Wobec Libanu

Hezbollahowi udało się to, co kiedyś nie powiodło się Saddamowi Husajnowi. Kiedy podczas wojny w Zatoce Perskiej w 1991 r. kazał on odpalić na Izrael 39 rakiet średniego zasięgu "Scud, liczył nie tylko na to, że rakiety wyrządzą szkody, ale również na efekt polityczny: że w odpowiedzi Izrael uderzy w Irak, siejąc niezgodę w szeregach zachodnio-arabskiej koalicji, zawiązanej pod przywództwem USA po irackiej agresji na Kuwejt. "Scudy spadały, Izrael siedział w schronach, ale nie włączył się do wojny.
Czyta się kilka minut

Hezbollah osiągnął więcej niż saddamowska armia. Wystrzeliwane masowo rakiety krótkiego zasięgu zabiły w ciągu kilkunastu dni ponad pięćdziesięciu Izraelczyków i przeorały politycznie Bliski Wschód. Owszem: fakt, że Izrael został zaatakowany, wzbudził sympatię wśród polityków i intelektualistów europejskich, na jaką państwo żydowskie, prowadzące twardą politykę wobec "kwestii palestyńskiej", nie mogło liczyć od lat. Ale sympatia już się ulatnia, w tempie proporcjonalnym do rosnących strat wśród libańskich cywilów - kilkuset zabitych, z czego jedna trzecia to dzieci (tylko w minioną niedzielę kolejnych 50, w tym 20 dzieci). Coraz więcej polityków i zwykłych obywateli Europy będzie zadawać sobie pytanie, czy izraelska odpowiedź jest adekwatna, czy tak zmasowane i nieprecyzyjne naloty są działaniem nie tylko etycznie dopuszczalnym, ale politycznie mądrym.

Coraz mniejsza będzie też - i tak niewielka - gotowość do posłania na południe Libanu wojsk międzynarodowych (zob. tekst na stronie 7). Liban to nie Irak ani Kosowo. To raczej, jak ktoś już zauważył, coś w rodzaju Bośni do kwadratu: teren politycznie i etnicznie zagmatwany, gdzie krzyżują się liczne zależności i interesy krajów prowadzących swoje "wojny zastępcze". Obecność "błękitnych hełmów" (są wśród nich Polacy) na libańskim południu ma podobny sens, jaki miała w Bośni: i tu, i tam żołnierze ONZ niczemu nie zapobiegli. Z kolei posłanie do Libanu żołnierzy NATO w roli sił rozjemczych miałoby sens, gdyby wcześniej Izrael pokonał Hezbollah albo przynajmniej gdyby przeciwko "Partii Boga" wystąpiła aktywnie armia libańska (jedno i drugie jest mało realne). W przeciwnym razie trzeba byłoby wystąpić po jednej ze stron, czego raczej nikt w Europie i w USA nie chce.

Wojna na południu Libanu to kolejny argument na potwierdzenie tezy tych, którzy twierdzą, że pokój na Bliskim Wschodzie jest wartością tyleż pożądaną, co nierealną. I że jeśli coś jest osiągalne, to najwyżej spokój - chwilowy.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 32/2006