O tym, że stosunki polsko-rosyjskie uległy ostatnio znaczącemu pogorszeniu, nikogo przekonywać nie trzeba. Równie oczywiste jest, że napięcia na linii Warszawa-Moskwa rzutują na nasze relacje z innymi państwami Unii Europejskiej, przede wszystkim z Niemcami. Nie umiemy przekonać europejskich partnerów do naszych racji w sporach z Rosją; nie przedstawiamy też optymalnej z punktu widzenia nie tylko naszych, lecz i unijnych interesów, wizji stosunków Unii z Rosją. Nasze cele są niejasne, a wizji rozwiązania problemu nie mamy.
W efekcie, czy nam się podoba, czy nie, to my wychodzimy na szukających zwady z Moskwą. Nie należą do rzadkości takie diagnozy, jak ta postawiona przez francuski tygodnik “Le Nouvel Observateur": “Nacjonalizm i rusofobia zatruwają życie polityczne w Polsce" (z 1 września). Tym bardziej zasługuje na uwagę analiza, która wyszła niedawno spod pióra Sabiny Wölkner, berlińskiej politolożki z Deutsche Gesellschaft für Auswärtige Politik. Proponuje ona następującą receptę na rozładowanie napięć Polska--Rosja: “Bruksela powinna naciskać na Moskwę, by ta ponownie wszczęła dochodzenia w sprawie Katynia. Unijne inwestycje powinny posłużyć jako zachęta dla Rosji do przeprowadzenia demokratycznych reform; powinny też być ściśle związane z ich pomyślnym wprowadzeniem w życie. W przypadku naruszenia demokratycznych zobowiązań UE powinna wykorzystać swoją pozycję głównego partnera gospodarczego Rosji w celu wywarcia presji na administrację Putina. Jeżeli uda się rozwiązać problem katyński oraz powstrzymać autorytarne tendencje w Rosji, to polskie dążenie do izolowania Rosji osłabnie, a dynamika konfliktu między Polską a Rosją zostanie zahamowana" (dziennik “die tageszeitung" z 20 sierpnia).
W kilku zdaniach autorka zawarła klarowną strategię wspólnego działania Unii wobec Rosji. Do realizowania takiej strategii powinniśmy przekonywać unijnych partnerów. Warto jednak zauważyć, że propozycja Wölkner, aby unijne inwestycje służyły jako zachęta dla Rosji do przeprowadzenia demokratycznych reform - nie zaś, jak to czynią dziś Niemcy, do umacniania autorytarnych tendencji - zakłada coś więcej niż tylko rozładowanie napięć między jednym z nowych państw UE (Polską) i największym wschodnim sąsiadem Unii (Rosją). W istocie zakłada ona możliwość ni mniej, ni więcej, tylko europeizacji Rosji.
Pytanie brzmi, co taka europeizacja Rosji miałaby oznaczać? I czy byłaby ona korzystna dla Polski?
Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że kto pyta o szanse na europeizację Rosji, ten przyjmuje do wiadomości, że Rosja krajem europejskim nie jest (inaczej wszak nie musiano by jej europeizować). Z punktu widzenia interesów europejskich (ale, jak wolno mniemać, również rosyjskich) jest jednak ważne, by podobnie jak w czasach Piotra I i później, do 1917 r., kraj ten naśladował europejski, a nie jakiś inny, konkurencyjny model modernizacji. Warto przypomnieć, że to właśnie perspektywa członkostwa w Unii napędza dziś reformy na Ukrainie: kraj ten mozolnie dostosowuje prawo gospodarcze i administracyjne do standardów unijnych, dostarczając argumentów tym krajom, które - jak Polska czy państwa skandynawskie i bałtyckie - popierają otwarcie dla Kijowa ścieżki akcesyjnej do Unii. Przede wszystkim jednak czyni dzięki temu postępy we własnej modernizacji.
Dla Ukrainy “drzwi nie są ani zamknięte, ani otwarte", jak powiedziała unijna komisarz ds. stosunków zewnętrznych Benita Ferrero-Waldner. Polski interes narodowy wymaga, by owe unijne drzwi otworzyć jak najszybciej i jak najszerzej. Warto jednak zastanowić się, czy owa nieco surrealistyczna formuła pani komisarz nie pasowałaby znacznie lepiej do Rosji - i czy w naszym interesie nie leży optowanie za taką właśnie, “prorosyjską" polityką Unii?
Korzyści są oczywiste. Po pierwsze, nic nas to nie kosztuje - bo kto miałby krytykować Warszawę za głoszenie idei, iż nie należy a priori wykluczać jakiejś, zapewne odległej, perspektywy członkostwa Rosji? Głodne rosyjskiego gazu Niemcy? Rusofilska Francja? A może sama Rosja? Warto zgłosić taką propozycję choćby po to, by zobaczyć minę Putina!
Po drugie, gdyby Rosja rzeczywiście weszła kiedyś na ścieżkę integracji z Unią, jej pokonanie zabierze jej nie mniej czasu niż Turcji; ta zaś puka do Europy od niemal pół wieku, wciąż nie będąc pewną rezultatu swych zabiegów. Dla Unii nie może być obojętne, według jakich reguł rządzone jest państwo będące jednym z jej największych sąsiadów - a proces europeizacji Turcji ma miejsce, z korzyścią zarówno dla tego kraju, jak i Europy.
Po trzecie, pozostawienie przed Rosją “drzwi nie otwartych, ale i nie zamkniętych" stwarzałoby ramy dla unijnej polityki wspierania tendencji europejskich w Rosji. Należy przez nie rozumieć demokratyzację i modernizację instytucji państwa, budowę społeczeństwa otwartego, rzeczywistą federalizację kraju i autentyczną liberalizację gospodarki. Unia potrzebuje polityki wspierającej takie tendencje.
Federacja Rosyjska jest dziś państwem zamieszkanym przez ponad sto narodów, posługujących się własnymi językami, które nierzadko przeżywają renesans, jak w Tatarstanie, i dysponują własnymi republikami autonomicznymi, cieszącymi się wciąż, choć w różnym stopniu, pewną niezależnością od Kremla. Jak zorganizować tę wielonarodową - a nie tylko wieloetniczną, jak w USA - mozaikę? Rozwiązania unijne, np. dotyczące polityki wobec mniejszości, mogą okazać się atrakcyjne dla wielu środowisk na obszarze Federacji Rosyjskiej; zwłaszcza jeśli centralizacyjne zapędy obecnej kremlowskiej administracji napotkają na opór w republikach autonomicznych, co jest prawdopodobne. Warto pamiętać, że już dziś co szósty obywatel rosyjski to muzułmanin, a islam jest w Rosji religią żywą, w przeciwieństwie do prawosławia, które nie jest w stanie odrodzić się mimo ręcznego wspomagania ze strony Kremla. Dodajmy, że muzułmanie w Rosji mają znacznie lepsze perspektywy demograficzne niż rdzenni Rosjanie.
Dziś Rosja przeżywa ekonomiczną prosperity, związaną z eksportem surowców strategicznych. Przedstawiciele Kremla i zwolennicy jego obecnej polityki nierzadko z tego tytułu wyrażają się o Unii z poczuciem wyższości. Np. Walentin Fiodorow z Instytutu Europy RAN podczas niedawnego Forum Ekonomicznego w Krynicy wieszczył Unii Europejskiej los... Kosowa; jego zdaniem wiązanie się Rosji z Europą, stojącą wobec kryzysu demograficznego, wzrostu znaczenia partykularyzmów narodowych i zastoju gospodarczego, a w dłuższej perspektywie uzależnioną od korzystania z rosyjskich surowców - nie ma sensu. Tym bardziej że integracja z Unią sprowadziłaby Rosję, będącą - zdaniem Fiodorowa - mocarstwem globalnym, do poziomu mocarstwa regionalnego.
Posłuchać miło, jak mawiają Rosjanie. Co nie zmienia faktu, że to Rosja jest dziś państwem pogrążonym w kryzysie i że to Federacja Rosyjska stoi wobec groźby rozpadu, tak jak przed 15 laty zdominowana przez Serbów Jugosławia. Niestety, Unia nie czyni dostatecznie wiele - a dokładniej: nie robi nic - by przedstawić się Rosji jako atrakcyjny wzór modernizacji, odpowiadający strukturze narodowościowej i potrzebom tego kraju.
Europeizacja Rosji nie musi bowiem wcale polegać na tym, by za uszy ciągnąć ją do Europy - gdzie nikt jej nie chce ani też ona sama na razie się nie wybiera - lecz aby dostrzegła ona w Unii wzór ustrojowy dla siebie samej.
Oczywiście, można powiedzieć, że składanie jakichkolwiek propozycji obecnej rosyjskiej ekipie rządzącej nie ma sensu. Także elity intelektualne Rosji nie wydają się zainteresowane Europą. Młodym Rosjanom łatwiej dziś wyjechać na studia do USA niż do Europy; z kolei dla muzułmanów z obszaru Federacji Rosyjskiej punktem odniesienia są kraje arabskie, Malezja, Turcja. Pozycja Europy - jako cywilizacyjnego i kulturowego punktu odniesienia - jest dziś w Rosji słaba.
W dużym stopniu wynika to z powszechnego wśród Rosjan (i uzasadnionego) przekonania, że Europa “skreśliła Rosję". Stare kraje członkowskie Unii dbają wyłącznie o swoje interesy gospodarcze - z ich punktu widzenia Putin jest właściwym człowiekiem na właściwym stanowisku. Z kolei większość nowych krajów członkowskich nie jest w stanie wyzwolić się z “kompleksu rosyjskiego", w czym, niestety, celują Polacy. Nie zdołaliśmy zauważyć, że w Rosji wyrosło już nowe pokolenie ludzi pozbawionych sowieckich odruchów i wolnych od antypolonizmu. Nie da się tego powiedzieć o nas, patrzących na Rosję i Rosjan przez pryzmat najbardziej absurdalnych stereotypów, szerzonych z uporem przez najpoważniejsze tytuły prasy codziennej i tygodniowej.
Jak łatwo jest być dziś w Polsce ukrainofilem! A jeszcze 15 lat temu było to niemożliwe. Teraz świadectwem naszej dojrzałości powinno być przewartościowanie również naszego stosunku do Rosji. Zacząć można od rzeczy najprostszych, np. od uświadomienia sobie, że stereotyp “ruskiego", który niezależnie od wieku i wykształcenia tylko dyszy rządzą rewizji historii i odbudowy imperium jest tak samo fałszywy jak wizja Ukraińca, czającego się z nożem w zębach za węgłem każdej polskiej chaty.
Przykra prawda jest taka, że podczas gdy antypolonizm jest w Rosji zjawiskiem inspirowanym przez władze (z miernymi zresztą rezultatami), to w Polsce rusofobia - czyli obawa przed “ruskimi", połączona z przekonaniem o ich względem nas obcości i niższości cywilizacyjnej - jest zjawiskiem powszechnym. Wyraża się w tym nasza zniewolona mentalność dawnych poddanych imperium, które realnie istnieje już tylko w jednym miejscu: w naszych głowach.
Aleksander Kaczorowski jest slawistą, zastępcą redaktora naczelnego tygodnika “Forum". Artykuł powstał dzięki pomocy European Cultural Foundation w Amsterdamie (www.eurocult.org).
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















