Publikowane poniżej opowiadanie zwyciężyło w konkursie organizowanym przez „Tygodnik Powszechny” i wydawnictwo Czarne. Szczegóły konkursu i towarzyszącego mu festiwalu znajdą Państwo na końcu.
Palce Nikodema wyglądały jak kawałki drobiu w hipermarketowej zamrażarce. I to zdecydowanie nie te najlepsze. Kiedy jednak uderzał nimi w klawisze fortepianu, człowiek spodziewał się, że części mięsa złożą się z powrotem w całość, a ptak nie będzie miał innego wyboru, jak tylko wyjść z lodówki i posłuchać. Nikodem grał jednak dla pustych ścian swojego pokoju.
Mięśnie jego dłoni napinały się i rozluźniały niczym fala, która rozbija się o skałę i powraca do głębin. Nikodem na przemian zwalniał i przyspieszał, czasem płynąc razem z nią, czasem próbując ją nadgonić. Kiedy z zamkniętymi oczami myślał o sekwencji, którą mózg musiał przekuć na ruch palców, niebo za oknem powoli zasnuwało się gęstwiną szarych chmur.
Deszcz najpierw nieśmiało, a później coraz intensywniej zaczął pukać w szyby. Zanim jednak najmniejsza kropla zdążyła wprosić się do środka, Nikodem poderwał się ze stołka i zatrzasnął okno, mocno zakręcając uchwyt. Tak czy inaczej, powinien był już wstać i przygotować się do pracy.

Szmatką przetarł zawilgotniałe lustro w łazience. Patrząca na niego twarz nie wywoływała żadnych emocji. Na linii żuchwy pojawiło się kilka pryszczy. Przyjemność sprawiał mu fakt, że w przeciwieństwie do wielu kolegów z pracy wciąż miał na głowie czarną, gęstą czuprynę. Parę razy przeczesał ją grzebieniem, by się upewnić, że nie ma tam żadnego siwego włosa.
Wklepał krem, który kupował w sklepie spożywczym razem z tuńczykiem w puszce i makaronem. Z przykrytej warstwą kurzu półki przyglądały się temu kolorowe fiolki z olejkami i serum, których używała jego była narzeczona.
Maja zaczynała dzień od schłodzonego, jadeitowego masażera do twarzy i wielu pachnących specyfików. Ale mogła sobie na to pozwolić, ponieważ nic nie robiła. To znaczy, coś tam robiła, poprawił się w myślach Nikodem. Jeśli coś udało się Mai zrobić, to na pewno odcisnąć w głowie Nikodema parę swoich racji.
Gdyby ludzi znakowano jak bydło, ciało Nikodema byłoby poorane bliznami po tych wszystkich słownych sporach. Kiedy trwały, wydawało mu się, że je wygrywał, ale po czasie rozdrapywał je w myślach, próbując się upewnić, czy nie powiedziała mu jednak czegoś mądrego. Wklepywania w twarz paru różnych olejków wciąż nie uznawał jednak za mądre. Chwycił jedną fiolkę i przymknął oczy, gdy owionął go zapach pomarańczy. Schował ją do wewnętrznej kieszeni marynarki. Dziś może mu się przydać.

Tuż przed wyjściem pochwycił płaszcz przeciwdeszczowy i parasol. Rozłożył go jeszcze na klatce schodowej, zanim wyszedł z budynku, tak żeby nie dotknęła go ani jedna kropla.
Najpierw ich usłyszał.
– Dobra panowie, po jednym i idziemy do fontanny.
Popchnął drzwi i przywitały go te same trzy krabie twarze, które widywał przed swoim budynkiem codziennie.
– Dzień dobry, szefie.
Najstarszy, przedstawiciel grupy, wstał i uścisnął mu dłoń. Była lepka i ciepła.
– Dzień dobry – odparł Nikodem.
– Jak tam w wielkim świecie? – zapytał, wygładzając ręką spraną wojskową kurtkę, jakby chciał przywrócić jej dawną formę.
– Nie najgorzej.
– Jakby się jednak zrobiło gorzej, zapraszamy do nas. Mamy co nieco. Pokaż, młody, co mamy – machnął ręką w stronę najmłodszego.
Najmłodszy, jak na rozkaz, odchylił swoją znoszoną kurtkę, ukazując dwie butelki z brązowym płynem ściśnięte przy piersi.
– Noś przy sercu to, co najdroższe – zarechotał środkowy, z szarą brodą zaplecioną w warkocz.
– Będę miał w pamięci.
– A jakby co było potrzeba, szefie, to niech szef do nas wali śmiało – zawołał najmłodszy, kiedy Nikodem już się oddalił.
– Cicho, młody, ty nie jesteś od gadania, tylko od przechowywania.
– Ale czasem może, kurde, też chcę coś powiedzieć.
– Jak mnie zmiecie z planszy, to awansujesz do mówienia.
Nikodem odetchnął dopiero, gdy wszedł w park prowadzący do stacji kolejowej. Przy chlupiącej fontannie bawiły się dzieci w kaloszach. Wielki czarny spaniel rozdziawiał paszczę i próbował połykać strumienie. Mężczyzna w białym kasku przejechał koło Nikodema na rowerze i gdyby nie jego nieustanna czujność, prawie zmoczyłby spodnie od garnituru.
Dobrze, że nie pozwalał sobie cieszyć się żadną chwilą – to trzymało go przy życiu. Dworzec przypominał mrowie ożywionych kurtek w kolorze zgniłych liści. Policzki Nikodema opadały i wznosiły się w rytm uderzeń kół pociągu. Kiedy wreszcie stanął przed wieżowcem, w którym pracował, przestało padać. Złożył parasol i spojrzał w górę. Stalowo-szklana konstrukcja nie miała końca, czubek znikał za zasłoną chmur.

Dwupoziomowa winda zabrała go na trzydzieste siódme piętro. Tam odwiesił płaszcz i parasol, po czym usiadł do biurka.
– Cześć – rzucił w przestrzeń, nie oczekując odpowiedzi.
Białe światło z monitora wyostrzało jego rysy jeszcze bardziej, o ile to w ogóle było możliwe.
– Szef prosił, żebyś do niego wstąpił – wychwycił głos znad ramienia.
Zanim zdążył się odwrócić, właściciel głosu usiadł z powrotem przed swoim monitorem, stając się nieodróżnialną częścią komputerowej ławicy.
Biuro szefa znajdowało się na końcu korytarza, na najwyższym piętrze. Nikodem był tam tylko dwa razy – gdy go zatrudniono i z okazji dziesiątej rocznicy podjęcia pracy. Na co dzień szef podejmował w jednej z sal konferencyjnych na niższych piętrach, jego gabinet zostawiany był na sprawy poważne. Nikodem zakładał, że dziś jest dzień spraw poważnych – zbliżał się koniec roku, a z nim jego dwudziesta rocznica w firmie.
Po kurtuazyjnym puknięciu i szybkim „proszę” wszedł do środka.
– Nikodemie, świetnie cię widzieć – powiedział mężczyzna za biurkiem, przypominający Nikodemowi osobę, którą widział dziś rano w lustrze.
Siedział sam w szklanym pudełku, a gęste chmury pod nim zatopiły całe miasto. Jeśli Bóg przyjmował gdzieś petentów, tak Nikodem wyobrażał sobie jego gabinet. Na ścianie za biurkiem wisiało dwadzieścia portretów i wszystkie wyglądały jak różne ujęcia tej samej osoby siedzącej właśnie w fotelu przed Nikodemem.
Wiedział, że na piętrach niżej jego wciąż rotujący koledzy z departamentu żartowali, że ich szef jest nieśmiertelny i że wymieniają ich tak samo, jak dzieciom podmienia się rybkę w akwarium. Może tak właśnie było.
– Jesteś na dobrej drodze, żeby kiedyś też tam zawisnąć – uśmiechnął się szef. – Proszę, usiądź – wskazał mu pojedyncze drewniane krzesło bez poduszki.
– Nikodemie – odchrząknął – pamiętasz, co odpowiedziałeś na pytanie: „Od kiedy chciałeś wykonywać ten zawód” w ostatniej rundzie rekrutacyjnej?
– Chyba nie.
– Nie winię cię, to było w końcu... – spojrzał na plik kartek na biurku – prawie dwadzieścia lat temu! Ale ja pamiętam twoją odpowiedź doskonale. Wyróżniłeś się, bo nie siliłeś się na historię o zainteresowaniach na studiach, powiedziałeś, że chciałeś to robić, zanim zostałeś poczęty – szef klasnął w dłonie. – Czy może być lepsza odpowiedź? Od razu wiedzieliśmy, że jesteś właściwym kandydatem. A później... później było tylko lepiej, pasmo doskonałych wyborów: zerwanie z wieloletnią narzeczoną, rezygnacja z dzieci i zwierząt, pionierskie podejście do przyjemności poza pracą, czyli dopóki zadanie nie jest skończone, nie ma przyjemności. Fenomenalna organizacja fali zwolnień, stanowcze odejście od pracy zdalnej, kary finansowe za wyjście z pracy pięć minut przed siedemnastą i wyjątkowa czujność na zbyt częste zmiany zielonej kropki na pomarańczową w ciągu dnia. Rezygnacja z weekendów i wieczorów, bo nie myślisz o sobie, tylko o zespole. A nawet jeśli myślisz o sobie, jesteś za to sowicie wynagradzany.
Zrobił krótką pauzę, nie spuszczając z Nikodema wzroku.
– Po co, można by spytać – uniósł rękę w powietrze w geście objawienia. – Dla samej idei! Bo możesz. Bo nie wymyśliłeś dla siebie nic lepszego. Nie ma co ukrywać, Nikodemie, jesteś idealnym pracownikiem.
Znów ten sam, wyczekujący uśmiech.
– I dlatego to, co zaraz powiem, nie będzie dla ciebie zaskoczeniem. Dziś chcemy zabrać cię do Źródła.
Oczy szefa rozbłysły w pełni. Taki zaszczyt wymagał odpowiedniej wdzięczności. Nikodem pozwolił sobie na wystudiowane podniesienie koniuszków ust. Z trudem próbował rozbudzić w sobie entuzjazm. Odpiął guzik marynarki i wziął głęboki wdech. Kiedy pomarańczowy zapach dotknął jego nozdrzy, policzki nabrały koloru, a oczy lekko ożyły.
– Jestem zaszczycony i ogromnie podekscytowany.
– Nie przedłużajmy więc. Eugeniusz zabierze cię na dół. Pilnuj tylko, żeby się z tobą nie zasiedział – zaśmiał się szef. – To jest miejsce tylko dla wybranych.

Eugeniusz – młody, chuderlawy chłopak z wypłowiałą rudą czupryną – pojawił się znikąd. Musiał siedzieć cały ten czas gdzieś w rogu i notować. Teraz poprowadził Nikodema do windy. Przyłożył kartę do czytnika. Na wyświetlaczu, pod wszystkimi cyframi pięter, pojawiła się nowa litera: Z. Winda ekspresowo zjechała na sam dół, wywracając Nikodemowi żołądek do góry nogami.
Zwolniła dopiero, gdy minęli poziom -10 parkingu. Piętro Z znajdowało się tuż pod nim. Maszyna zwalniała i drżała tak, jakby musiała przebijać się przez ostatnią warstwę Ziemi. Kiedy drzwi się otworzyły, ukazała im się zardzewiała krata.
– A, jeszcze to – odezwał się Eugeniusz.
Z kieszeni spodni wyciągnął koło z kluczami. Z każdym kolejnym wypróbowywanym kluczem jego twarz coraz bardziej czerwieniała. W końcu mały, złoty kluczyk okazał się właściwy.
– To ja pana zostawiam. Wrócę za piętnaście minut.
– Ale co ja mam tu robić? – zapytał Nikodem, zapierając się stopami w windzie, jakby bał się, że Eugeniusz wypchnie go w ciemność.
– Nie wiem. Inni zwykle chwilę spacerują. A jeśli boi się pan ciemności, niektórzy po prostu siedzą tu przy kracie i czekają.
Nikodem zrobił krok poza windę. Spojrzał w duże, zielone oczy Eugeniusza. Wydawały się przerażone, choć to nie on miał tu zostać w ciemności, jego czekało przecież światło i ciepło wyższych pięter. Drzwi windy i usta Nikodema powoli się zamknęły. Czuł bicie swojego serca bez dotykania klatki piersiowej. Wystawił ręce przed siebie, jakby miał zaraz zagrać pierwszy takt swojego ulubionego utworu. Znajomy gest pozwolił mu się trochę uspokoić.
Mrok wyostrzył jego inne zmysły. Słyszał, jak krople wody spływają z sufitu. Miał wrażenie, że słyszy każdą z osobna, ich drogę wzdłuż cegieł, z sykiem, wprost do płytkich kałuż wokół.
Na piętrze Z pachniało wilgocią i ziemią. Można się było tego spodziewać, tak głęboko pod powierzchnią. Liczył jednak, że nagroda po dwudziestu latach będzie miała mniej wspólnego z wilgocią, a więcej z komfortem.
Po chwili z tła wyłonił się szum. Nikodem był pewien, że to większe ujście wody. Jego oczy zaczynały rozpoznawać zarysy ścian, kąty, pęknięcia. Szedł wolno, stawiając stopy jedna za drugą, z rękami wyciągniętymi przed siebie. Uśmiechnął się na myśl, jak absurdalnie musi wyglądać. W końcu jego dłonie napotkały zimny mur. Odskoczył, po chwili jednak pogładził kamień, który zostawił mu na palcach szorstką maź. Ruszył wzdłuż ściany.
Przemknęło mu przez myśl, że powinien jakoś oznaczyć drogę, by wrócić do windy. Uznał jednak, że światło z niej wskaże mu powrót, gdy Eugeniusz po niego wróci. Szedł dalej. Szum stawał się coraz wyraźniejszy. Gdzieś niedaleko woda rozbijała się o twardą nawierzchnię. Jeden but Nikodema całkowicie zanurzył się w kałuży. Chłód przesiąkł przez skarpetkę, wślizgnął się aż do kości. Gdyby to tamten rowerzysta z parku ochlapał mu spodnie, wściekłby się i naubliżał mu z pełnym przekonaniem. Teraz wydało mu się to zupełnie nieistotne.
Jeszcze jedno zderzenie ze ścianą. Jego dłonie musiały być już całe czarne od mazi. Wodzenie nimi po murze zaprowadziło go w ślepy zaułek. Poczuł, jak lodowata panika zaciska mu się pod żebrami. Mimo to wziął głęboki oddech i po prostu zawrócił. Szedł długo w drugą stronę. Kroki odbijały się głuchym echem, a każdy z nich brzmiał tak samo. Próbował skupić się tylko na szumie wody. Gdy w końcu doszedł do końca ściany i wychylił się za róg, zobaczył dziurę, a za nią łunę światła. Ostrożnie, ale bez wahania, ruszył w jej kierunku.
Przecisnął się przez szczelinę. Światło pulsowało w rytm wody fontanny, wirującej wokół ciemnej dziury w ziemi. Miało nieuchwytny kolor, balansujący między kryształem a mlekiem. Woda co chwilę wzbijała się w powietrze i opadała rytmicznym deszczem. Nikodem podszedł bliżej. Pod światło chciał sprawdzić, jak bardzo brudne ma ręce, ale nie znalazł na nich nic. Dla pewności kucnął i obmył dłonie w wodzie spływającej do czarnej dziury pośrodku fontanny. Po chwili zapragnął opłukać też stopy. Zdjął skarpetki, każdą odłożył starannie do odpowiedniego buta.
Powoli, zaczynając od koniuszków palców, wszedł do fontanny. Kiedy jego stopy przykryła woda, zrobił krok dalej. Pozwolił, by wzbita w górę woda opadała mu na czubek głowy, po włosach, spływała po czole, przez skos nosa, łuk kupidyna, aż w końcu, rozchylając mu wargi, weszła do ust.
I wybuchła smakiem pomarańczy.
Melchior Mordęga – pisarz z Warszawy. Zajmuje się krótką prozą i pracuje nad kolejnymi tekstami. „Pomarańczowa kropka” jest jego debiutem w druku.
Opowiadanie „Pomarańczowa kropka” zwyciężyło w tegorocznej, trzeciej edycji minifestiwalu literackiego poświęconego krótkiej formie. Minifestiwal „Temat: Opowiadania – lekcja 3” odbędzie się w tym roku 29 listopada w warszawskiej Księgarni Czarnego.
Na tegoroczną odsłonę konkursu wpłynęło kilkaset zgłoszeń, z których jurorzy – reprezentanci „Tygodnika Powszechnego” i Wydawnictwa Czarne – wybrali zwycięzcę.
Laureatem ubiegłorocznego konkursu został Marcin Balcerzak, a laureatem pierwszej edycji Patryk Zalaszewski. Za debiutancki zbiór opowiadań „Luneta z rybiej głowy” autor był nominowany w tym roku do Nagrody Conrada.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















