Węgry: o wolności słowa

Pokusa, aby rządzący mogli wpływać nie tylko na media publiczne, ale też prywatne, pojawiała się w minionym dwudziestoleciu w różnych krajach Europy Środkowej.
Czyta się kilka minut

O to, bo nie tylko o pieniądze, chodziło w aferze Rywina: sejmowe przesłuchania ludzi z domniemanej "grupy trzymającej władzę" ujawniły scenariusze "uporządkowania" (tj. kontroli) mediów. Mało kto pamięta za to projekty ustaw ograniczających wolność słowa, które wcześniej, za pierwszej koalicji postkomunistów z ludowcami (1993-97), wymyślali politycy SLD i PSL. Rzecz ciekawa: autorzy tamtych projektów argumentowali podobnie, jak dziś argumentują obrońcy Viktora Orbana. Dysponujący silną pozycją polityczną, kontrolujący instytucje państwa i mający wielki kapitał społecznego zaufania (po rządach socjalistów, nieudolnych i skorumpowanych) - premier Węgier przeforsował projekt ustawy medialnej groźnej dla wolności słowa. Stwarza ona bowiem narzędzie - w postaci rady ds. mediów, mającej duże uprawnienia (nakładanie wielkich kar finansowych) i obsadzonej ludźmi związanymi z rządzącą partią Fidesz - które nie musi, ale może zostać użyte do niszczenia mediów krytykujących władze.

Byłoby naiwnością sądzić, że jeśli stwarza się takie narzędzie, zostanie ono użyte tylko do np. zwalczania antysemityzmu w mediach, wszechobecności pornografii czy nadużyć (jakkolwiek by ich nie interpretować). Tymczasem takie argumenty podnoszą obrońcy ustawy Orbana. Przypomnijmy: także autorzy polskich "kagańcowych" projektów z lat 1993-97 twierdzili, że chodzi tylko o "cywilizowanie" mediów i ochronę przed "nadużyciami". Szczęśliwie ich pomysły pozostały na papierze - i to chyba nawet nie dzięki oporowi samych mediów (one się dopiero rozwijały). Raczej zdecydowała świeża jeszcze pamięć o komunizmie, cenzurze itd. - i rządzący musieli się samoograniczać. 20 lat później Orban, przed 1989 r. działacz antykomunistycznej opozycji, odtwarza mechanizmy, z którymi kiedyś walczył. A szczególnego posmaku nadaje temu fakt, że 1 stycznia Węgry obejmują na pół roku przewodnictwo w Unii Europejskiej. Odwiedzając w tej roli Mińsk i spierając się z Łukaszenką, Orban może mieć kłopot z wiarygodnością.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 01/2011