Zaćmienie serca. Recenzja filmu „Pięć diabłów”

„Pięć diabłów” mogłoby się równie dobrze nazywać „Pięć żywiołów” albo „Pięć zmysłów”. Lèa Mysius rozbudza nie tylko powonienie w jego najbardziej pierwotnym kształcie, ale też namiętności czy tęsknoty.

28.11.2022

Czyta się kilka minut

 / STOWARZYSZENIE NOWE HORYZONTY
/ STOWARZYSZENIE NOWE HORYZONTY

Są zapachy, których nie da się nosić na co dzień ani nawet od święta, bo zdają się zbyt osobliwe, lecz bardzo chciałoby się je mieć na półce. Zwłaszcza gdy znajdują się we flakonie, który sam w sobie stanowi rarytas. Tak właśnie jest z filmem „Pięć diabłów”. Opowiada o olfaktorycznym geniuszu, uruchamia swym bukietem moce iście magiczne i bizarne wędrówki w czasie, jego skład zaś to brawurowa mieszanka najdziwniejszych ingrediencji. Z silną przewagą nuty serca.

Namiętną kolekcjonerką woni wszelakich jest tutaj Vicky (gra ją wspaniała Sally Dramé), ośmioletnia czarownica z fryzurą w stylu afro XL. Z tego powodu bywa przezywana w szkole „szczotką klozetową”, posiada natomiast własny świat zamknięty w starannie oznaczonych słoiczkach. Zbiera do nich wydestylowane przez siebie zapachy będące wizytówką bliskich jej osób, szczególnie należące do jej mamy. Joanne, dawna miss regionu (w tej roli Adèle Exarchopoulos, znana z „Życia Adeli”, filmu o turbulencjach w związku lesbijskim, co oczywiście nie może być przypadkiem), pracuje na co dzień jako instruktorka aerobiku wodnego w tytułowym ośrodku sportowym.

Cała rzecz rozgrywa się w alpejskim miasteczku tuż przed Gwiazdką, na oczach dziewczynki, która dostrzega znacznie więcej niż to, że pomiędzy jej rodzicami coś nie klika. I podczas gdy mama po godzinach ćwiczy oddech w lodowatych wodach górskiego jeziora, pochodzący z Senegalu ojciec (Moustapha Mbengue) zajmuje się, dla odmiany, gaszeniem pożarów. Woda i ogień będą w tym filmie kotłować się na różnych planach i w mało wyważonych proporcjach.

Przede wszystkim reżyserka kreśli tę historię z uroczą dezynwolturą, jakkolwiek nie każdy pewnie od razu da się jej uwieść. Trudno jednak długo się opierać, kiedy na ekranie królują trochę wyobrażone, a trochę nostalgiczne „ejtisy” i „najntisy”, a przewodniczką po świecie dorosłych tajemnic jest mała szamanka, prócz węchu doskonałego obdarzona szóstym zmysłem. Owa moc uruchamia się zwłaszcza w relacjach z matką, kochaną przez Vicky wręcz obsesyjnie. Tymczasem w rodzinnym domu pojawia się nagle intruzka, czyli dawno niewidziana Julia (w tej roli piosenkarka Swala Emati), wyklęta przez wszystkich siostra ojca i dawna przyjaciółka mamy. Taka, co lubi od czasu do czasu dać sobie w szyję i coś puścić z dymem; kobieta i z kryminalnym, i z psychiatrycznym bagażem. Dla dziewczynki wnosi zagrożenie zupełnie innego kalibru niż dla reszty otoczenia. Otóż – nie zdradzając za wiele z fabuły – Vicky podejrzewa, że przez problematyczną ciocię mogło w ogóle nie dojść do jej poczęcia. Dlatego dziecko potajemnie wykrada zapach Julii i pod jego wpływem przenosi się do nastoletnich czasów matki, ojca i ciotki, kiedy ich wspólna historia miała jeszcze potencjał, by rozwinąć się w zupełnie innym kierunku.

Podobny motyw, spotkanie swojej rodzicielki w wersji z przeszłości, wykorzystała niedawno w „Małej mamie” Céline Sciamma i raczej nie jest to zbieg okoliczności (obie reżyserki znają się choćby z pracy przy scenariuszu filmu Audiarda „Paryż, 13. dzielnica”). Wszelako „Pięć diabłów” stanowi przeciwieństwo tamtego minimalizmu, chociażby poprzez ową alchemiczną zmysłowość i dziarskie mieszanie w gatunkowym kotle. Na pierwszy plan wybija się oczywiście przypadek genialnego dziwoląga – napiętnowanej przez białe otoczenie czarnej dziewczynki, która panicznie boi się, że ktoś zaprzeczy jej istnieniu, i z pomocą swoich zapachowych zdolności postanawia przejąć nad tym kontrolę. Ów dramat podany został zresztą trochę łobuzersko, niczym w „Silent Twins” Agnieszki Smoczyńskiej, co wydaje się o tyle zabawne, iż twórczyni „Pięciu diabłów” również ma siostrę bliźniaczkę, Esther Mysius, pracującą na planie „Diabłów” jako scenografka. I tym razem za sprawą dziecięcej wyobraźni władzę nad rzeczywistością przejmuje wykreowany pół żartem, pół serio magiczny realizm, stając się kluczem zarówno do sensacyjnej zagadki związanej z ciotką Julią, jak i do love story z dwiema kobietami w rolach głównych. Swoją drogą, ich wspólne wykonanie „Total Eclipse of the Heart” („Całkowite zaćmienie serca”) z repertuaru Bonnie Tyler, na oczach niezbyt tolerancyjnych mieszkańców miasteczka, to jedno z piękniejszych wyznań miłosnych w dzisiejszym kinie.

Lecz są też wyznania zgoła inne. Na przykład odpowiedź na pytanie, które dziewczynka zadaje w pewnym momencie swojej mamie: „Czy kochałaś mnie, zanim zaczęłam istnieć?”. W wywiadach Mysius podkreśla psychoanalityczny ciężar tych słów i odwołuje się do „Nocy seksualnej” Pascala Quignarda, gdzie mowa o niewidzialnej „scenie pierwotnej”, związanej z okolicznościami naszego poczęcia. Sam film, silnie zakorzeniony w żywej i nieożywionej materii, z całą jej sensualną aurą, szorstkością i ziemskim brudem, o czarnym humorze nie wspominając, wystrzega się wysokich tonów. Choć przecież byłby wdzięcznym obiektem dla różnego rodzaju analiz, np. we wspomnianym już kontekście rasowym, który z pewnością jest istotny dla tożsamości małej bohaterki, dorastającej w zamkniętym, prowincjonalnym kręgu. Ale Mysius woli nie upolityczniać tej opowieści wprost. Woli pogrążyć nas w chaosie zmysłów, pomysłów i żywiołów, by doprowadzić do sytuacji, kiedy przeszłość zaczyna ujawniać swą logikę i każde z głównych bohaterów wreszcie znajduje własne miejsce w skomplikowanej konstelacji miłosnej.

Mamy więc baśń, w której dzięki wiedźmińskim zabiegom najmłodszej bohaterki rozpoczyna się cudowny proces odkłamywania rodziny i sklejania jej w mniej konwencjonalną, za to bardziej autentyczną całość. Jak na baśń przystało, lubuje się w przewidywalności i nadmiarowości, co bynajmniej nie odbiera jej powabu. Musi też czasem coś zazgrzytać w połączeniu rodzinnej i środowiskowej tragedii z fantazją o supermocach, które stają się panaceum na to pierwsze. Jeśli jednak zanurzyć się w tym pomieszaniu z całym jego popkulturowym i pop­mistycznym dobrodziejstwem, obecnym zarówno w obrazie, jak i ścieżce dźwiękowej, wówczas rozkosz zabawy, a nawet maleńkie katharsis – gwarantowane. ©

PIĘĆ DIABŁÓW (Les cinq diables) – reż. Léa Mysius. Prod. Francja 2022. Dystryb. Stowarzyszenie Nowe Horyzonty. W kinach od 2 grudnia.

Léa Mysius (ur. 1989) to jedna z oryginalniejszych postaci młodego kina francuskiego. Była współscenarzystką filmów uznanych twórców: „Miłosiernego” (2019) Arnauda Desplechina, „Paryża, 13. dzielnicy” (2021) Jacques’a Audiarda czy „Stars at Noon” (2022) Claire Denis. Jako reżyserka zadebiutowała filmem „Ava” (2017) – zmysłowym i ekscentrycznym portretem dorastania.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Krytyczka filmowa „Tygodnika Powszechnego”. Pisuje także do magazynów „EKRANy” i „Kino”, jest felietonistką magazynu psychologicznego „Charaktery”. Współautorka takich publikacji, jak „Panorama kina najnowszego”, „Szukając von Triera”, „Encyklopedia kina”, „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 49/2022

W druku ukazał się pod tytułem: Zaćmienie serca