Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Z dachów Birkenau

Z dachów Birkenau

26.01.2015
Czyta się kilka minut
„Stamtąd widać było więcej” – przekonuje Mordechaj Ciechanower, w Auschwitz-Birkenau więzień, dekarz i członek obozowego podziemia. Po 70 latach pamięta wszystko, jakby zdarzyło się wczoraj.
Mordechaj Ciechanower na dawnym cmentarzu żydowskim w rodzinnym Makowie Mazowieckim, kwiecień 2013 r. Fot. Sławomir Olzacki / FORUM
M

Mam dziadka-gwiazdę – mówi 30-letnia Izraelka Anat. Choć wie, że dziwnie to brzmi, gdy już wiadomo, czego to dziadkowe gwiazdorstwo dotyczy. I że to jednak historia pełna bólu, przypieczętowana rzędem cyfr na przedramieniu, których ani zmyć, ani zapomnieć nie sposób.
A jednak Anat pęka z dumy. Bo czy wielu jest takich dziadków, o których nakręcono film? Którzy swoje życie spisali w autobiografii?
Którzy – mimo niemal stu lat na karku – pokonują z młodymi ludźmi tysiące kilometrów i w odległym europejskim kraju opowiadają o głodzie i zimnie, strachu i przebaczeniu?
Oraz o tym, co się widziało i słyszało z dachów baraków obozu w Birkenau – i jak się to wszystko zniosło?
W makowskim sztetlu
O sobie samym Mordechaj Ciechanower – dziś 91-letni mieszkaniec izraelskiego Ramat Gan, urodzony w Makowie Mazowieckim – opowie po polsku.
Z początku powoli, gubiąc słowa, bo nie używał języka od lat. A przecież był to jego drugi, po jidysz, język ojczysty.
W szkołach żydowskich w Makowie przed wojną kładziono nacisk na język polski. Na co dzień używano go przecież w miasteczku, w którym nieco ponad połowę mieszkańców stanowili Polacy, a resztę Żydzi. Żyli w zgodzie, choć też i bez przesadnej czułości, wspomina Ciechanower. Ta zgoda miała wkrótce zostać wystawiona na próbę.
Niewielu Polaków znał osobiście. Może paru chłopców, którzy latem przychodzili do cukierni ojca na lody.
Z okien tej cukierni mały Mordechaj widział zresztą całkiem sporo. Małomiasteczkową nędzę. Wychudłe twarze. Zamieszanie na jarmarku, gdy tuż przed nadejściem zimy zwożono drzewo i torf na opał. Głód i zimno pukały wówczas w Makowie do wszystkich domów, niezależnie od tego, czy zamieszkanych przez wyznawców Chrystusa, czy z wprawioną w futrynę mezuzą. Dom Ciechanowerów szczęściem omijały.
Tuż przed wybuchem wojny nastoletni Mordechaj terminował u krawca damskiego Rafaela Hirsza Azrylewicza (jego syn, David Azrieli, później będzie ojcem chrzestnym największych izraelskich centrów handlowych). W czasie wolnym Mordechaj doskonalił grę na mandolinie-banjo. Gromadził umiejętności, które – jak się okazało – kilka lat później zadecydują o jego losie.
Niedziele bolą bardziej
Pomruki wojny stawały się coraz wyraźniejsze, choć i tak nikt nie dawał wiary temu, że może wydarzyć się coś gorszego od Nocy Kryształowej – echa tego wydarzenia, gdy w listopadzie 1938 r. w sąsiednich Niemczech zapłonęły synagogi i żydowskie domy, dotarły także do Makowa.
Jesień 1939 r. zweryfikowała niedowierzanie. A rok później w Makowie wyrósł kilkumetrowy drewniany płot, zwieńczony kolczastym drutem. Na niewielkiej powierzchni tutejszego getta stłoczono nagle 12 tys. ludzi. Z czteropokojowego mieszkania Ciechanowerowie przenieśli się do połowy pokoju, dzielonego z inną rodziną.
Gdy w getcie pojawił się prawdziwy głód, Mordechaj zrywał gwiazdę z palta i przedostawał się poza płot. Wyglądał jak polskie dziecko, nie wzbudzał podejrzeń. Wybiegał poza Maków, pukał do domów. Mówił prawdę, skąd przyszedł – i prosił o kartofle. Weź i uciekaj, mówili mieszkańcy. W tym samym czasie jego siostra wystawała na rogach ulic getta, grą na skrzypcach żebrząc o kawałek chleba.
W maju 1942 r. Mordechaj trafił do obozu pracy w leżącym nieopodal Różanie. Jak opowiadał w tym mieście kilkadziesiąt lat później – on, numerowany więzień Auschwitz, Birkenau i Bergen-Belsen – „przeklęte czasy różańskie” odcisnęły się w jego pamięci znacznie boleśniej niż późniejszy koszmar krematoriów.
Najbardziej bolały niedziele, gdy komendant obozu zapraszał mieszkańców miasta na specjalny pokaz. Oto nędzni żydowscy więźniowie na oczach publiczności mieli iskać sobie nawzajem wszy. Wykonywać mordercze komendy aż do utraty przytomności. Znosić kije i bicze, które dla zabawy wręczano rozochoconym widzom. Podnosić się wreszcie, łapiąc oddech pod strumieniem lodowatej wody. Zbierać resztki godności przed ostatnim aktem przedstawienia. Ten bolał najbardziej, choć nie używano w nim przemocy fizycznej. Kiwających się w rytm żydowskiej modlitwy więźniów wyśmiewano, tłumacząc publiczności rzekomą barbarzyńskość wiary i narodu. Bolesną klamrą spinała przedstawienie pieśń, którą Niemcy kazali odśpiewywać więźniom: „W niebie siedzi nasz Bóg, zawszony Bóg / Z nieba sramy na świat, zawszony świat”.
Jedyną formą walki, dodaje dziś Ciechanower, było wówczas samo życie. Fakt, że się ten przeklęty Różan przetrwało.
W 1942 r. w Makowie rozpoczęły się wywózki. Droga wiodła przez Mławę. Po getcie rozniosło się, że pociągi stąd jadą prosto do obozów ciężkiej pracy. Wciąż jednak nikt nie podejrzewał najgorszego.
Wagony były przepełnione, ściśnięci na stojąco ludzie z trudem łapali oddech. Cztery dni i cztery noce, wspomina Mordechaj, cztery dni i cztery noce bez jedzenia i wody. Odór odchodów i śmierci, i rosnące z każdą minutą przerażenie.
Spójrzcie, dym
W Birkenau powitała ich północ. Był 10 grudnia. Najpierw selekcja. Czyli ten moment, gdy po raz ostatni widział swoją rodzinę w komplecie. I ukochaną matkę, która z 40-letniej kobiety w ciągu roku zamieniła się w staruszkę.
W transporcie było ich 3500 osób, do obozu weszło tylko 520 mężczyzn. Reszta trafiła od razu do komory gazowej. Żadna kobieta z Makowa nie została wówczas przy życiu.
Na pierwszym apelu był z ojcem. I dobrze, bo inaczej, być może, słowa wypowiedziane przez niemieckiego oprawcę zabiłyby go na miejscu. „Jesteście w obozie śmierci Birkenau – odtwarza z pamięci, co usłyszał. – Ci, którzy będą zachowywali się zgodnie z zasadami, pożyją pół roku. Pozostali zginą na miejscu. Spójrzcie, tam z kominów unosi się dym. To wasi krewni. Nie łudźcie się, nie czekajcie na wieści. Nie macie już rodzin”.
Od tej pory Mordechaj nie był już Mordechajem, lecz numerem 81434.
Mimo upływu lat i wiotczejącej skóry obozowy stygmat na przedramieniu jest dziś niemal równie wyraźny jak wtedy.
Przypomina mu także o pierwszej pracy – w Sonderkommando [niem. Oddział Specjalny – red.]. Najgorszej może, bo przy noszeniu trupów i obsłudze krematoriów. Już wtedy czuł, że jego siły są na wyczerpaniu. Praca i marne pożywienie, regularne bicie za najmniejsze wykroczenie, rozstanie z ojcem, który nagle przepadł bez wieści – w 18-letnim Mordechaju gasła nadzieja.
Właśnie wtedy, gdy opadał już z sił, zdarzyło się coś, czego się nie spodziewał.
Dacharz widzi więcej
Dołączył do 30-osobowego Dachdecker-Kommando, Oddziału Dekarzy. Czy też dacharzy, jak mówi Mordechaj. Zdziwił się, że to taka łatwa praca, w dodatku wynagradzana dodatkową porcją zupy.
Po trzech miesiącach był już prawdziwym obozowym fachowcem, spokojniejszym, nawet lepiej jak na obozowe warunki odżywionym, pozbawionym strachu przed biciem. To było najlepsze miejsce do pracy w całym obozie, przekonuje Mordechaj. I jeszcze coś. Na liście do wypłaty (w wysokości jednej Reichsmark, jednej marki niemieckiej), której kopię zachował do dziś, figuruje pod własnym imieniem, nawet zdrobniałym. Ciechanower Motek. Powiew normalności w samym sercu najgorszego działał kojąco.
Wtedy go spotkał. Współwięzień miał na imię Tomek i był Polakiem w jego wieku. Przyjechał w transporcie z Warszawy, jako więzień polityczny. Dość wcześnie – miał jeden z niższych numerów obozowych. Mordechaj bardzo go polubił, Tomek wzbudzał zaufanie. Coś jeszcze było w nim ujmującego. Nigdy nie dzielił na „Żyd” i „Polak” – do innych mówił po imieniu, a zamiast „Żyd” używał określenia „starozakonny”.
Pewnego dnia zdradził Mordechajowi, że pracuje dla polskiego podziemia, i poprosił go o współpracę. Mordechaj nie wahał się, jak mówi, nawet przez chwilę.
Dlaczego akurat Mordechaj? Bo miał kontakty w Sonderkommando, wyglądał jak Polak, mówił w kilku językach. I najważniejsze: pracował na dachach obozu. Z góry widziało i słyszało się więcej, miało się lepszy dostęp do informacji. Tę trudną wiedzę łatwiej było też pewnie przełknąć ponad dachami, skąd widziało się coś, co dawało nadzieję: przestrzeń poza kolczastym drutem. Mordechaj wieczorami chętnie wypatrywał gwiazd. Na chwilę zapominał o lękach.
Swoją wiedzę sponad obozowych dachów zanosił między baraki. Tam, gdzie czekał Tomek lub wyznaczeni przez niego ludzie. Mordechaj doręczał listy, podając specjalne hasło. Nie zadawał pytań. Ważne było, że działa przeciw Niemcom.
Wiele dekad później, w 1994 r., za tę współpracę miał z rąk polskiego prezydenta otrzymać Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi RP i Krzyż Oświęcimski.
Tomek wkrótce zniknął, uciekł z obozu, choć ucieczka wydawała się niemożliwa. Pomogli mu ludzie z podziemia, tego poza obozem. Przeżył wojnę. Nigdy więcej się nie spotkali.
Wiele lat później Mordechaj dowiedział się, że Tomasz Sobański był podczas wojny działaczem socjalistycznej organizacji konspiracyjnej (podziemna PPS stanowiła część Państwa Podziemnego). Po wojnie został redaktorem „Trybuny Ludu”, organu komunistycznej PZPR.
Fabryki śmierci
Po niemal dwóch latach pobytu w Birkenau Mordechaj znalazł się nieoczekiwanie w obozie Stutthof koło Gdańska. Jego sytuacja się pogorszyła, nie potrzebowali tam dekarzy. Wrócił silny głód. Pewnego dnia zobaczył kopenhaskiego więźnia z mandoliną-banjo w ręku. Zagrał i znów poczuł się małym chłopcem. Usłyszał to blokowy, zaproponował mu codzienne granie, w zamian za dodatkową porcję zupy. Tak mandolina uratowała Mordechajowi życie.
Od tego momentu widoki z obozowych baraków zmieniały się jak w kalejdoskopie. Był Natzweiler-Struthof w Alzacji, potem pobliski Hailfingen-Tailfingen, potem Dautmergen w obecnej Badenii-Wirtembergii, w południowych Niemczech, aż wreszcie Bergen-Belsen w Niemczech centralnych, w Dolnej Saksonii. Tam miała być już tylko śmierć.
Najpierw jednak była przyjaźń. Prawdziwa, dobra, łącząca dwie bratnie dusze. Na krótko przed wyzwoleniem – w kwietniu 1945 r., przez wojska brytyjskie – przyjaciel zachorował na dyzenterię. Mordechaj rozpaczliwie szukał dla niego lekarstwa. Znalazł lekarza, który obiecał je tylko wtedy, gdy w zamian otrzyma złoto. Mordechaj nie miał nic. Nocą zakradł się do sterty czekających na spalenie ciał. W szczękach umarłych szukał złotych zębów, ostatniego ratunku dla przyjaciela. Nad ranem trzymał w ręku sześć lub siedem kawałków złota. Z lekarstwem w ręku pobiegł do chorego. Było już jednak za późno. Przyjaciel zmarł na jego rękach, trzymając w dłoni zdobyty lek.
Na kilka dni przed wyzwoleniem Mordechaj nie wiedział już, kim jest. Był do głębi chory, na ciele i na umyśle. Przeżycie stało mu się obojętne.
Gdy 15 kwietnia 1945 r. Brytyjczycy wkroczyli do obozu, Mordechaj trafił do szpitala.
Jego organizm okazał się wytrzymały. Wkrótce został wypisany. A już 1 maja zagrał na mandolinie, w orkiestrze w Bergen.
Trzeba było teraz dokądś skierować swoje kroki.
Inne wojny
To musiała być scena jak z filmu, gdy tamtego dnia, na ulicy w Monachium, zatrzymał go nagle znajomy – z Makowa. Twój ojciec żyje, powiedział, jest w obozie dla tzw. „dipisów” (byłych więźniów, robotników przymusowych itd.) w Feldafing.
Pojechali tam od razu. Następnego dnia Mordechaj spotkał się z ojcem.
Jeszcze w tym samym roku dojechali do Erec Israel.
I tutaj okazało się, że dla niewiele ponaddwudziestoletniego Mordechaja – na zdjęciach z tego okresu przypominającego Jamesa Deana – walka się nie skończyła. Podobnie jak wielu innych ocalałych z Holokaustu, Mordechaj zasilił powstającą izraelską armię w walce o niepodległość kraju.
Wojny były tu już inne, wspomina dziś, ale strach pozostał ten sam.
Po czterech przeżytych wojnach Mordechaj w końcu wyszedł z wojska; dostał posadę w urzędzie pracy.
W międzyczasie poznał Dworę, polską Żydówkę z Pabianic, malarkę o łagodnym uśmiechu i takim samym usposobieniu. Małżonkowie nie rozstają się od 64 lat.
Życie nagle stało się spokojne, rozkwitło rodzinnym szczęściem. O przeszłości przypominały uporczywe sny, i ten przeklęty numer na przedramieniu, którego nie sposób zmyć.
Na tym historia sprzed lat miała się zakończyć. Mordechaj miał pożegnać się z Europą, nigdy więcej nie przekroczyć jej granic. Ale życie szykowało mu kolejną niespodziankę.
50 powodów, aby wrócić
Raz, tylko raz, pokazać żonie Maków – przyrzekał sobie w duchu Mordechaj, gdy pod koniec lat 80. ubiegłego wieku planował podróż do Polski. Przemiany czuć już było w powietrzu, a jednak mówi, że wizyta była dla niego trudna.
Niedługo po powrocie Mordechaja do Izraela zadzwonił telefon. Pracownik ministerstwa kultury zapytał, czy Ciechanower nie zechciałby znów pojechać do Polski – z młodzieżą, w charakterze przewodnika. Nie zastanawiał się długo.
Z jednej wycieczki zrobiło się 50. Do grup młodzieżowych dołączyły grupy dorosłych: delegacje policjantów, wojskowych. W pewnym momencie Mordechaj poczuł, że choć wyjazdy sprawiają mu trudność, łatwiej radzi sobie z przeszłością, gdy może o niej opowiadać.
Z pomocą instytutu Yad Vashem w 2005 r. opublikował po hebrajsku autobiografię pod znaczącym tytułem: „Z daleka świeci gwiazda”. A potem był film: na pomysł dokumentu o Ciechanowerze, dekarzu z Birkenau, wpadł młody niemiecki reżyser Johannes Kuhn. Jego film, pod tytułem „Dacharz z Birkenau”, miał premierę w 2014 r. Mordechaj odwiedza w nim obozy, rozmawia z mieszkańcami miasteczek, śpiewa i żartuje.
Dziś mówi, że lubi wizyty w szkołach. Lubi rozmowy z młodymi Polakami i Niemcami, których chwali, bo tacy grzeczni, ułożeni, otwarci na świat. Nie odczuwa lęku przed tymi spotkaniami, przed trudnymi pytaniami i odpowiedziami. – Ja od nich czuję ciepło – mówi o licealistach i uśmiecha się, bo wie, że to dobry znak na przyszłość.
Przyszłość? Wydawałoby się, że w życiu Mordechaja na kolejne zdarzenia miejsca już nie ma. Że na uginających się od medali, zdjęć i pamiątek półkach i ścianach w mieszkaniu w Ramat Gan nie zmieszczą się już żadne kolejne, że coraz słabsze ciało nie uniesie kolejnych wzruszeń.
Ale Mordechaj wie, że życiu nie można mówić: nigdy. Kolejne zdarzenia? Wystarczy cierpliwie na nie poczekać. ©

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka, korespondentka Tygodnika Powszechnego z Izraela. Interesuje się dialogiem polsko- i chrześcijańsko-żydowskim, historią Żydów aszkenazyjskich i współczesnymi obliczami Izraela...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Aż ściska za gardło gdy czyta się taką historię życia. Historię, którą mojemu pokoleniu (urodziłem się 25 lat po wojnie) trudno, nawet z grubsza, pojąć. Ale myślę, że nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie takiego piekła, nieludzkich warunków i woli przetrwania jeżeli osobiście nie "zakosztował" podobnych doświadczeń. Niezwykłe świadectwo. Niezwykły Człowiek.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]