Brońmy rzeczy niepotrzebnych, na przykład pluszaka Labubu

Nigdy nie kupiłam popfilozofii minimalizmu i nieprzywiązywania się do przedmiotów. W kategorii „niepotrzebnego” kryje się okrucieństwo.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Mam taką cechę, z którą prawdopodobnie nic już nie zrobię, więc po prostu ją zaakceptowałam: przywiązanie czy wręcz empatię wobec przedmiotów nieożywionych, również takich, z którymi nie mam żadnych osobistych wspomnień. A może szczególnie właśnie takich. Zawsze mi szkoda, gdy ktoś uznaje coś za zbędne, i odczuwam odruch obronny (choć nie zmieniłam się, o dziwo, w nałogowego zbieracza – nie muszę mieć wszystkiego, chętniej robię zdjęcia, a jeszcze chętniej rzeczy wręczam w darze).

Być może ktoś nazwałby to tanim melodramatyzmem i niechże ma tę satysfakcję z chwili zbesztania za dziecinadę, z której nie zamierzam rezygnować. Ale wspomniany odruch wydaje mi się może nawet ważniejszy, bo zawsze ciekawe jest, co w człowieku krzyczy „nie”: a to moja mała krucjata przeciwko wszechwładzy użyteczności.

Muszę też wyznać, że nigdy nie kupiłam popfilozofii minimalizmu i nieprzywiązywania się do rzeczy (porządek w ogóle budzi moją głęboką nieufność). W pewnym sensie wdrożyłam w życie zasadę celebrytki porządkowania, Marie Kondo, by pozbywać się tego, co nie przynosi nam radości. Po prostu zastosowałam ją do tego typu rad i wyrzuciłam je bez żalu daleko poza obręb mojej uwagi.

Jak zaprosiłam Labubu do mojego domu

Zaprzysięgłe kierowanie się praktycznymi względami i umiłowanie porządku leży dla mnie niebezpiecznie blisko zimnej bezwzględności i jeśli ktoś nie uważa, grozi zlodowaceniem serca. Dzieci ludzi owładniętych potrzebą porządku, takich, którzy wyrzucali im bez pytania ukochane patyczki czy papierki, czasami kompensują to sobie gromadzeniem błahych drobiazgów w wieku dorosłym, hodują w swojej duszy chomika – i jestem ostatnią osobą, która by ich za to ganiła. Coś okrutnego jest w samej kategorii „niepotrzebnego”, „zbędnego”, a przede wszystkim zbyt łatwa jest pokusa wyeksportowania takiej perspektywy na drugiego człowieka.

Gdy jakiś czas temu doznałam poważnego wypadku, z pomocą przybyła do mnie siostra. Przy pewnej okazji wręczyła mi już powoli zapominany przebój lata, czyli pluszaka o złowrogim wyrazie twarzy – Labubu. Był to trochę żarcik, bo czasem, w chwili skupienia, zdarza mi się robić nieco podobną do niego minę. Ale też pojawił się w specyficznym momencie, to znaczy w szczycie natężenia wrogości wobec tego stworka. To chyba przekornie skłoniło nas, by zaprosić go do domu.

Pojawiały się legendy stylizowane na folklor amerykańskich telekaznodziejów, jakoby Labubu miały być nawiedzone przez złego ducha. Inni uważali, że jest to wyrób perfidny i podły, bo manipulujący odruchem kolekcjonerstwa, a przede wszystkim oddziałujący na niegodną człowieka nowoczesnego potrzebę konsumpcji dóbr (choć osobiście uważam, że mało który Polak urodzony w latach 80. nie będzie takiej potrzeby miał i co więcej: niechże wreszcie ma to Lego czy co innego). To sprawiło, że wcześniej obojętny mi stworek wzbudził pozytywne uczucia jako pluszak o tysiącu wrogów.

Gdy u nas zawitał, zrozumiałam, że chodzi o coś jeszcze. W chwili powstania, a może wypromowania, miał już zaprogramowany los. Choć wesoły, błahy i konsumpcyjny, stał się dla mnie symbolem czegoś innego: trwania przedmiotu krótkiego jak los muszki owocówki, pożądanego przez coraz krótszą chwilę. Do mnie trafił już w chwili powolnego sturliwania się ze szczytu. Cały poczet poprzedników przesuwa się nam przed oczami: świeżaki, słodziaki, pokemony. A przecież ktoś to wymyślił, zaprojektował, wyprodukował, ktoś narysował ręcznie szyld w swoim sklepie: w każdym takim nieważnym przedmiocie kumuluje się nie tylko jego krótki moment sławy, nie tylko mgnienie codziennej historii i dzieje „wirusów umysłu”, ale też ludzki wysiłek. 

To jest być może najbardziej poruszające w takich niby zbędnych rzeczach, że od początku jest w nich zaszyta melancholia straty i to, że tyle mignięć, było nie było, ludzkiej kultury (przedmioty, które odkopują dzisiaj archeolodzy, to być może także sumeryjskie Labubu; nigdy nie wiemy, co się po wiekach zachowa) przemija niczym opakowanie po lodach Ekipy w kałuży.

Przodkowie Labubu // Fot. Olga Drenda
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 50/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Dzieje pewnego labubu