Jak zapisał się w mojej pamięci Wielki Post? Odpowiednio do wieku. W dzieciństwie niejedzenie cukierków (nigdy nie jadłem ich zbyt dużo), dobre uczynki liczone mniej skrupulatnie niż przed Bożym Narodzeniem i ogólnie bycie lepszym, co raczej nigdy na dłuższą metę się nie udawało.
Plus słuchanie opisu męki i śmierci Jezusa na krzyżu, czytanego przez naszą mamę chyba z jakiejś książki (nie z Ewangelii), i mój płacz niedający się powstrzymać z powodu tej historii, przekazywanej chyba bez zakończenia o zmartwychwstaniu. Był pewnie Wielki Piątek, a w piątek panuje śmierć i nikomu zmartwychwstanie się nie śni. Dopiero z upływem czasu wszystko się uspokoiło. Chrystus zmartwychwstał, opis męki nadal był przejmujący, ale już wiedziałem, że dobrze się skończy.
I jeszcze jakieś zamglone wspomnienie o umartwieniach, pokutach wymyślnych, lecz nietrwałych. Nie będę opowiadał wszystkich eksperymentów w tej dziedzinie. Powiem tyle, że towarzyszyła jej niestałość. Czerpałem przykłady z pobożnych książek i z przykładu ludzi, których uważałem za świątobliwych.
Kiedy Wielki Post przybrał dla mnie całkiem inną postać
Najdłużej udawało się wytrwać przy poście: głodziłem się we wszystkie dni z wyjątkiem niedziel. Nie sądzę, bym przez te umartwienia stał się lepszy, czytaj: świętszy. A jako ksiądz w Wielki Post pracowałem bardzo dużo: nie pamiętam, żebym specjalną uwagę przywiązywał wtedy do pokutnych praktyk, czy w ogóle do umartwienia.
Aż nadeszła starość. Ona przychodzi w różny sposób, ale do mnie przyszła dość niespodziewanie, jednej nocy. Położyłem się normalnie, rano wstałem starcem, o czym wtedy nawet nie wiedziałem. Różne mądrości zaczęły przychodzić mi do głowy, inne odsunęły się z planu pierwszego na znacznie dalsze. Śmierć pojawiła się wyraźnie jako realna rzeczywistość, a Wielki Post przybrał całkiem inną postać.
Bo starość ma to do siebie, w każdym razie u mnie, że na rychłą śmierć czeka się spokojnie, choć różne sprawy trzeba na nowo – skoro jest taki czas – zdefiniować. Choćby istnienie po śmierci, istnienie poza ciałem należy do kwestii, które na tym etapie, chcąc nie chcąc, trzeba na nowo przereflektować. Wiele nie wymyślimy w tej materii, a jednocześnie sporo o tym (w Kościele, choć nie tylko) się mówi.
Zaczyna się myśleć (lepiej późno niż wcale) o czymś, co w nas jest czymś innym niż funkcją cielesną, istnieniem poza fizycznym byciem „duszą i ciałem”. A w tym po prostu lepiej zrezygnować z imaginacji i powiedzieć sobie: zobaczymy. Tylko że rezygnacja z imaginacji nie jest taka prosta, lubimy wiedzieć, co nas czeka, i to jeszcze w wymiarze wieczności.
Wielki Post rozciąga się poza czterdzieści dni
Wróćmy jednak do naszego śmiertelnego wymiaru. Doświadczamy (z czasem) ograniczoności naszych fizycznych możliwości, kruszy się intelekt, pamięć jedne rzeczy zachowuje, inne traci. Te dotyczące etapu post mortem stają się pilne, ważniejsze od tych, które tu nas pochłaniały. Wielki Post, praktykowany przez Pana Jezusa (na pustyni), rozciąga się poza czterdzieści dni.
Tak naprawdę ostatni odcinek drogi życiowej może być Wielkim Postem. Może, ale nie musi. Niektórym jest kompletnie niepotrzebny. Są gotowi na życie wieczne.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















