Karolina Przewrocka-Aderet: Jerozolimski dom seniora, w którym mieszkasz, nazywa się „Nofim”, po hebrajsku „widoki”. Na co konkretnie?
Romuald Weksler-Waszkinel: Na przykład na Jad Waszem, bo jest bliziutko. Chociaż już tam nie pracuję. Mam tu wszystko, czego potrzebuję – pielęgniarkę i lekarza, czasem koncerty, wykłady. I dużo miłych sąsiadów. Czuję się zaopiekowany.
Właściwie nie potrzebowałem tych wygód, zwłaszcza o charakterze medycznym. Ale po ostatniej operacji, ponad rok temu, jestem słabszy, gorzej chodzę. Czuję się raźniej, gdy w pobliżu jest lekarz. Zwłaszcza że rozpocząłem 82. rok życia.
Nie powiedziałeś jeszcze ostatniego słowa. Wkrótce ukaże się w Polsce twoja autobiografia.
Przed kilkoma dniami otrzymałem z wydawnictwa ZNAK potwierdzenie, że książka ukaże się pod koniec lata lub na początku jesieni. Od czasu do czasu odwiedzam też Jad Waszem, gdzie jestem zapraszany na spotkania z młodzieżą szkolną. Bardzo to lubię. Czynią mnie młodszym i czuję się potrzebny.
Przyjechałeś do Izraela w październiku 2009 r. do pracy – jak sam piszesz – w Kościele wolnym od antysemityzmu. Znalazłeś go?
Oczywiście, choć nie mogę powiedzieć, że wszystko poszło po mojej myśli. Jako katolicki ksiądz zawsze mocno akcentowałem moje żydowskie korzenie. Wyjeżdżałem z Polski rozczarowany antysemityzmem Kościoła w Polsce. Zna naukę posoborową, a zachowuje się tak, jakby nie obowiązywała – przynajmniej w niektórych kręgach. To tak, jakby pod wielką tablicą z napisem „zakaz palenia” wszyscy palili.
Uznałem, że najlepszy będzie dla mnie wyjazd do Izraela. Nie jechałem jednak jako Żyd, czyli ole hadasz (hebr. nowo przybyły). Jechałem jako katolicki ksiądz, który chciał pracować w Kościele. To się zupełnie nie udało.
W Kościele katolików języka hebrajskiego w Jerozolimie, gdzie trafiłeś niedługo po przyjeździe, twoim przełożonym był David Neuhaus – jezuita żydowsko-niemieckiego pochodzenia, urodzony w RPA. Wydawałoby się, że jego historia, żydowskiego księdza katolickiego, podobna jest do Twojej. A jednak nie znaleźliście wspólnego języka.
Nie wiem. Po prostu mnie nie lubił. Kiedy dowiedziałem się, że moim przełożonym w Izraelu będzie jezuita, byłem nastawiony pozytywnie. W seminarium warmińskim w Olsztynie miałem dwóch ojców duchownych, jezuitów. Obaj o dużej kulturze osobistej, z otwartymi głowami. Natomiast w Jerozolimie, w domu katolickim, spotkałem młodego mężczyznę o zapędach dyktatorskich. Nie dało się z nim rozmawiać. Był przełożonym, którego trzeba słuchać.
Przepraszam, ale nie chcę o nim rozmawiać. Budzi we mnie złe emocje, przed którymi trzeba siebie chronić. W każdym razie, szybko dostrzegłem, że nie mam szans na pracę w Kościele. Dzięki wstawiennictwu rabina Michaela Szudricha otrzymałem pracę w Jad Waszem, którą wykonywałem przez 13 lat. W domu katolickim nie mieszkałem nawet przez rok. Gdy go opuszczałem, drzwi pokoju przełożonego były otwarte. Powiedziałem głośno: „Do widzenia”. Nie usłyszałem odpowiedzi. Nigdy więcej się tam nie pojawiłem. To była moja porażka. Płakałem.
Mówisz o starciu dwóch silnych charakterów, nie o antysemityzmie.
Oczywiście, że nie o antysemityzmie. Doświadczyłem jednak, że tu, w Kościele, nie lubi się, gdy ktoś podkreśla swoje żydowskie pochodzenie. Bądź sobie kim chcesz, ale nie podkreślaj swego żydostwa. Poniekąd to rozumiem, bo Kościół w Izraelu jest w dużej mierze arabski i niezbyt kocha swój żydowski rodowód. Więc trzeba być bardzo dyplomatycznym. Nigdy tego nie potrafiłem.
W Ziemi Świętej codziennie mierzymy się z konfliktem. Tu wszystko jest polityczne – trudno więc, by Kościół był od tego wolny. Jak wygląda sytuacja Kościoła teraz, podczas wojny?
Nie wiem. Nie chcę w to wchodzić, żeby nie bolało mnie jeszcze bardziej. Wiem i poniekąd rozumiem, że Kościół nie chce tracić swoich wiernych.
W 2016 r. miałeś świętować 50-lecie kapłaństwa. Piszesz, że nikt w Kościele o tym nie pamiętał.
W tym czasie miałem zażyłe kontakty z benedyktynami z francuskiego opactwa Abu-Gosz pod Jerozolimą. Spotkałem tam bardzo mi bliskiego opata, ojca Charlesa. Kiedyś myślałem, że mógłbym wstąpić do tego opactwa, jak już przyjadę do Izraela. Gdy moja polska siostra usłyszała o tym pomyśle, szybko sprowadziła mnie na ziemię: „Ty się w ogóle nie nadajesz do żadnego zakonu, bo jesteś uparty jak sto osłów, a tam trzeba słuchać”.
Miała rację?
Mam mądrą siostrę. Nie lubię poddawać się władzy przełożonych. Nade mną jest tyko Pan Bóg i to wystarczy.
A więc świętowałeś jubileusz w Abu Gosz?
Byłem tego dnia w koncelebrze z mnichami. Bardzo przeżywałem tę rocznicę. 50 lat to przecież większość mego życia. Oddałem je Kościołowi tak, jak umiałem, na ile było mnie stać. Tego dnia – i w następne – nie otrzymałem z mojej diecezji ani od kolegów księży choćby jednego słowa. Jakbym nie istniał. Bardzo bolało. Poprosiłem o spowiedź o. Charlesa. Chciałem go zapytać, na czym ma polegać moje kapłaństwo. Wydawało mi się, że z moimi żydowskimi korzeniami mam coś do powiedzenia Kościołowi. Zupełnie mnie nie zrozumiał. Powiada: „Masz gdzie mieszkać, masz pieniądze na życie”. „Ale ja jestem księdzem – mówię. – Chciałbym pracować w Kościele, nie w Jad Waszem. Nie po to tu przyjechałem”. By nie przedłużać, podziękowałem opatowi za poświęcony czas. To w ogóle nie była spowiedź. Nie poprosiłem o rozgrzeszenie.
Pojechałem do Jerozolimy. Mieszkałem wówczas w domu starców przy ul. Ha Nassi 14. Odprawiałem mszę przy swoim biurku. Zwykle robiłem to w środy – w wigilię Wielkiego Czwartku – oraz w soboty, na koniec szabatu, jako mszę niedzielną. Taki miałem porządek.
Do odprawienia mszy niepotrzebny jest budynek kościelny ani żadna kaplica. Wystarczy ksiądz, maca i wino. Przygotowałem wszystko, co trzeba, i na początku powiedziałem: „Pan z wami. Przeprośmy Boga za nasze grzechy”. I w tym momencie przeżyłem wstrząs! Dotarło do mnie, że mówię jakąś nieprawdę. Jakie „Pan z wami”? Gdzież jest wspólnota? Kapłan jest z ludu wzięty i dla ludu ustanowiony. Nikt nie jest księdzem dla siebie. Zrozumiałem, że jest coś w moim życiu głęboko nie tak, jak być powinno.
Rozpłakałem się. Zjadłem przygotowany kawałek macy, wypiłem przygotowane wino i to był koniec. Skoro Kościół mnie nie chce, trudno. Pomyślałem, że trzeba, bym wrócił do swego „żydowskiego domu”.
W kolejnych dniach powiedziałem moim przyjaciołom w Jad Waszem: pomóżcie mi, chcę „powrócić” do domu mego urodzenia, do żydowskiego świata, z którego wyrwała mnie wojna.
W takich sprawach izraelska biurokracja jest wyjątkowo niewdzięczna. Dokumenty muszą być jednoznaczne.
Nie miałem żadnych dokumentów. Z rodzinnego domu wyniosła mnie – nieobrzezane niemowlę – moja rodzona matka, Batia Weksler. Położyła na oknie, gdzie mieszkali Piotr i Emilia Waszkinel. Emilia wzięła mnie z okna i w ten sposób stałem się kochanym polskim dzieckiem w chrześcijańskiej rodzinie. Działo się to w ostatnich dniach istnienia społeczności żydowskiej w Święcianach, które po 4 kwietnia 1943 r. stało się już Judenrein (wolne od Żydów). Ja pozostałem, dobrze ukryty. Bez jakichkolwiek dokumentów.

Spośród licznego grona przyjaciół w Jad Waszem najbardziej mi pomagała Rachela Szapiro. Wspaniała osoba, niestety już błogosławionej pamięci. Woziła mnie samochodem, gdzie tylko było potrzeba. Najczęściej do urzędu rabinackiego. Najważniejszym i właściwie jedynym dokumentem, jakiego tam żądano, była metryka urodzenia. Ja jej nie mam. Chyba nigdy nie miałem.
„To na jakiej podstawie możemy w ogóle rozpocząć procedurę – pytali – skoro nie masz żadnego dokumentu?”. Tłumaczę, że odnalazłem tutaj, w Izraelu, moją rodzinę, tak ze strony ojca, jak i matki. Pada następne pytanie: „Czy ktokolwiek z twojej rodziny widział ciebie na rękach twojej rodzonej matki?”. Tak może pytać tylko ten, kto nie ma pojęcia, czym była druga wojna, czym było Szoa.
Albo urzędnik.
Z braku dokumentów zaproponowano mi oficjalną konwersję na judaizm. Odpowiedziałem w nerwach: „Przecież ja mam żydowskich rodziców w genach! Jaka konwersja?”. Nie chciałem ustąpić ani na jotę. Trwało to niemal trzy lata. Pamiętam, jak ostatni raz pojechaliśmy z Rachelą do rabinackiego urzędu. I znowu ta sama konwersacja: „Proszę o metrykę urodzenia”. „Nie mam”. „To nie możemy ci pomóc”. Rozpłakałem się. Łzy płynęły mi chyba nie tylko z oczu, ale z głębi duszy. Bo kątem oka widzę, że rozmawiający ze mną rabin gładzi brodę, jakby się uśmiechał, i słabym głosem mówi: „Wiesz, teraz jesteś podobny do stu Żydów naraz”. „Nuu – zawołałem po żydowsku – to może moja gęba będzie jakimś dowodem w sprawie?”. A on na to: „Może”.
I odesłał mnie do innego gabinetu, gdzie pobrano mi ślinę na badania DNA. Po trzech tygodniach dzwoni rabin, który pobierał mi ślinę, i mówi: „Jakubie, jesteś Żydem bardziej niż ja”. Wyszło w badaniach, że w 97,9 proc. jestem Żydem aszkenazyjskim. Wynik testu stał się moim certyfikatem urodzenia. Nikt już nie kwestionował moich żydowskich korzeni.
6 lutego 2019 r. w synagodze w Jad Waszem odbyła się Twoja bar micwa.
Tak. Uroczyście „wracałem” do mego żydowskiego domu. Bardzo płakałem, jak zwykle, bo jak wiesz, do tego jestem szczególnie uzdolniony. Uważam zresztą, że to dar, bo nie tylko przynosi ulgę, ale też rozwiązanie różnych trudności, zarówno moich, jak i osób, które mi towarzyszą.
Ludzie wobec łez są zwykle bezbronni.
Kiedy już oficjalnie zostałem włączony w poczet żydowskiego ludu, pojechałem z moją żydowską rodziną na wycieczkę „do korzeni”. Stanęliśmy w Święcianach przed pomnikiem getta, a mój kuzyn mówi: „Powiedz coś do nas, Jakubie, w tym szczególnym miejscu”. Mówię mu: „Wiesz przecież, że potrafię tylko płakać”. „No to płacz, ale mów” – odpowiedział. Więc płakałem z całego serca. Wtedy przyszła mi do głowy myśl, że najpiękniejsze chwile w życiu przeżyłem właśnie tu.

W święciańskim getcie? Dlaczego?
Bo byłem jedno z moją mamą. Bicie jej serca było moją pierwszą muzyką. I wiem na pewno, że moja rodzona mama bardzo mnie kochała. Skąd to wiem? Bo gdy dziecko zaczyna się poruszać pod sercem matki, a ona go nie kocha, ma wiele sposobów, żeby je stamtąd wyrzucić. Mnie moja mama nie wyrzuciła. Czekała, aż się urodzę. Nawet zaraz po urodzeniu wystarczyło przykryć mi usta poduszeczką i byłoby po mnie. Mama tego nie zrobiła, bo mnie bardzo kochała. Znalazła dla mnie drugą mamę. Dwie matki uratowały mi życie. Ja nie nazywam się Weksler. Nazywam się Weksler-Waszkinel. To nie są dwa nazwiska. To jedno nazwisko, dwuczłonowe.
Powiedziawszy to, już tylko szlochałem. I płakali wszyscy ze mną.
Kim dzisiaj, po powrocie do żydostwa, jest dla Ciebie Jezus z Nazaretu?
Posłuchaj... O moim istnieniu mama Waszkinelowa dowiedziała się przypadkiem. Była w zakładzie krawieckim, gdzie pracował mój rodzony ojciec. Powiedział jej, że w getcie jest jego synek, niedawno narodzony. Może mogłaby go uratować. Getto nie było zamknięte. Poszła. Mówiła mi potem: „Gdy tylko cię zobaczyłam, od razu pokochałam. Ale wiedziałam, że nie mogę cię wziąć. Nigdy nie byłam w ciąży. Tłumaczyłam twojej mamie, że nie mogę cię wziąć. Zbyt duże ryzyko. Zabiją i niemowlę, i nas”.
I wówczas – nie wiem, czy to było od razu, czy parę wizyt później – moja rodzona mama powiedziała do mojej mamy polskiej: „Pani wierzy w Jezusa. A przecież on był Żydem. Niech pani ratuje moje żydowskie niemowlę w imię tego Żyda, w którego pani wierzy. Jak mój mały synek wyrośnie, zostanie księdzem. Zobaczy pani”. Te słowa mojej rodzonej matki skłoniły moja mamę polską, by mnie ratować.
Moi polscy rodzice nigdy mi tego nie powiedzieli, bo ja się bałem być Żydem. Słyszałem, że Żydzi zamordowali Pana Jezusa, a ja Go kochałem. Jednocześnie cały czas, mimo lęku, przypuszczałem, że może jestem Żydem. Dzieci zwykle są podobne do swoich rodziców. Ja zupełnie nie byłem do nich podobny. Raz, w gniewie, powiedziałem mamie: „Bo jak jestem Żydem, to zobaczycie, co z sobą zrobię!”.
W 1968 r. wpadła mi do ręki książka, której autorem był, zdaje się, Oskar Halecki. O losach Polaków w czasie II wojny światowej. Wtedy po raz pierwszy trafiłem na słowo Holokaust. Czytam o Zagładzie trzech milionów polskich Żydów i przechodzi mnie dreszcz. Rodzi się we mnie przypuszczenie, że chyba jestem Żydem.
Mój ojciec nie chciał, bym poszedł do seminarium. Odwiedził mnie na samym początku pobytu. Płakał w kaplicy seminaryjnej. Powiedział mi, że moje życie będzie bardzo ciężkie. Trzy dni po wizycie w seminarium umarł na zawał serca. Ja, nie znając prawdy, nie znając słów mojej rodzonej matki, myślałem, że ojciec bał się, że będę złym księdzem. Powiedziałem sobie: „Tatuś, za twoją śmierć poświęcam moje życie. Zobaczysz, udowodnię Ci, że będę bardzo dobrym księdzem”.
I co było dalej?
Śmierć ojca była niejako wyzwaniem, ale nie wiedziałem, że jego przeżycia odnosiły się do słów mojej rodzonej matki. Powiedziała mi to wszystko dopiero moja polska matka.
Tu od razu sprostowanie. Nie wyjawiła mi tego tuż przed śmiercią. Powiedziała mi o tym 23 lutego 1978 r., a zmarła – na moich rękach, z zapaloną gromnicą w dłoni – 15 kwietnia 1989 r.
Wlokłem ze sobą to wszystko aż do chwili, gdy uświadomiłem sobie, że Kościół mnie nie potrzebuje. Dopiero wtedy zrozumiałem znaczenie słów mojej rodzonej matki: on będzie księdzem. Mówię to z lękiem i drżeniem: jej słowa okazały się proroctwem. Moje kapłaństwo uratowało moje żydostwo. Jestem Żydem, jak Żydem był Jezus.
Ksiądz nie ma rodziny, żony, dzieci. Jest odpowiedzialny tylko przed własnym sumieniem. Mogę więc spokojnie wrócić do mego rodzinnego domu. To, że Kościół w Izraelu nie powierzył mi żadnej wspólnoty, okazało się błogosławieństwem. Gdybym takową otrzymał, na pewno bym jej nie porzucił. Czułbym się za nią odpowiedzialny.
Często mówiłem, nie bardzo rozumiejąc głębię tego, co mówię, że jestem „Żydem od Jezusa”. Tak, jestem Żydem. Tak jak Jezus. Ale nie Jezus Mesjasz, nie druga osoba Trójcy, ale po prostu: Jezus z Nazaretu, wielki Żyd, charyzmatyczny nauczyciel.
Nie odkrywam tego jako pierwszy. Martin Buber pisał o Jezusie: mój wielki Brat. Mam wiele książek autorów żydowskich, którzy bynajmniej nie wyrzucają Jezusa. Nie jest dla nich Mesjaszem ani Synem Bożym, tego judaizm nie może przyjąć. Religijni Żydzi wierzą, że Mesjasz przyjdzie, ale nikt dokładnie nie wie, co to oznacza. Rozumiem teraz, że słowa mojej rodzonej mamy – „On będzie księdzem” – znaczyły, że „on do mnie powróci”.
Tęsknisz za katolickim światem?
O świecie katolickim, który cenię, nauczyłem się najwięcej od mojej polskiej matki. Jej katolicyzm ujawniał się w codzienności. Gdy w pewnym momencie życia nabrałem wątpliwości, czy zdołam napisać doktorat, moja wspaniała matka powiedziała: „Romek, najważniejsze, żebyś był uczciwym człowiekiem. Zapamiętaj to sobie”.
Dla mnie najpiękniejszy katolicyzm to moja polska mama. Nie wyznawała żadnej doktryny, nie miała nawet wiedzy katechizmowej. Była prostą kobietą, analfabetką. Gdybym miał tęsknić za Kościołem, to wyłącznie za Kościołem mojej mamy. Nie za Kościołem biskupów i różnej maści dostojników i profesorów. Za tym wszystkim w ogóle nie tęsknię. Wręcz przeciwnie. Mam wobec tego bardzo krytyczną postawę.
A co z katolickimi dogmatami? Nie zastanawiasz się nad nimi?
Litości. Nie potrafię w ogóle na to pytanie odpowiedzieć. Wydaje się jednak, że jest w moich myślach taka szuflada, w której przechowuję to, co cenne. Jest w niej na pewno Matka Jezusa – młoda Żydówka z Nazaretu. Ale to nie jest dziewica, niepokalanie poczęta.
Miałem wiele szczęścia, że moje kapłaństwo przypadło na lata posoborowe. Oprócz ludzi pazernych, zarozumiałych narcyzów, w gruncie rzeczy niemądrych, spotkałem wiele wspaniałych osób, jak prof. Stefan Swieżawski, ks. Tadeusz Fedorowicz czy – najbardziej – papież Jan Paweł II.
Decyzja o Twoim wyjeździe do Izraela zapadła po jego śmierci. Poczułeś wtedy, że skończyła się jakaś era?
Dokładnie tak. Nikt nie miał takiego serca do Żydów jak on. Miał swoje osobiste i bliskie przeżycia z Wadowic, właśnie z Żydami, miał pośród nich najbliższego przyjaciela, Jurka Klugera. Gdy spotkał się z nimi w Jad Waszem, to każdą cząstką czuło się, że on jest ich, a oni są jego. Po śmierci papieża nie było już nikogo z taką bliskością do świata żydowskiego. Przynajmniej ja nikogo nie znam.
Czy dzisiejsza wojenna rzeczywistość przywołuje koszmar, od którego rozpoczęło się Twoje życie?
Tutaj, w Jerozolimie, czuję się w miarę bezpiecznie. Chociaż ryk syren, gdy nadlatują rakiety, zmusza mnie czasem do zejścia do schronu. Polityczne przekonania zachowuję dla siebie. A wciąż słaba znajomość języka hebrajskiego pomaga mi, paradoksalnie, zachować dystans wobec tego, co dzieje się wokół.
Choć życzyłbym sobie, by w obliczu wojny Kościół w Izraelu – i nie tylko tu, ale tu szczególnie – odważniej przypominał, jakie jest miejsce Izraela w planie zbawienia. By usłyszeli to wszyscy, którzy nie widzą tu dla nas miejsca.
Staję przed Bogiem Izraela jako cząstka ludu przymierza i jeżeli o cokolwiek Go proszę, to o to, by miał ten lud w opiece. By kierował sercami i oczami tych, którzy rządzą Izraelem. Bo wierzę z całego serca, że Bóg nie porzucił swego ludu. Tego, który sam wybrał przed wiekami.
ROMUALD JAKUB WEKSLER-WASZKINEL (ur. 1943) – doktor filozofii, były wykładowca KUL, emerytowany pracownik Instytutu Jad Waszem w Jerozolimie. Autor książek, m.in. „Błogosławiony Bóg Izraela” (2001), „Zgłębiając tajemnicę Kościoła” (2003). Uratowany przez Polkę z getta w Święcianach, tuż przed jego likwidacją. O żydowskim pochodzeniu dowiedział się w 1978 r., gdy był już katolickim księdzem. W 2019 r. porzucił stan kapłański i przyjął judaizm.
„Mój dom i rodzina moja”. Przemówienie pożegnalne wygłoszone przez Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela w Instytucie Jad Waszem 22 grudnia 2024 r. w Jerozolimie
Przyjechałem do Izraela w październiku 2009 roku nie jako ocalały z Zagłady Żyd, ale przede wszystkim jako katolicki ksiądz, z intencją pracy w Kościele wolnym od antysemityzmu.
Już na początku roku 2011 zdałem sobie sprawę, że z otrzymaniem pracy w Kościele mogę mieć trudności. A bez pracy – a więc i bez pieniędzy – nie będę mógł opłacić nawet mieszkania, a co z jedzeniem? Rysowała się przede mną smutna perspektywa powrotu do Polski, czego bardzo nie chciałem.
Zupełnie nieoczekiwanie przyszedł mi wtedy z pomocą naczelny rabin Polski Michael Schudrich. Gdy bardzo wielu w Izraelu miało wątpliwości odnośnie do mojej żydowskiej tożsamości, on – powtarzam: naczelny rabin Polski – nie miał najmniejszych wątpliwości. Widząc mnie w potrzebie, bez wahania po prostu dał mi półtora tysiąca dolarów, które musiałem przyjąć właśnie jako Żyd, bo to była z jego strony cedaka. Nie wiedziałem w ogóle, że coś tak wspaniałego istnieje w świecie żydowskim i z wdzięcznością pieniądze przyjąłem. Ale powiedziałem, że nie chcę, by mi dawano pieniądze. Chcę zarobić na swoją egzystencję.
Najchętniej widziałem siebie jako pracownika Jad Waszem. Dlaczego?
Bo w Jad Waszem, w Ogrodzie Sprawiedliwych, od września 1995 roku są zapisani moi polscy rodzice: Piotr i Emilia Waszkinelowie, którzy uratowali mi życie. A gdzie są rodzice, tam jest dom.
I tak się stało. 1 marca 2011 roku otrzymałem pracę na cały etat w archiwum Jad Waszem. I każdego dnia pracy po obiedzie chodziłem tam, gdzie są zapisani moi polscy rodzice, aby im podziękować za uratowanie życia i za to, że jesteśmy tu razem.
Naturalnie, byłem katolickim księdzem i nie traciłem nadziei, że jednak otrzymam jakieś miejsce pracy w Kościele.
Niestety... Przeżywana 50. rocznica moich święceń kapłańskich (19 czerwca 2016 roku) ostatecznie przekonała mnie, że Kościół mnie nie potrzebuje. W tym dniu – i w dniach następnych – nie otrzymałem ze strony Kościoła ani jednego słowa. Zostałem całkowicie zignorowany. Jakbym nie istniał.
Cóż, bardzo bolało. Ale nie ja zostawiłem Kościół. To Kościół zostawił mnie.
***
50 lat byłem księdzem i ten fakt był – i jest – dla mnie bardzo ważny. Obiecała to moja żydowska matka mojej matce polskiej. Nic o tym nie wiedziałem, a przecież wypełniłem obietnicę mojej rodzonej matki. Chociaż moi polscy rodzice – zwłaszcza ojciec – ku memu zdziwieniu wcale tego nie chcieli.
Po wydarzeniach z czerwca 2016 roku nabrałem przekonania, że muszę coś zmienić w swoim życiu. Co mogłem zmienić? Będąc księdzem, byłem sam, bez rodziny; nie miałem żony ani dzieci. Byłem odpowiedzialny tylko przed sobą, przed własnym sumieniem.
I jeszcze coś więcej. Wprawdzie było mi bardzo przykro i czułem żal, że Kościół mi nie dał żadnej pracy, ale teraz zrozumiałem, że stało się najlepiej, jak tylko mogło się stać. Gdybym otrzymał w Kościele jakąś pracę, gdyby powierzono mi jakąś wspólnotę, nie byłbym wolny w swoich decyzjach. Byłbym odpowiedzialny za tę wspólnotę. Okazało się jednak, że i w tym obszarze byłem zupełnie wolny. Za nikogo nie odpowiadałem, tylko za siebie.
W takim stanie rzeczy zdecydowałem się na powrót do swego rodzinnego domu i do religii moich żydowskich rodziców.
***
Nie było łatwo. Nie posiadam żadnych dokumentów świadczących o mojej żydowskiej tożsamości. Nie było żadnych świadków, którzy mogliby cokolwiek poświadczyć o moim domu rodzinnym i moich zamordowanych żydowskich rodzicach.
Ale w tych bardzo trudnych dla mnie chwilach nie byłem sam. Okazało się, że mam wokół siebie bardzo mi bliskie osoby, które chcą mi pomóc. W istocie odkryłem, że Jad Waszem jest nie tylko moim domem, ale również moją liczną rodziną. Wymienię z imienia i nazwiska tylko jedną osobę – już niestety błogosławionej pamięci – Rachelę Szapiro. Bez jej zaangażowania i bezpośredniej pomocy byłoby mi bardzo trudno. Nie chcę wymieniać więcej osób, było ich bardzo dużo i mógłbym kogoś pominąć. Wszystkim za życzliwość i wsparcie bardzo, bardzo serdecznie dziękuję.
Finałem tych starań i przeżyć była niezapomniana uroczystość, którą przeżywałem w dniu 6 lutego 2019 roku – moja bar micwa. To wówczas, w czasie tej uroczystości, przyszło mi na myśl, że powinienem to wszystko opisać.
Moja autobiografia, którą zatytułowałem „Liść i drzewo”, czeka na wydanie w języku hebrajskim w wydawnictwie Jad Waszem oraz w języku polskim w wydawnictwie ZNAK. Zadedykowałem ją: „Moim przyjaciołom z Jad Waszem”.
***
Tyle chciałem powiedzieć na zakończenie tego uroczystego spotkania, które jest zarazem moim pożegnaniem.
Pożegnaniem? Wcale nie mam ochoty żegnać się i odchodzić. W moim wieku nie opuszcza się domu ani tym bardziej rodziny się nie opuszcza. Jedynie zwalniam swoje biurko w archiwum Jad Waszem; zajmie je ktoś młodszy. Taka jest kolej rzeczy. Wkrótce będę miał 82 lata – niech będzie uwielbiony Bóg.
Ale ja pozostaję – już niezwiązany z owym biurkiem i coraz starszy (więc i coraz bardziej wartościowy) – jako „zabytek muzealny”.
Mieszkam bardzo blisko Jad Waszem – trzy przystanki autobusowe w kierunku Ein Keren. Pozostaję do dyspozycji, gdy tylko zajdzie potrzeba, abym się spotkał z młodzieżą odwiedzającą Jad Waszem, z wojskiem czy turystami z Izraela i spoza Izraela – zwłaszcza z Polski.
Bardzo serdecznie wszystkim dziękuję za przybycie. A z okazji zbliżających się świąt Chanuki życzę radosnych świąt – obfitości światła.
Romuald Jakub Weksler-Waszkinel
Jad Waszem, Jerozolima
22 grudnia 2024 r.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















