W oparach propagandy

Media z Rosji opisywały protest na Majdanie jako spisek gejów, a reżim ukraiński instruował milicję, że to spisek żydowski. Zarazem oba reżimy informowały świat, że protestują naziści. Na Zachodzie prawie nikt długo nie dostrzegał tej sprzeczności.

03.03.2014

Czyta się kilka minut

Kijów, miejsce pamięci poległych, 23 lutego 2014 r. / Fot. Marko Drobnjakovic / EAST NEWS
Kijów, miejsce pamięci poległych, 23 lutego 2014 r. / Fot. Marko Drobnjakovic / EAST NEWS

Ten tekst pochodzi z „The New York Review of Books”. Ukazał się 1 marca 2014 r.

Od Moskwy po Londyn i Nowy Jork ukraińską rewolucję postrzega się przez opary propagandy. Rosyjscy przywódcy i media twierdzą, że na Ukrainie protestowali prawicowi ekstremiści, a ich zwycięstwo było zamachem stanu. Sam Janukowycz mówi, że został usunięty przez „prawicowych zbirów”. Jego słowa jak echo powtarzali uzbrojeni mężczyźni, którzy przejmowali kontrolę nad lotniskami i budynkami rządowymi Autonomicznej Republiki Krymu.

Co ciekawe, komunikat wysłany przez autorytarny reżim Moskwy i przez Janukowycza tylko nieznacznie różnił się od języka niektórych publikacji w świecie anglojęzycznym – zwłaszcza środowisk skrajnych. Narracja powtarzana od „Executive Intelligence Review” [amerykański tygodnik, znany z teorii spiskowych, oskarżany o antysemityzm – red.], poprzez „The Nation” i „The Guardian”, aż po newsletter Rona Paula [amerykański kongresmen, jeden z patronów Tea Party – red.] brzmiała zasadniczo tak samo: garść faktów o historii protestów i nacisk na koncepcję o nacjonalistycznym, faszystowskim bądź nawet nazistowskim zamachu stanu.

***

Na Ukrainie mieliśmy do czynienia z typową rewolucją, u której źródeł tkwił reakcyjny reżim. Janukowycz próbował zgromadzić w swych rękach pełnię władzy politycznej i finansowej. Objął rządy w wyniku demokratycznych wyborów, lecz potem zabrał się do majstrowania przy systemie politycznym. Był pospolitym przestępcą – za młodu skazany za rozbój i rabunek. Udało mu się jednak znaleźć sędziego gotowego sprawić, że akta jego starej sprawy się zawieruszyły. Wkrótce potem sędzia ów został przewodniczącym Sądu Najwyższego. Gdy następnie Janukowycz zażądał większych uprawnień dla piastowanego przez siebie urzędu prezydenta, władza sądownicza nie protestowała, że to sprzeczne z konstytucją. Będąc już u władzy, pozostał złodziejem, lecz już na wielką, być może niedościgłą skalę.

Państwo stało się oligarchią. Znaczna część bogactw Ukrainy znalazła się w rękach osób, które mogłyby zmieścić się w jednej windzie. Ale Janukowycz chciał być nie tylko prezydentem, lecz i naczelnym oligarchą. Jego syn, z zawodu dentysta, raptem stał się jednym z najbogatszych ludzi Europy. Dziesiątki miliardów dolarów zniknęły z budżetu państwa. Janukowycz zbudował sobie szereg ekstrawaganckich domów, może najpaskudniejszych w historii architektury.

***

Trudno jest jednocześnie sprawować pełnię władzy i trzymać w ręku wszystkie pieniądze. Władza pochodzi od państwa – a ono musi mieć budżet. Jeśli, okradając naród, przywódca doprowadza do bankructwa kraju, jego władza ulega zmniejszeniu. To problem, któremu Janukowycz musiał stawić czoło w ubiegłym roku. W taki to zaskakujący sposób odkrył swój słaby punkt. Potrzebny był mu ktoś, kto szybko spłaciłby zaległe raty długu Ukrainy, gdyż w przeciwnym razie jego reżim mógłby upaść wraz z państwem.

Miał do wyboru dwie możliwości. Pierwszą było rozpoczęcie współpracy handlowej z Unią Europejską. Umowa stowarzyszeniowa ze Wspólnotą bez wątpienia rozsupłałaby worek z pożyczkami. Oznaczała jednak dla niego też ryzyko: na Ukrainie musiałyby zostać wprowadzone rządy prawa. Alternatywą było przyjęcie pieniędzy od innego reżimu autorytarnego: Rosji.

W grudniu 2013 r. jego przywódca, Władimir Putin, zaproponował Janukowyczowi układ. Był gotów sięgnąć do rezerwy w twardych walutach (zgromadzonej przez Rosję dzięki sprzedaży paliw) i zaoferować pożyczkę 15 mld dolarów oraz obniżenie ceny gazu z Rosji. Było jednak kilka drobiazgów, które Putina absorbowały.

Pierwszym był spisek gejowski. Choć temat zdominował w 2013 r. rosyjską propagandę, na Ukrainie był nieobecny. Może jednak Kijów zechciałby się przyłączyć? W rzeczy samej, tak się stało: premier Ukrainy począł wyjaśniać, że jego naród nie może angażować się w ściślejszą współpracę z Europą, bo tym, na czym Unii zależy najbardziej, są małżeństwa osób tej samej płci.

Drugim konikiem Putina był twór pod nazwą Eurazja. To proponowany przez niego konkurent Unii Europejskiej: klub dyktatur, mający obejmować Rosję, Białoruś i Kazachstan. I znowu: czy Ukraina chciałaby się przyłączyć? W tym przypadku, wyczuwając pułapkę, Janukowycz się zawahał: podporządkowanie Ukrainy oznaczałoby oczywiście podporządkowanie także jego samego. A jednak dał się zachęcić do podjęcia koniecznych decyzji politycznych. Zaczął zachowywać się jak dyktator pełną gębą. Zaczął zabijać rodaków. Na rękach Janukowycza pojawiła się krew, co w oczach Unii wykluczyło go raczej jako ewentualnego partnera.

***

W tym momencie na scenę wkracza samotnik, odważny ukraiński buntownik i jeden z najważniejszych dziennikarzy śledczych. Dziennikarz, którego reżim Janukowycza często portretował przez pryzmat rasy. Muzułmanin i Afgańczyk Mustafa Najem: człowiek, który zaczął rewolucję. Wykorzystując media społecznościowe, zwołuje studentów i młodzież, by zebrali się na głównym placu Kijowa i poparli europejską drogę Ukrainy. Plac, o którym mowa, to Majdan.

Kto zaś bronił studentów, gdy na Majdan wysłano specjalne oddziały milicji? Inni „Afgańczycy”: ukraińscy weterani z Armii Czerwonej, których wysłano, by zajęli Afganistan po sowieckiej inwazji w 1979 r. Teraz przyszli bronić „swoich dzieci”, bo tak określali studentów. A równocześnie bronili protestu rozpoczętego przez człowieka, który urodził się w Kabulu dokładnie wtedy, gdy oni walczyli w tym kraju.

W grudniu 2013 r. tłum urósł. Nim wybrzmiał stary rok, w protestach na terenie całego kraju wzięły udział miliony. Bito dziennikarzy. Porywano aktywistów. Niektórych torturowano. Dziesiątki ludzi zniknęły bez śladu. Z nastaniem nowego roku protesty rozprzestrzeniły się. Tłumnie uczestniczyli w nich muzułmanie z południowej Ukrainy. Reprezentowani byli przedstawiciele dużej wspólnoty kijowskich Żydów (część najważniejszych organizatorów protestów to właśnie Żydzi). Gorącą linię telefoniczną, na którą dzwoniło się w poszukiwaniu krewnych, stworzyli aktywiści praw homoseksualistów, doświadczeni w ich organizacji. Wśród straży szpitalnej, próbującej uniemożliwić policji porywanie rannych, były młode feministki.

„Dekadencki” Zachód – jak ujął to szef MSZ Rosji – był tu obecny na wszystkie opisane wyżej sposoby. To prawda, wzięli w tym udział niektórzy Żydzi i homoseksualiści. I to właśnie zostało wykorzystane przez propagandę Rosji i Ukrainy. Prasa rosyjska opisywała protest jako część spisku gejów, a reżim ukraiński instruował milicję, że na czele opozycji stoi żydowski spisek. Jednocześnie oba reżimy informowały świat, że protestują naziści. Wydawało się, że na Zachodzie niemal nikt nie dostrzegł tej sprzeczności.

***

16 stycznia Janukowycz podpisał szereg ­aktów prawnych, przyjętych nielegalnie przez parlament. Poważnie ograniczały wolność słowa i zgromadzeń, czyniąc z protestujących milionów „ekstremistów” i pozwalając na ich uwięzienie. Organizacje mające kontakty finansowe z zagranicą – także katolickie i żydowskie – nagle okazały się skupiskami „obcych agentów” i zaczęły podlegać szykanom.

Tygodniami ludzie ginęli poza wzrokiem opinii publicznej. Teraz reżim jawnie zabił kilku protestujących. Pierwszy z poległych ukraińskich manifestantów był Ormianinem, drugi Białorusinem. Potem reżim zaczął mordować masowo. 18 lutego parlament miał debatować nad porozumieniem, które wielu obserwatorów uznało za początek odchodzenia od krwawej konfrontacji: reformą konstytucyjną, przywracającą demokrację parlamentarną. Ale zamiast tego w Kijowie pojawiły się specjalne oddziały milicji, tym razem uzbrojone w ostrą amunicję. Protestujący wycofali się na Majdan i obronili go jak rewolucjoniści: kostką brukową, koktajlami Mołotowa, a na koniec – gołymi rękami.

Zabito w sumie około stu ludzi, głównie młodych mężczyzn. Bohdan Solczanyk był młodym wykładowcą na Ukraińskim Uniwersytecie Katolickim, mówiącym po ukraińsku mieszkańcem zachodniej części kraju. Zastrzelono go. Jewhen Kotliow był ekologiem z Charkowa, mówiącym po rosyjsku mieszkańcem wschodniej części kraju. Zastrzelono go. Jednym z zabitych był obywatel Rosji. Co najmniej dwie ofiary to Żydzi; jedna to Aleksander Szczerbatiuk, weteran wojny afgańskiej. Zginął od kuli snajpera. Zginął też przedstawiciel polskiej mniejszości na Ukrainie.

Czy coś takiego – aby w rewolucji zapoczątkowanej przez muzułmanina ginęli ludzie związani z kulturą ukraińską, rosyjską, białoruską, armeńską, polską i żydowską – zdarzyło się gdzieś wcześniej? Czy my sami, dumni z naszej różnorodności i tolerancji, potrafimy przytoczyć podobny przykład z historii jednego z naszych narodów?

***

Ludzie na Majdanie zwyciężyli wyłącznie dzięki odwadze fizycznej. Ministrowie spraw zagranicznych Unii, którym miano przedstawić krwawy spektakl, 20 lutego zobaczyli w Kijowie coś zgoła innego: udaną obronę Majdanu. Wstrząsająca masakra oburzyła też niektórych sojuszników Janukowycza. On sam zrobił coś, czego wcześniej nie planował: podpisał ugodę, w której obiecał nie uciekać się do przemocy. Jego milicja zrozumiała – chyba lepiej niż on sam – co to oznacza: koniec reżimu. Zaczęli się wykruszać. Potem Janukowycz uciekł. Władzę przejął parlament, w którym większość stworzyła koalicja dotychczasowej opozycji i uciekinierów z partii Janukowycza. Zainicjowano reformy, na maj zaplanowano wybory prezydenckie.

Jednak propaganda nadal robiła swoje. Janukowycz nagrał (po rosyjsku) przesłanie wideo, w którym stwierdził, że padł ofiarą nazistowskiego zamachu stanu. Także Kreml utrzymywał, że za ster chwycili ekstremiści, i że zagrożeni są Rosjanie mieszkający na Ukrainie. Ale choć można spierać się o szczegóły konstytucyjności zmiany władzy w Kijowie, oskarżenia o prawicowy zamach są nonsensem.

Tymczasowe władze Ukrainy nie reprezentują środowisk skrajnie prawicowych; ich przedstawiciele nie rekrutują się nawet z zachodniej części kraju, gdzie nacjonalizm jest bardziej powszechny. Przewodniczący parlamentu, który pełni obowiązki prezydenta, pochodzi z południowo-wschodniej Ukrainy i jest kaznodzieją w kościele baptystów. Wszyscy ministrowie piastujący resorty siłowe (tj. stanowiska, które każdy architekt zamachu stanu obsadziłby swoimi ludźmi) są ekspertami, do tego mówią po rosyjsku. P.o. ministra spraw wewnętrznych jest pół-Armeńczykiem i pół-Rosjaninem, zaś p.o. ministra obrony jest pochodzenia romskiego. W tej chwili władze tymczasowe są zastępowane przez nowy rząd, wybrany przez parlament. Jego profil jest podobny. Nowy premier to konserwatywny rosyjskojęzyczny technokrata.

***

Tymczasem stwierdzenie, że ukraińska rewolucja jest „nacjonalistycznym zamachem stanu” – jak w miniony piątek powtórzyl Janukowycz podczas konferencji w Rostowie – stało się w końcu pretekstem dla interwencji Rosji na Krymie. Rosja postawiła też w stan gotowości swoją armię w zachodniej części kraju i wysłała krążowniki Floty Bałtyckiej na Morze Czarne.

Bez względu na to, jak będzie wyglądać dalej rosyjska interwencja, nie jest ona próbą położenia kresu faszystowskiemu zamachowi stanu – bo nic takiego nie miało miejsca. Na Ukrainie doszło do powszechnej rewolucji wraz z całym bałaganem, zamieszaniem i sprzeciwem, jaki powoduje. Młodzi przywódcy Majdanu, wśród nich także kilku lewicowców, ryzykowali życiem, sprzeciwiając się reżimowi, reprezentujacemu system oparty na nierównościach, które sami krytykujemy na własnym podwórku. Mają dziś doświadczenia rewolucji, które nam są nieznane. A częścią tych doświadczeń – niestety – jest spostrzeżenie, że ludzie Zachodu są zaściankowi i łatwowierni; że są reakcjonistami.

Jak dotąd, nowe władze Ukrainy reagują na wydarzenia z godnym podziwu spokojem. Istnieje prawdopodobieństwo, że rosyjska agresja na Ukrainę wywoła silną reakcję nacjonalistyczną. Byłoby zaskakujące, gdyby stało się inaczej: wszelkie inwazje wyzwalają w człowieku to, co najgorsze. Jeśli tak potoczy się historia, zobaczymy ją w prawdziwym świetle: jako niczym nie sprowokowany atak jednego narodu na suwerenne terytorium swego sąsiada.

Przez to, że na Zachodzie zgodziliśmy się na przedstawianie ukraińskiej rewolucji jako faszystowskiego zamachu, opóźniliśmy decyzje, które mogły doprowadzić do zatrzymania rozlewu krwi. A także pomogliśmy utorować drogę wojnie.

Jeśli na Zachodzie pragniemy dziś pokoju i demokracji, musimy zacząć od przedstawienia prawdziwej historii. 


Przełożył Piotr Krasnowolski


Copyright © 2014 „The New York Review of Books”


TIMOTHY SNYDER (ur. 1969) jest amerykańskim historykiem, profesorem Yale University, specjalizuje się w dziejach Europy Środkowo-Wschodniej. Autor książek o XX-wiecznej historii tego regionu, m.in. „Rekonstrukcja narodów. Polska, Ukraina, Litwa, Białoruś 1569–1999”, „Tajna wojna. Henryk Józewski i polsko-sowiecka rozgrywka o Ukrainę”, „Skrwawione ziemie. Europa między Hitlerem a Stalinem”. Tekst ukazał się na łamach „New York Review of Books”, publikujemy go z niewielkimi skrótami.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 10/2014