Witaj smutku

Niewiele łączy teatr Marthalera i Percevala, niewiele łączy dwa świetne spektakle tych reżyserów pokazane na Baz@rcie. Poza jednym. Namiętności zostały w nich wychłodzone.

27.11.2005

Czyta się kilka minut

 /
/

U Marthalera, stłumione, zamieniły się w trwanie. U Percevala zamarzły w swym pędzie i tną się wzajemnie jak ostre tafle lodu. A widowisko w obu przypadkach nabiera bolesnej precyzji.

Podróż, czyli ucieczka

Christoph Marthaler po wrocławskim pokazie “Ostrzeżenia przed przyszłością" pozbawił widzów jakichkolwiek oczekiwań. Przedstawienie przywiezione z wiedeńskiego Steinhofu pozostaje bytem osobnym, poza możliwością porównywania z innymi. Do Krakowa przyjechał spektakl zrobiony dziesięć lat temu w Zurychu, a więc dosyć wczesny. I choć wzięta za punkt wyjścia do “Podróży Liny Bögli" historia nie ma w sobie na pozór niczego drastycznego, spektakl okazał się nie mniej przykry od historii nazistowskich eksperymentów prowadzonych w szpitalu psychiatrycznym. Ale zaczął się zupełnie niewinnie.

Szwajcarka Lina Bögli jest postacią historyczną. Nie mając środków ku temu, podjęła odważny zamiar i wyprawiła się w podróż dookoła świata, którą zaplanowała na 10 lat. Wyruszyła w 1892 roku. I podróż odbyła, zatrzymując się na wiele miesięcy w rozmaitych miejscach, gdzie pracowała jako guwernantka.

Spektakl w Krakowie grany był w wielkiej pustej hali. Na scenie niewiele sprzętów. Głównie instrumenty: fortepian, pianino i fisharmonia, sporo krzeseł poustawianych do góry nogami, kilka foteli, biurko Liny Bögli i sterta szuflad, których zawartość trzeba stale przekładać do walizek. Przy wejściu na widownię gabloty z wyeksponowanymi książkami Bögli (napisała dwie o swoich podróżach i pozostawiła sześć tysięcy stron zapisków) oraz jakieś akcesoria z epoki. Łatwo dajemy się zwieść, że spektakl będzie miał charakter historycznej rekonstrukcji.

Na scenie, oprócz aktorki grającej tytułową postać, czworo mężczyzn. Jeden z nich szybko zajmie pozycję przy osobnym stoliczku spikera radiowego i będzie odczytywał beznamiętnym głosem fragmenty audycji biograficznej o Bögli. Drugi to muzyk, zmieniający co chwila instrument, na którym akompaniuje trzeciemu mężczyźnie śpiewającemu pieśni i piosenki. Zresztą śpiewają, jak zwykle u Marthalera nadzwyczajnie, wszyscy aktorzy. Czwarty wciela się w rozmaite osoby, które Lina spotykała w podróży. Lina paraduje po scenie cały czas w jednym stroju podróżniczym. Nawet do snu nie zdejmuje z głowy kapelusika, przełożonej przez ramię torebki. Jej do końca zorganizowana zewnętrzność znakomicie oddaje to, co dzieje się wewnątrz. Nie można pozwolić sobie na żadną nieformalność. Kapelusz na głowie nawet w nocy. Nieokazywanie gwałtownych uczuć i emocji, nigdy.

Całe przedstawienie podporządkowane jest muzycznemu rytmowi. Mężczyźni przyjmują kolejno różne role. Czasami zachowują się jak chłopcy - uczniowie, których Lina kształciła. Kiedy indziej jak ich ojcowie, wychwalający zasługi niezwykłej guwernantki. Czasami też ich głosy przeradzają się w odgłosy tropikalnego lasu pełnego śpiewających ptaków. W tych chwilach obcość Liny w świecie jej podróży jeszcze bardziej się nasila. Zapięty na ostatni guzik ciemny i raczej zimowy strój oddala bohaterkę od miejsc, w których przebywa.

Powoli przedstawienie odsłania swoją tajemnicę. Przecież nie jest głównym celem Marthalera opowieść o ekscentrycznej podróżniczce. To tylko pretekst; niewinna na pozór historia stopniowo zaciska się pętlą beznadziejności na gardłach widzów. Tajemnica Liny - jej romans z polskim oficerem - nie zostanie wyjaśniona ani nawet ujawniona. Za każdym razem, kiedy spiker radiowy podejmuje ten temat, Lina podbiega do radia i pospiesznie je wyłącza. Dziesięcioletnia podróż okazuje się powolną ucieczką przed sobą samą. I zarazem podążaniem do sedna niespełnienia. Lina w końcu wyrazi swój chłodny i pełen rozpaczy pogląd na życie, kiedy mówi, że lepiej się stało, iż nigdy nie żyła z ukochanym oficerem. Bo przecież, będąc osobno, byli bardziej pożyteczni i mogli więcej zrobić dla świata, niż gdyby żyli razem i dla siebie.

Przedstawienie Marthalera ma w sobie jakiś dziwny lodowaty sentymentalizm. Jego konsekwencją jest powściągane, chłodne, ale bardzo głębokie wzruszenie, wpisane w rytm spektaklu, którym przejmuje kontrolę nad tempem oddechu widowni i spowolnionym biciem serca.

Potłuczone szkło

Spektakle Luka Percevala zaskakują za każdym razem odmiennym charakterem pisma. Właściwie można by pomyśleć, że każdy z nich robi inny reżyser. Podobnie jak w przypadku Marthalera, pokaz “Andromachy" nastąpił także po niedługiej przerwie od wspaniałego przedstawienia “Wujaszka Wani" na festiwalu Dialog Wrocław. Wszystkie prace Percevala coś jednak łączy - to poszukiwanie jednego wyrazistego środka teatralnego, który organizuje całe przedstawienie.

“Andromacha" według tekstu Racine’a trwa zaledwie pięćdziesiąt minut. Krótka, precyzyjna i ostra jak skalpel. Cała zamknięta w jednym rozwiązaniu inscenizacyjnym. Pięć postaci reżyser umieścił na około dwumetrowym podwyższeniu. Ułożone na sobie drewniane płyty z metalowymi krawędziami tworzą rodzaj wyspy, ołtarza, grobu. Mogą nawet przywodzić na myśl skojarzenia z Olimpem, miejscem niedosiężnym i zamkniętym dla zwykłych śmiertelników.

Podwyższenie ma zaledwie około pół metra szerokości, poruszający się na nim aktorzy muszą stale uważać, żeby nie spaść. W rezultacie ich sposób gry staje się reliefowy i przywodzi na myśl antyczne płaskorzeźby. Wokoło setki szklanych butelek. Zwykłych, zielonych, takich, w jakie rozlewa się wino. Upadek z podestu groziłby nadzianiem się na ostre kikuty potłuczonego szkła. To wzmaga napięcie widzów, dyscyplinuje aktorów i genialnie określa całą sytuację. Podwyższenie zaczyna funkcjonować jak równoważnia, na której każdy ruch może skończyć się śmiertelnym upadkiem.

Spektakl rozpoczyna Hermiona, która ryzykownie zwieszając się z podwyższenia chwyta jedną po drugiej szklane butelki i rozbija je. Zaraz potem zaczyna szamotaninę z Pyrrusem. W ich relacji namiętność i przemoc pozostają w dynamicznej równowadze. W opozycji do rozpalonej Hermiony pozostaje Andromacha. Ubrana w odmienny kostium - długą beżową tunikę - przez cały spektakl pozostaje nieruchoma, trzymając ręce za sobą, jak gdyby miała je związane. Jest przecież wojenną branką.

Pozostałe postacie noszą szare drapowane suknie. Mężczyźni są półnadzy. Wszyscy aktorzy, oprócz Hermiony, mają mikroporty, pozwalające mówić bez żadnego wysiłku, teatralnego naprężenia, każde słowo, szept, westchnienie pozostają doskonale słyszalne, nawet w pewnym sensie obsesyjne. Pyrrus zajmuje centralną pozycję, między Hermioną i Andromachą, po bokach dwaj mężczyźni zdają się trzymać równowagę dryfującej w powietrzu sceny.

Nie wiadomo, jak długo tkwią już w tej piekielnej, ograniczonej przestrzeni. Rozbicie butelek na początku spektaklu jest drastycznym wezwaniem do wznowienia akcji i działania. Trzeba podjąć decyzje, wyjaśnić sytuację, skazać na śmierć lub ocalić dziecko, wybrać kobietę.

Heroiczna sytuacja, nieomal posągowa, nabiera szybkiego tempa. W rękach Pyrrusa pojawiają się dwie utłuczone butelki, których ostre krawędzie mogą zabić. Cały spektakl staje się krótką, ostrą kulminacją. Namiętność staje się przemocą, przemoc namiętnością. W heroicznym, nieludzkim wymiarze, w pułapce zamknięcia w najmniejszej przestrzeni, w której szept staje się krzykiem, a najdrobniejszy nawet ruch może wywołać nieprzewidywalną w skutkach lawinę.

***

Występy niemieckojęzycznego teatru budzą zawsze podwójną nierozwiązywalną tęsknotę. Chciałoby się, żeby polski teatr nabrał takiej niezawodnej precyzji gry, która pozwoliłaby ustabilizować spektakl i uniezależnić go od kruchych stanów emocjonalnych aktorów. Ale przecież coś za coś, stracilibyśmy wtedy możliwość zagłębiania się w emocjonalne otchłanie, które otwierają przedstawienia Lupy czy Warlikowskiego. I na co się zdecydować?

“Podróż Liny Bögli", reż.: Christoph Marthaler, Schauspielhaus Zurych; “Andromacha" według Jeana Racine’a, reż.: Luk Perceval, Schaubühne Berlin; prezentacje 5 i 6 listopada podczas festiwalu Baz@rt w Krakowie.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
89,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 48/2005