Reklama

Ukochane dziecko premiera

Ukochane dziecko premiera

w cyklu WOŚ SIĘ JEŻY
01.11.2018
Czyta się kilka minut
Pracownicze Plany Kapitałowe to największa zmiana w filozofii polskich emerytur od częściowej prywatyzacji systemu w 1999 roku. Od przyszłego roku będą stopniowo wprowadzane w życie. A ja powiem Wam zupełnie szczerze – mnie się PPK nie podobają. Oto, dlaczego.
Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
N

Nie chodzi mi nawet o raport think tanku GRAPE, który podchwyciło w ubiegłym tygodniu wiele mediów. A który głosił, że korzyści z nowych emerytur będą mogły odnieść dopiero roczniki 90. Podczas, gdy starsi się do tego systemu raczej dołożą. Poprzez wyższe obciążenia podatkowe w najbliższej przyszłości. Ten rodzaj międzypokoleniowej solidarności jakoś by mi nawet się podobał. Boję się tylko, że rządzący zanim pójdą po rozum do głowy i podniosą podatki (jestem za, zwłaszcza jeśli podniosą progresywnie czyli bogatszym więcej niż biednym) to prędzej wydrenują istniejące zasoby. Na przykład Fundusz Pracy, z którego powinno się finansować różne polityki społeczne na rynku pracy. Ale Morawiecki i jego ludzie wymyślili sobie, że to znakomity sposób by fiansować tzw. „powitalne”. Czyli zachęty dla wchodzących do systemu PPK.

Zapałki i podpałki

Nie w tym również rzecz, że premier Morawiecki forsując Pracownicze Plany Kapitałowe, swoje ukochane dziecko, okazuje się być neoliberałem. Fakt, że trochę mniej anachronicznym niż jego poprzednicy z Platformy. Ale jednak mocno zafiksowanym na fetyszu budowaniu oszczędności. Dla jego generacji to niestety typowe. Morawiecki myśli tak: jak przyłożę zapałkę (wielkie rządowe plany inwestycyjne) i poleje podpałką (fundusze inwestycyjne oparte na oszczędnościach emerytalnych i środkach unijnych), to płomień wystrzeli w górę, a wokół ogniska zaraz zrobi się tłoczno od inwestorów. Owszem, jest to jakiś pomysł. Z drugiej jednak strony ten pomysł wskazuje na słabe zorientowanie ekipy Morawieckiego w pokryzysowych realiach. Mówiąc, że „najpierw oszczędności, potem inwestycje”, gospodarczy guru PiS popełnia zasadniczy błąd. Zakłada, że gospodarka jest jak człowiek, tylko taki trochę większy. A to tak nie działa. Pojedynczy człowiek, jak chce zainwestować, to faktycznie musi najpierw odłożyć. Logiczne. Ale państwo czy nawet przedsiębiorstwo wcale nie musi. To złudne przekonanie pochodzi z epoki klasycznego kapitalizmu. A więc z pierwszej połowy XIX w., kiedy przedsiębiorca swoje przedsięwzięcia finansował głównie z oszczędności, ewentualnie z krótkoterminowego kredytu bankowego. Ale to jest świat „Lalki”, „Ziemi obiecanej” czy „Buddenbrooków”, a nie współczesny nam późny kapitalizm. Dzisiejszy świat zdominowany jest przecież przez korporacje, które do inwestowania nie potrzebują żadnych oszczędności. Wystarcza im płynność dostarczana przez system bankowy. Przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych kierują się za to bardzo szerokim wachlarzem kryteriów. Nie tylko poziomem oszczędności.

Dźwignia ostro na prawo

Wszystko to jednak pestka. To, co mnie najbardziej martwi w PPK (które są już na finiszu ścieżki legislacyjnej w parlamencie), to zmarnowana szansa na naprawienie błędu. Może najstraszniejszego, jakiego dopuściła się nasza klasa polityczna po roku 1989 czyli od czasu reformy emerytalnej Buzka. Błąd polegał na tym, że wychyliliśmy wówczas naszą systemową przekładnię z lewa (gdzie była od czasów PRL) ostro na prawo. W praktyce oznaczało to przejście z tzw. systemu zdefiniowanego świadczenia do modelu tzw. zdefiniowanej składki. Tłumacząc to na język zrozumiały absolutnie dla każdego: w wyniku działań rządu Buzka odeszliśmy od systemu solidarnościowego, w którym kolejne pokolenia pracujących zrzucają się na emerytury dzisiejszych seniorów, a potem oczekują tego samego od następnych generacji. A znaleźliśmy się w dosyć antywspólnotowym świecie, gdzie „każdy sobie rzepkę skrobie” i jaką sobie emeryturę uzbierasz, taką będziesz miał.


WOŚ SIĘ JEŻY – autorska rubryka Rafała Wosia co czwartek tylko w serwisie internetowym „Tygodnika”


To świat pozornie oparty o szczytną zasadę odpowiedzialności za własny los. A tak naprawdę, po darwinowsku, premiujący najsilniejszych. Wedle zasady, że kto słabo zarabia w czasie życia zawodowego, ten na starość będzie jeszcze większym biedakiem. Konsekwencją tamtego przełożenia dźwigni było więc nie tylko powołanie do życia OFE. Ważniejsze jest, że to wówczas wytworzono wśród Polaków panujące do dziś przekonanie, że ZUS to instytucja, która na pewno nie zagwarantuje nam spokojnej starości. Co zaczęło działać trochę jak samospełniająca się przepowiednia. No bo skoro i tak nie mamy co liczyć na państwo, to po co martwić się o płacenie składki?

Ktoś powie pewnie, że zmiana logiki systemu musiała się dokonać, bo stary system był zły, bo PRL-owski, a więc niedopasowany do nowej sytuacji demograficznej oraz do wyzwań kapitalizmu. Tyle, że to bujda. Spójrzmy na rozwinięty Zachód. Na przełomie wieków istniejący tam model solidarnościowy faktycznie znalazł się w ogniu krytyki. Ostatecznie jednak większość krajów rozwiniętych przy nim pozostała. Pozmieniano oczywiście pewne parametry (tam też emerytury będą skromniejsze niż dziś), żeby uwzględnić demografię i nie wysadzić w powietrze finansów publicznych. I tam też od lat promuje się rozmaite elementy kapitałowe czy emerytury pracownicze. Wszędzie jednak jest to raczej uzupełnienie. Przy zachowaniu podstawowego założenia, że emerytura to zobowiązanie całej wspólnoty wobec obywatela seniora. A nie jego prywatna sprawa, o która powinien był się zatroszczyć, a skoro tego nie zrobił, to niech zdycha z głodu.

Czy jest dziś jakakolwiek szansa, by na powrót oprzeć polski system na logice solidarnościowej? Teoretycznie tak, choć na pewno wiązałoby się to z odbyciem fundamentalnej publicznej debaty na ten temat. Niestety na to się raczej nie zanosi. PPK nas od tego celu oddala. Niestety. 

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Moim zdaniem, rzeczywistość domaga się istnienia dwóch systemów emerytalnych. Pańska teza, że obligatoryjność solidarnościowa jest wiodącą, może być dyskusyjna. Ps. Także, raczej nie polubię PPK

ostatnie rządy, te po utworzeniu OFE, zdołały tak skutecznie podważyć zaufanie do państwa jako gwaranta praw emerytalnych i ich stabilności, że żaden nowy pomysł nie ma już szans na powszechną akceptację, każdy będzie traktowany jako kolejny wybieg mający nas omamić i ograbić a rządzącym ratować skórę - tak będzie dopóki system nie pierdutnie całkowicie, a wtedy biada tym, co akurat będa u władzy [osobiście kaczystom życzę, i tylko w tej jednej jedynej konfiguracji okoliczności]

Dla Pana Redaktora system zdefiniowanej składki to błąd, dla innych to najbardziej uczciwe i logiczne rozwiązanie ( tym gorsze, im dłużej źyjemy i krócej pracujemy - "straszne"). Pan Redaktor jak rozumiem pomija istnienie pomocy socjalnej, która może przecież przysługiwać osobom (także emerytom) żyjącym poniżej pewnego progu. Tym większej, im bogatsze państwo i wartości podzielane przez wyborców. Proste.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]