Reklama

W Krakowie, naprawdę!

W Krakowie, naprawdę!

06.06.2007
Czyta się kilka minut
Tego lipcowego dnia 1946 roku, w którym, porzuciwszy zamiar zostania w Białymstoku, ładowaliśmy się z rampy kolejowej z powrotem do wagonu w pociągu "repatriacyjnym, przesądzony został punkt na mapie, do którego chcemy dotrzeć. To Kraków.
Fragment planu Krakowa z lat 30. Na czerwono zaznaczono linie tramwajowe
U

Uniwersytet Jagielloński, o którym obie z siostrą marzymy, wielu przyjaciół z Wilna, już tam właśnie wcześniej osiadłych, nasz wojenny duszpasterz, benedyktyn, od roku z powrotem w swoim tynieckim klasztorze. Przed nami jeszcze długa wędrówka... Przez Warszawę, którą widzimy tylko z mostu kolejowego. Przez Poznań, gdzie porzucamy nasz pociąg, wiozący wszystkich innych na Ziemie Odzyskane.

Nasza rodzina ląduje w wagonie, który będzie podczepiany do ciągów towarowych wiodących na południe Polski. Współtowarzyszkami podróży okazują się pani Ewa Bejnar z ośmioletnią córką Ewą. Zanim ruszymy z Poznania, odnajdzie je na dworcu mąż i ojciec, pan Lech Bejnar. Przez całą wspólną podróż nie będę przypuszczała, że spotkam go w dwa lata później jako Pawła Jasienicę w redakcji "Tygodnika Powszechnego", gdzie zacznę pracować.

Kraków zbliża się wolno, za wolno. Trzeba ciągle czekać na dalszy bieg pociągu, nieraz długie godziny. Towarowy pociąg jest nieprzyjazny, wagony przy przetaczaniu i podłączaniu uderzają o siebie, nasze bagaże, pieczołowicie układane, sypią się na wszystkie strony. Ale jest jednak lato, pogoda, da się wytrzymać, tylko rośnie niepewność: jak to będzie w Krakowie? Czy znajdziemy jakiś dach nad głową? W Tarnowskich Górach podejmuję decyzję: pojadę osobowym, sama, będę prędzej. Mam przecież adresy przyjaciół. Rozejrzę się zawczasu. "Osobowy" to skład dla ludzi, ale towarowy. Za to idzie bardzo szybko.

A on żyje

Jestem w Krakowie w parę godzin. Stach i Nela Stommowie (rodzeństwo), u których nocuję, mieszkają w samym centrum: przy Pędzichów bocznej. Więc od pierwszej godziny jestem w sercu Krakowa. Wszystko mam w zasięgu ręki. I choć dominuje niepewność i poczucie bezdomności, nie opuszcza mnie ani przez chwilę to głębokie zdziwienie i satysfakcja zarazem: ja naprawdę tu jestem...

Dlaczego to takie ważne? Bo w tyle głowy tkwi myśl, której się nie dopuszcza do świadomości: że rodzinnego miasta "już na świecie nie ma", jak napisze niedługo poeta. Zostało utracone na zawsze, więc nawet się go nie wywołuje we wspomnieniach. To zabronione. Warszawa - pierwszy raz w życiu oglądana - to miasto zabite. Z uchylonych drzwi wagonu nie zobaczyłam nic poza ruinami. Poznań przywitał wieloma zniszczonymi zabytkami i nieprzyjaznym głosem kogoś, kto - nie wiem już dlaczego - mojej siostrze i mnie powiedział, że wcale nas tu chętnie nie witają. Zostało to w nas, na krótko na szczęście, jak kropla trucizny.

A teraz mam miasto znane z setek opowiadań, ze szkoły, z lektur. Stoi całe i nietknięte, a ja wszystko mogę od razu obejrzeć. Nasze "repatrianckie" baraki są ulokowane tuż za Dworcem Głównym. A kiedy istnym cudem prawie od razu znajdziemy mieszkanie (już na drugi dzień wędrówki po przyjaciołach i znajomych usłyszę od żony Cata-Mackiewicza: "My właśnie wyjeżdżamy do Poznania, możecie po nas zająć ten pokój") - będzie to boczna ulica od Plant, tuż przy Teatrze Słowackiego, a więc w sercu miasta. I w ten sposób Rynek Główny staje się miejscem nie tylko bliskim, ale jednym z najbliższych, bo przecież z ulicy Pańskiej tamtędy zacznę chodzić na Uniwersytet...

Wspominając tamte dni i miesiące, przypominam sobie od razu ciągłe zdumienie, że to prawda: jestem w Krakowie, a on żyje. Radość, że tu nie ma zgliszcz ani ruin. Mogę wejść do kościoła Mariackiego. Do Sukiennic. Codziennie mijać Barbakan. W zasięgu ręki Uniwersytet, franciszkanie z witrażami Wyspiańskiego, Święta Anna, gdzie grób św. Jana Kantego, widok na Wawel, a tam podziemia z grobami królewskimi i Dzwon Zygmunta (będę go zawsze nasłuchiwała w rezurekcyjny wieczór). To zagęszczenie bogactwa pamiątek i wspaniałości zabytków pozostanie poczuciem jakiegoś nieprawdopodobnego, nie do uwierzenia daru losu.

Pewnie, odnajdując drogie miejsca, od razu trafiam też na pustkę. Nie ma Pomnika Grunwaldzkiego na Placu Matejki, nie ma Adama Mickiewicza na Rynku (zaczniemy mówić o nim "Adaś" wiele lat później dopiero). W kościele Mariackim nie ma ołtarza Wita Stwosza. Nawet nie wiem, że nie ma także arrasów królewskich na Wawelu. Odzyskiwanie tych zabytków to dopiero przyszłość. Usiłuję sobie przypomnieć, kiedy zobaczyłam tablice Hołdu Pruskiego i przysięgi Kościuszki od strony wieży ratuszowej (przecież nie przetrwały okupacji!), ale nie potrafię.

Wskakiwać w biegu

Ale najbardziej charakterystyczne dla tego powojennego Rynku z roku 1946 są tramwaje. Dziś niepamiętającym tamtych lat trudno uwierzyć, że były. I to ile linii! Jedynka od Dworca Głównego przeciskała się przez Bramę Floriańską (wagoniki były wręcz miniaturowe), a potem z Floriańskiej, koło kościoła Mariackiego szła przez Rynek na Grodzką i aż do Placu Wolnica na Kazimierzu.

Czwórka (też mała) ruszała z linii A-B na Rynku, potem przez Szewską, Straszewskiego i Piłsudskiego do Cichego Kącika (tym tramwajem jeździłam już od jesieni do Biblioteki Jagiellońskiej i do Żaczka, gdzie pracowałam jako kelnerka w stołówce studenckiej). Ulicą Sławkowską na Rynek wjeżdżały trójka i szóstka; szóstka szła do Wiślnej i potem Zwierzyniecką na Salwator, trójka zaś skręcała na A-B i Mały Rynek, a potem na Starowiślną.

Tramwaje dzwoniły, jeździły z otwartymi drzwiami (można było wskakiwać w biegu). Nie przypomnę już sobie, jak długo przetrwały na Rynku. Na planie z roku 1957 już ich nie ma. Tak samo nie zapamiętałam, kiedy zmieniono starą nawierzchnię, zastępując nierówne kamienie wapienne, tonące w błocie po każdym deszczu, kiepsko wykonaną, prawdziwie socjalistyczną nawierzchnią asfaltową.

Rynek roku 1946, tak jak cały Kraków, był pełen życia. Handel toczył się w każdej bramie, na każdym rogu. Pełno było malutkich pracowni usługowych. W jednej z nich, na Starym Mieście, uratowałam moją maszynę do pisania, przemyconą z Wilna w kawałkach. Lata ponurej walki z prywatnym handlem i inicjatywą dopiero nadciągały.

Pamiętam kolorowe kramy pełne espadrili z płótna i sznurka, i bułeczki w Sukiennicach, noszone przez sprzedawczynie na tackach zawieszonych na szyi, z kołnierzykiem apetycznej szynki wystającej z rozcięcia. Ale także satysfakcję gospodarską, gdy u tradycyjnego Noworola w Sukiennicach częstowałam mrożoną kawą mojego wojennego instruktora tajnego harcerstwa, przybyłego z Olsztyna "Stefana", czyli księdza Henryka Czepułkowskiego. Hawełka, Maurizio, Delikatesy Szarskiego na rogu Siennej - to wszystko wtedy jeszcze żyło.

Wspomniałam plan Krakowa z 1957 r., na którym sprawdzałam etapy pamięci i zmian w Krakowie. Wcześniejszy, też zachowany, nosi datę 1947 i pomógł mi uporządkować detale linii tramwajowych. Ale co innego jest różnicą między nimi najważniejszą: to w tamtym czasie ulice zaczęły zmieniać nazwy.

Niektóre na krótko, jak Stalina (przemianowana tak ulica Andrzeja Potockiego, już od roku 1957 nosi obecną nazwę: Westerplatte). Całe dziesiątki innych zachowały swoje zmienione nazwy aż do końca PRL. To w ogromnej mierze inny Kraków. Inny także przez szczegół wyjątkowo dobitny: na planie Krakowa w roku 1957 nie ma ani jednego kościoła. Ani na Rynku, ani na Starym Mieście, ani w ogóle nigdzie. Jest za to pierwszy zarys osiedli nowohuckich. I jeśli dobrze pamiętam, samo wydanie tego planu po Październiku już było osiągnięciem. W czasach reżimu stalinowskiego plany miast stanowiły tajemnicę strategiczną.

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]