkach gości jedynie przy okazji wspomnianych kłótni czy wtedy, gdy prezes publicznej telewizji wymusza (co samo w sobie jest skandalem) transmisję konferencji irlandzkiego eurosceptyka.

Grożąca nam podczas eurowyborów kilkuprocentowa frekwencja byłaby kompromitacją. Ale nie o aspekt wizerunkowy tu chodzi, tylko o kompromitację naszego zbiorowego poczucia odpowiedzialności. Może więc warto, choć czasu mało, jakąś edukację rozpocząć, parafrazując słowa Jacka Kuronia: zamiast wyszydzać przeciwników albo odsądzać od czci i wiary entuzjastów, lepiej iść na eurowybory i zagłosować. Bo tylko uczestnicząc w budowaniu Unii, możemy ją zmieniać.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 16/2009