Strefa bezludna. Co się dzieje na południu Libanu

Izraelskie buldożery niszczą wsie szyickie i chrześcijańskie, bez różnicy. Używają fosforu, by uniemożliwić uprawę ziemi, gdyby ludzie chcieli wracać. Ale wielu Libańczyków nienawidzi zarówno Izraela, jak Hezbollahu.
z południa Libanu, Bejrutu i Trypolisu
Czyta się kilka minut
Koczowisko uchodźców z południa Libanu na parkingu między ekskluzywną mariną a nowoczesnym targowiskiem. Bejrut, maj 2026 r. // Fot. Jan Pocheć
Koczowisko uchodźców z południa Libanu na parkingu między ekskluzywną mariną a nowoczesnym targowiskiem. Bejrut, maj 2026 r. // Fot. Jan Pocheć

Aby sprawdzić, czy rozejm w południowym Libanie jest w ogóle przestrzegany, jadę na południe od rzeki Litani. To tam operują Hezbollah oraz armia izraelska, to tam obecne są „błękitne hełmy” ONZ, w tym żołnierze z polskiego kontyngentu misji pokojowej. 

W kwietniu Izraelczycy zniszczyli ostatni funkcjonujący most, którym można było dostać się m.in. do Tyru – największego miasta pogranicza izraelsko-libańskiego. Przejeżdżam więc przez tymczasową przeprawę, przed którą znajduje się ostatni punkt kontrolny libańskiej armii. 

Dalej krajobraz zmienia się radykalnie. Wszędzie widać zniszczone budynki. Co rusz powiewają flagi Partii Boga (to oznacza po arabsku nazwa organizacji) i wspierającego ją irańskiego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Widać też wizerunki ideologa Hezbollahu, zmarłego w 2010 r. ajatollaha Fadlallaha. W sklepach napotykam także portrety ajatollaha Chameneiego, zabitego 28 lutego w ataku izraelsko-amerykańskim.

Można odnieść wrażenie, że szyicka ludność naprawdę uważa Hezbollah za swojego reprezentanta i go wspiera – również w jego konflikcie z Izraelem.

Formalnie od 17 kwietnia obowiązuje zawieszenie broni, narzucone Izraelowi przez Donalda Trumpa. Ale choć prezydent USA chwali się, że to kolejna wojna, którą zakończył, niewiele ma to wspólnego z rzeczywistością. 

Hezbollah w Libanie

Dla tutejszych libańskich szyitów Hezbollah to nie tylko ramię zbrojne, ich armia. To także szpitale, szkoły i poczucie podmiotowości, którego tak bardzo potrzebowała ta „porzucona” szyicka społeczność. Byli oni historycznie marginalizowani – stąd ziarno, zasiane w 1979 r. przez rewolucję islamską w Iranie, trafiło tu na wyjątkowo podatny grunt.

Jednak nie tylko działania Izraela – także postępowanie Partii Boga wymyka się ramom określonym przez konwencje. Pokazuje to przykład karetek opatrzonych nazwą Islamskiej Organizacji Zdrowia. Instytucja ta zarządza rozległą siecią przychodni, szpitali, gabinetów stomatologicznych. Oraz licznymi ambulansami, które operują głównie w południowych dzielnicach Bejrutu, na południu kraju i w dolinie Bekaa. 

Izraelskie wojsko twierdzi, że pojazdami tymi przemieszczają się nie tylko medycy, ale też bojownicy Hezbollahu, którzy często mają transportować nimi uzbrojenie. 

Będąc w Tyrze, zauważyłem wiele takich ambulansów. O ile w części z nich faktycznie znajdowali się ratownicy w standardowych strojach medycznych i odblaskowych kamizelkach, o tyle w innych na miejscach pasażerów siedzieli zamaskowani mężczyźni. Byli ubrani w mundury przypominające te, których używa Hezbollah.

Izraelskie naloty i fosfor

Nad Tyrem stale krążą izraelski dron obserwacyjny i myśliwce. W ciągu zaledwie kilku godzin byłem świadkiem szeregu eksplozji. Równocześnie wokół miasta toczą się walki bojowników Hezbollahu z izraelską armią. Rykoszetem obrywają cywile z okolicznych wiosek – i szyici popierający Hezbollah, i chrześcijanie. 

Ostatnio świat obiegło zdjęcie izraelskich żołnierzy, z których jeden niszczył krzyż, a inny profanował figurę Maryi. To mogło sugerować, że armia izraelska atakuje te wsie dlatego, że są chrześcijańskie. W istocie, w społeczeństwie Izraela narasta wprawdzie niechęć, czasem nienawiść do chrześcijan – czego przejawem był m.in. atak na zakonnicę w Jerozolimie czy wspomniane profanacje. 

To skutek radykalizacji religijnej i rosnącej obecności ortodoksyjnych Żydów w polityce i armii. Jednak wydaje się, że gdy Izrael niszczy dziś chrześcijańskie wsie na południu Libanu, to jego działanie nie jest wymierzone w chrześcijan jako takich – to pochodna strategii, która polega na pozbyciu się z tej ziemi jakichkolwiek ludzi w celu utworzenia bezludnej „strefy buforowej”.

Na czym ma polegać ta strefa? Ma to być niezamieszkany i nieuprawiany pas ziemi, który, według izraelskiej wykładni, odsunie zagrożenie ze strony Hezbollahu od izraelskiej granicy. W tym celu Izraelczycy równają z ziemią całe wioski położone nawet 10 km w głąb Libanu. 

Schemat jest prosty: buldożery niszczą budynki, a ziemię spryskuje się fosforem, by uniemożliwić jej uprawę, gdyby ktoś chciał jednak wrócić. W ten sposób trwałe wyludnienie południowego Libanu staje się faktem dokonanym.

Uchodźcy w Bejrucie

Izraelska inwazja sprawiła, że przez Bejrut, libańską stolicę, przewinęło się już ponad milion uchodźców z południa – w niespełna sześciomilionowym kraju. Dla części Bejrut to tylko przystanek. Dla innych miejsce do życia na najbliższe miesiące. Na nadmorskich parkingach wciąż koczuje kilkuset mieszkańców z wiosek na południe od Litani.

Uciekinierzy rozbili namioty na parkingu między ekskluzywną mariną a nowoczesnym sukiem, arabskim targiem. Dziś jednak to miejsce nie przypomina tradycyjnych straganów na suku – to galeria pełna sklepów światowych marek i drogich restauracji. Takie zderzenie luksusu i wojennej tragedii szokuje.

Zderzenie ma też inny wymiar: wielu Libańczyków z centrum i północy kraju darzy uchodźców z południa ogromną nieufnością. A to ze strachu, że sprowadzą ze sobą izraelskie bomby – co w przypadku ostatnich ataków na Bejrut się sprawdzało. Wystarczy, że dron namierzy domniemany skład broni czy kwaterę jakiegoś dowódcy Hezbollahu, a bomba może zniszczyć cały blok.

Inaczej niż szyici z południa, ludzie z centrum i północy Libanu nie mają sympatii dla Partii Boga. Sądząc z rozmów, są nie tylko przeciw Hezbollahowi, ale uważają go za coś gorszego od Izraela. Co rzecz jasna nie znaczy, że pałają do Izraela sympatią.

Liban na granicy rozpadu

Sytuacja, gdy jeden na pięciu Libańczyków to wygnaniec wojenny, zagraża więc stabilności państwa. Opowiada mi o tym prof. Karim Émile Bitar – Libańczyk i wykładowca w paryskiej uczelni politologicznej Sciences Po, specjalizujący się w Bliskim Wschodzie.

– Przybycie tak wielu uchodźców do Bejrutu stwarza ryzyko rozłamu w państwie, gdyż nasze społeczeństwo jest spolaryzowane – tłumaczy prof. Bitar. Wojna domowa, która miała miejsce w Libanie w latach 1975-90, nadal jest obecna w świadomości. 

– Większość uchodźców to szyici, którzy popierają Hezbollah, a znajdują schronienie w miastach chrześcijańskich bądź sunnickich. Prędzej czy później ich obecność wywoła napięcie, zwłaszcza że Liban już przed obecną wojną doświadczał kryzysu ekonomicznego – mówi politolog.

Dla przykładu: cena napełnienia baku skutera, popularnego środka transportu, wzrosła z 4 do 7 dolarów. Bitar: – Rząd ma ograniczone możliwości pomocy uciekinierom, w tym zapewnienia im bezpieczeństwa. To może prowadzić do powstania bojówek, które miałyby służyć samoobronie.

– Być może mieszkańcy południa nigdy nie będą mogli wrócić do domów – dodaje politolog – skoro Izrael stosuje metodę systematycznego niszczenia ziemi np. przez rozpylanie fosforu. A niektórzy izraelscy ministrowie mówią o przekształceniu tego, co nazywali dotąd strefą bezpieczeństwa, w strefę okupacyjną. Bądź nawet o aneksji. 

Trypolis nie chce powtórki

W tym czasie życie na północy Libanu toczy się innym rytmem. Podczas gdy nawet przedmieścia Bejrutu są regularnie atakowane przez Izrael, Trypolis – największe miasto północy kraju – jest bezpieczne. O specyfice tego miejsca rozmawiam z architektem Wassimem El Naghim, który stąd pochodzi.

– Ta wojna przyszła do nas z zewnątrz – El Naghi przywołuje wybuch wojny domowej, która w 1975 r. zakończyła tzw. złoty wiek Libanu. – Miałem wtedy siedem lat. Pamiętam jak dziś, gdy musieliśmy chować się w łazience i jako najstarszy brat czułem się odpowiedzialny za rodzeństwo.

To traumatyczne doświadczenie jest udziałem całego pokolenia. El Naghi tłumaczy, że wojna domowa na zawsze zmieniła strukturę społeczną Trypolisu. Opuścili go chrześcijanie, dotąd stanowiący istotną część elity (prowadzili hotele, restauracje, kina). Powstała atmosfera nieufności, jakiej kraj wcześniej nie znał. Muzułmanie i chrześcijanie, żyjący w zgodzie od setek lat, zwrócili się przeciw sobie. Chodzenie do kościoła mogło sprowadzić zagrożenie. 

Od 2012 roku, czym mieszkańcy się szczycą, Trypolis skutecznie omija kolejne konflikty. Udaje mu się nie zostać wciągniętym ani w obecną wojnę z Izraelem, ani w wewnętrzne potyczki, zbrojne czy polityczne. Ma to jednak cenę: tutejsza społeczność mocno się zamknęła i jest nieufna wobec przybyszów.

Słabe państwo, ginące miasto

Wraz z załamaniem się państwa podczas wojny domowej zaczął się proces degradacji przestrzeni publicznych. Ze względu na swoją profesję El Naghi zwraca uwagę na ginącą architekturę. Wylicza, że w Trypolisie jest 2 tys. zabytkowych budynków. Dla porównania: w Bejrucie kiedyś było ich 5 tys., z czego do dziś ostało się mniej niż trzysta.

Państwo zawodzi na polu ich ochrony, a rynek nieruchomości jest bezlitosny. Zdarzało się, że historyczne budynki „same” się zawalały. W rzeczywistości, wykorzystując chaos kolejnych kryzysów i rewolucji, deweloperzy uszkadzali je, aby wymusić rozbiórkę.

Architekt zwraca uwagę na jeszcze jeden powód architektonicznej katastrofy: prawo, które w 1992 r. zamroziło stawki czynszowe. Właścicielom budynków przestało się opłacać ich utrzymanie, gdy przychody z najmu nie pokrywały ułamka kosztów renowacji. Bardziej zyskowne stało się doprowadzenie ich do ruiny, by sprzedać grunt pod apartamentowiec.

Los zabytków może wydać się abstrakcyjny, gdy ktoś staje się wiecznym wygnańcem – jak ci szyici i chrześcijanie, którzy uciekli zza rzeki Litani. Jednak i taki „puzzel” pokazuje, czym kończy się słabość struktur państwa.

Byle nie wojna domowa

Mimo wszystko moi rozmówcy, pytani o przyszłość, mają nadzieję. Mają poczucie, że przetrwali tak wiele, a przecież Libańczycy są najlepsi na świecie w adaptacji do kryzysów.

Byleby tylko, mówi profesor Bitar, nie doszło do ponownej destabilizacji kraju. Byleby tylko, wtóruje mu Wassim El Naghi, nie wybuchła na nowo wojna domowa.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 22/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Strefa bezludna