Reklama

Uwodzicielka

Uwodzicielka

15.12.2009
Czyta się kilka minut
Czysto tu, bezpiecznie, kierowcy są uprzejmi, kobiety piękne, a architektura fascynująca - to nie bajka, tylko opinie obcokrajowców o Warszawie.
Ś

Środek dekady Gierka. Toho Mitsuhiko, dziś profesor prestiżowej Polsko--Japońskiej Wyższej Szkoły Technik Komputerowych, leci do Warszawy na ślub z Polką, studentką japonistyki, którą poznał w Kioto. Międzylądowanie ma w Moskwie; jest 1 maja: defilady, ryk megafonów, w powietrzu, choć dzień chłodny, jakaś duchota, wywołująca odruch ucieczki. Warszawa, w której ląduje następnego dnia, z nieśpiesznym miejskim rytmem, skupiona na sobie, wydaje się częścią odrębnego świata. Mitsuhiko: - W jednej chwili poczułem się wolny.

Miasto krnąbrne

Pierwsze spotkanie z Warszawą Switłany Kiszko, nauczycielki języka angielskiego z Kijowa, składało się ze zdumień. Jest jesień 1991 r., Switłana przyjmuje posadę w pierwszym niepublicznym stołecznym liceum - na Bednarskiej. Nikogo nie zna, nie umie słowa po polsku, nie ma pieniędzy. Wynajmuje pokoik w peryferyjnej dzielnicy, do pracy dojeżdża pociągiem. Raz brakuje jej na bilet. A konduktor: - Policję wzywam. Do ambasady niech cię odprowadzi i won stąd!

- Wtedy odzywa się starsza, siedząca obok kobieta: - Daj pan spokój, ja za nią zapłacę.

- Nie chciała podać adresu, żeby Switłana mogła pieniądze oddać. A więc zdumienie pogardą i zdumienie dobrocią. Po lekcjach wędruje po mieście: uderza ją powszedni widok kobiet niosących kwiaty - to zdumienie obyczajowe, estetyczne. A w barach mlecznych, inaczej niż w Kijowie, jedzenie jest smaczne, a obsługa uprzejma niczym w restauracjach. I znacznie częściej ludzie mówią "proszę", "dziękuję", nawet do dziecka. Ale najwięcej zdumień przynosi szkolne życie: Bednarska ma parlament, walutę, oryginalne pomysły dydaktyczne, klimat triumfalnej demokracji - Switłana znajduje wcielenie swoich pedagogicznych wizji. Gdy niektóre z nich próbowała realizować w Kijowie, obrywała za "niezgodność z polityczną linią". Lecz na zdumienie otwartością kładzie się cieniem nieufność uczniów: przyjechała przecież "ze Wschodu". Więc Switłana pisze do domu kilogramy listów. Tęskni.

Miasto kuszące

Yoram Reshef, dziś zarządca i dyrektor generalny ekskluzywnego centrum handlowego Blue City, problemu z asymilacją nie doświadcza, choć, gdy 12 lat temu przyjechał z Tel-Avivu, działało w Warszawie jedno nowoczesne kino ("Femina"), takie, do których on, obywatel świata, smakosz kultury, zwykł chodzić. Nie było jeszcze galerii handlowych, a on dostał od inwestorów propozycję, by taką wybudować na Mokotowie. - Nie miałem pojęcia, jak to się robi, ale to było niesamowite wyzwanie.

- Wyzwania podnoszą Yoramowi adrenalinę, a tu cała Warszawa jawi się jako jedno wyzwanie - to wszystko, czego w niej nie ma, a co mogłaby mieć. - To jak z kobietą - tłumaczy. - Im bardziej wymagająca i skomplikowana, tym dla mężczyzny ciekawsza.

- Obce jeszcze miasto i Yoram przypadają sobie do gustu.

Pierwszą decyzją, jaką podejmuje, przystępując do budowy Galerii Mokotów, jest rezygnacja z biura. Poleca postawić na terenie inwestycji kontener; stąd dyryguje przedsięwzięciem, deszcz nie deszcz, śnieg nie śnieg, w błocie po kolana, chodzi na inspekcje. Nie pozwala tytułować się prezesem ani dyrektorem: - Ja dla wszystkich Yoram byłem.

- Galeria przy Wołoskiej wyrasta w rekordowym tempie dwóch lat i dwóch miesięcy. Reshef powiada o niej: "moje dziecko".

Yoram uwodzi Warszawę już od pewnego czasu, gdy z początkiem nowego stulecia sprowadza się tu Alex Kloszewski. Amerykanin polskiego pochodzenia, przez wiele lat zarządzał hotelami sieci Radisson i Wynd­ham. Teraz jest m.in. odpowiedzialny za budowę pięciogwiazdkowego hotelu InterContinental, tuż obok Pałacu Kultury. Rejestruje porażający kontrast między Warszawą a wielkim światem, z którego przybył: miasto jakby w opłotkach, zakleszczone między peryferyjnością a europejskością. Orientuje się, że nici z rozwoju branży hotelarskiej w Warszawie, jeśli w wielkim świecie się jej nie wylansuje. Bo jaki turysta czy inwestor ściągnie do miasta, o którym sądzi, że biegają w nim białe niedźwiedzie? Kloszewski: - Nie było produktu o nazwie "Warszawa" i jego promocji. Władze rozkładały ręce: to ogromny koszt. A ja powtarzałem: nie koszt, tylko inwestycja.

- Telefonuje do dyrektorów pięciu pięciogwiazdkowych hoteli; zakładają fundację Warsaw Destination Alliance, zostaje jej szefem. Odtąd na promocję Warszawy wpływa jedno euro od każdego noclegu w tych hotelach. Z pozyskanych funduszy powstaje spot reklamujący miasto. Jesienią 2002 r. rusza kilkunastotygodniowa kampania w CNN, potem w BBC World. Takiego lobbingu Warszawa nie miała w swej historii.

Miasto odpłacające

A Switłana jak tęskniła za domem, tak tęskni. Próbuje okiełznać materię obcego miasta; żeby się nie gubiła, koleżanka z Bednarskiej rysuje jej dziesiątki mapek. Zdumienie: w tym oswajaniu nie jest sama. Kiedyś pyta uczniów, tych najbardziej zdystansowanych: - Czy zawsze zgadzacie się z rodzicami? - Nie. - A przestajecie ich przez to kochać? - Nie. - Tak samo ja - tłumaczy. - W Związku Radzieckim była moja miłość, moja babcia, tak prokomunistyczna, że na moim weselu wznosiła toast za partię. Ale to od niej wiem, co to jest pasja, odpowiedzialność,

uczciwość. To, kim jestem, zawdzięczam tamtemu domowi.

- Zdumienie: chwycili. Warszawa chowa rogi.

W tym czasie Yoram Reshef wzbogaca jej krajobraz o szklaną kopułę Blue City, które szybko staje się modnym miejscem zakupów, pracy i rozrywki - z kortami, największym w Polsce squashem i skate parkiem pod dachem, a także z bijącą rekordy popularności szkołą tańca dla dzieci Agustina Egurroli. I Warszawa mu się odpłaca, odkrywając swoje skarby: przede wszystkim Magdę, o której Yoram powiada, że to spełnienie marzeń każdej żydowskiej matki, bo lekarka i prawniczka zarazem. W dodatku piękna; Yoram uważa, że nigdzie nie ma ładniejszych niż tu kobiet. Następnie balet i operę, jedno i drugie - przekonuje - z najwyższej półki. Nie rozumie tylko, dlaczego miasto tego nie wykorzystuje: wystarczyłoby załączać kilkujęzyczne tłumaczenia librett i ciągnęliby tu miłośnicy kultury z Europy, bo ta warszawska jest tania. - W Wiedniu za bilet trzeba zapłacić 180 euro, tu sto zł - przekonuje Reshef. A jakby przyjeżdżali, to by zostawiali pieniądze. Sam zaprasza setki znajomych. Na początku kręcą nosem. Potem dziwią się, że w tutejszych restauracjach można dobrze zjeść, a kelnerzy mówią po angielsku. I miasto takie czyste: nikt nie opróżnia kieszeni w metrze jak w Londynie, po ulicach nie walają się śmieci jak w Atenach. I są sklepy Versacego, Armaniego, Gucciego. I nawet korki tu nie takie straszne, bo jak jedziesz ładnym samochodem, to zawsze na drugi pas cię przepuszczą. I o każdej porze możesz pójść na spacer i nie dostaniesz w łeb w jakimś zaułku.

Miasto ciekawe

- Tak, cudzoziemców odwiedzających Warszawę jest coraz więcej - cieszy się Alex Kloszewski, bo procentują kampanie promocyjne za granicą, a także wymyślone przez niego eventy, choćby "Walking art tour" - ekspozycje warszawskich artystów w najlepszych hotelach albo sprowadzenie z Berlina 120 niedźwiedzi symbolizujących miasta świata, które stały przez sześć tygodni na Starym Mieście. Jak z tymi wszystkimi akcjami startowali, w hotelach było 49-proc. obłożenia, teraz - w roku kryzysowym przecież - już 63-proc. Ich lobbing dał przykład władzom stolicy, które zaczęły wspierać działania Fundacji finansowo. To bardzo ważne teraz, gdy miasto wyszło z opłotków.

Toho Mitsuhiko uważa, że tempa, w jakim to się dzieje, nie da się porównać nawet z cudem gospodarczym, który swego czasu przeżywała Japonia. Zmiany, zwłaszcza w architekturze, niektórzy kwitują: pomieszanie z poplątaniem, brzydota. - Lepiej to wygląda niż zapyziałe japońskie dzielnice - protestuje Mitsuhiko. - Nawet budynki z czasów komunizmu z odnowionymi, kolorowymi elewacjami mają swoją estetykę.

O brzydkiej Warszawie nie chce też słyszeć Alex Kloszewski. - Ona jest po prostu unikalna! - zapewnia. Bo w obrębie kwartału bezkolizyjnie współegzystuje tu kilka stylów: i ultranowoczesny, jak ten ze Złotych Tarasów, i z lat 50., symbolizowany przez Pałac Kultury, i gomułkowski, przysadzisty, a to wszystko w sąsiedztwie wielkomiejskiej, piętrowej zabudowy ocalałych z wojny kamienic z początków ubiegłego wieku na Lwowskiej czy Mokotowskiej. - Jest coś symbolicznego w tym niezgrzytliwym współistnieniu stylów - zwraca uwagę Alex. - Coś, czego nie odczujesz w takim np. Krakowie: multikulturowość.

Dzisiejsi mieszkańcy Warszawy w większości zjechali tu z różnych stron kraju i świata, z mieszanki, jaką stworzyli, wyrastają nowe elity. Ale Kloszewski dostrzega jeszcze jeden unikalny rys miasta: - Ze świecą szukać w Europie drugiego takiego, gdzie spacerując, natkniesz się po jednej stronie ulicy na piekarnię, co ma 30 lat, a po drugiej na sklep szewski z 50-letnią tradycją lub na rodzinną stylową kawiarenkę. Gdzie indziej taki mały biznes wchłonęłyby już dawno sieciowe korporacje.

Yoram Reshef jest skłonny przyznać, że są ładniejsze miasta. Ale zachwyca się: - Tyle zieleni, parków!

Jeden z nich przybliżył do domu Switłanę. Jej dom wyłaniał się stopniowo: z tej nieprzekładalnej na języki radości, jaka rodzi się z dobrych zdumień - gdy trudny uczeń nagle mówi "dziękuję", gdy od innego dostajesz tomik Herberta, gdy wracasz po chorobie, a w szkolnej gazetce na ścianie: "Hura, Switłana znowu z nami!" Gdy dowiadujesz się, że podostawali się na najlepsze uczelnie. A jak zwierzyła się, że rodzice starzy i rozpatruje, czy by nie wrócić na Ukrainę, to usłyszała: "Jak by pani odeszła, to ta szkoła już by nie była taka sama". Została. Tym bardziej, że odkryła Park Skaryszewski. Niby park a mikrokosmos: kaczki, łabędzie, woda, żeliwne mostki... Pomyślała: To moje miejsce. Kupiła koło parku mieszkanie. Mówi: - Już nie jestem obca, tu jest mój dom.

Miasto wizji

Czy żałowali decyzji o przyjeździe tutaj? Ani przez chwilę. Dzieci Alexa, zapytane, co je w Warszawie kręci, odpowiadają: - Potencjał.

- Yoram i Alex nie mają wątpliwości, jak go wyzwolić, wywołać inwestycyjny boom: miastu niezbędne jest centrum kongresowo-targowe, czyli wielofunkcyjny kompleks hal, w których odbywałyby się międzynarodowe imprezy sportowe, naukowe, artystyczne. Ma takie centrum Berlin, Praga, Budapeszt, a tu pomysł utknął w urzędniczych biurkach. Przez tę inercję miastu przechodzą koło nosa gigantyczne pieniądze: podczas gdy w całej Polsce z usług konferencyjnych spływa zaledwie 150 mln zł rocznie, sam Berlin zarabia na swoim kompleksie 1,5 mld euro! Tylko dzięki podatkom miejska kasa wzbogaciłaby się o 11 mln, w hotelach podwoiłaby się liczba wizytujących. Warszawa miałaby fundusze na wybudowanie muzeów, nowych linii metra, estakad, mostów. I jak w Paryżu, plaży nad Wisłą, w miejsce koszmarnych piwnych bud. Takie Yoram z Alexem mają wizje przyszłości.

W przyszłym roku ziści się jeszcze jedna, która przyśniła się Kloszewskiemu już dawno, gdy kombinował, jak by tu wypromować Warszawę w Roku Chopinowskim: na placu Defilad na wznoszących się stopniach 200 czarno-białych fortepianów. Nad nimi, najwyżej, jeden biało-czerwony. Za nimi dzieci z całego świata grające symultanicznie kompozycje Chopina. Ale skąd wytrzasnąć te fortepiany? Pianistów, którzy musieliby ćwiczyć w jednym miejscu co najmniej pół roku? Z pomocą przychodzi chiński biznesmen, który kupił zbankrutowaną "Calisię" - dostarczy instrumenty, zorganizuje chińskie dzieci; zaczynają ćwiczyć w Pekinie od stycznia. Taki wyczyn zapisze się w księdze Guinnesa. Będzie lato, zielono, przyjadą telewizje z całego świata. We wszystkich językach wymienią miejsce wydarzenia: Warszawa, Polska.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]