Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Uciec z więzienia Merkatora

Uciec z więzienia Merkatora

24.09.2012
Czyta się kilka minut
Świat według Kaplana bywa miejscem nieprzyjemnym, a na pewno nie w pełni demokratycznym. Wątpliwe, by udało się to zmienić raz na zawsze. Dlatego najważniejszym zadaniem (także zadaniem reportera) jest uczynienie go bezpiecznym.
il. Martyna Wójcik z cyklu ilustracji „Ucieczki – wyspy”. ok. 2012 r
C

Choć analizy Roberta D. Kaplana co najmniej kilka razy okazały się prorocze, sprawia wrażenie pisarza z przeszłości. Wydaje się pochodzić z czasów, w których autor piszący o odległych krajach, niezrozumiałych dla człowieka Zachodu wojnach i egzotycznych krajobrazach musiał legitymować się swego rodzaju „legendą założycielską”, uprawomacniającą jego uprzywilejowany wgląd w odmienną rzeczywistość.

Polityczny realista

Taką legendę miał choćby zmarły w 2011 r. Patrick Leigh Fermor, ochrzczony swego czasu przez prasę największym brytyjskim pisarzem podróżniczym. Podczas II wojny światowej organizował w przebraniu pasterza ruch oporu przeciwko niemieckiej okupacji Grecji, a w 1944 r. dowodził oddziałem, który porwał wojskowego gubernatora Krety, generała Heinricha Kreipe.

Na legendę Roberta D. Kaplana składają się odrzucone podania o pracę w wielkich amerykańskich redakcjach, podróż z biletem w jedną stronę do Tunezji, okres służby w izraelskiej armii, a także trudne początki korespondenta zagranicznego w Grecji, zmagającego się, jak sam wspomina, „z wyzwaniem, jak przeprowadzić wywiad z premierem, mieszkając w tanim hotelu”.

Wojenny epizod wygląda efektownie w biografii pisarza-podróżnika, ale nie wydarzył się podczas wielkich zmagań dobra (aliantów) ze złem (państwami osi), tylko w latach 70. na Bliskim Wschodzie, więc nie opromienił go sławą bohatera wojennego, którą cieszył się Fermor. Przywdzianie izraelskiego munduru wypominają mu dziś niektórzy krytycy wojny w Iraku, którą Kaplan poparł, by potem gorzko tego żałować. Służył w armii Izraela, pochodzi z żydowskiej rodziny i domagał się zbrojnego obalenia Saddama Husajna. Taki obraz wydaje się świetnie pasować do stereotypu jastrzębia-neokonserwatysty wspierającego „lobby izraelskie”. Problem w tym, że sam Kaplan uważa się za realistę politycznego, trzeźwego obrońcę amerykańskich interesów narodowych. Podziwia też Johna Mearsheimera, profesora Uniwersytetu Chicagowskiego, jednego z autorów głośnej i kontrowersyjnej książki o przesadnym wpływie rzeczonego „lobby izraelskiego” na amerykańską politykę zagraniczną. Miłośnicy wojny często twierdzą, że uważają ją za zło konieczne do zapewnienia pokoju. Mało kto jednak, tak jak Kaplan, cytuje przy tym wiersz Rabindranatha Tagore’a o moralnej ohydzie przemocy.

Resentyment parweniusza

Korzenie niechęci, jaką wobec Kaplana odczuwają niektórzy amerykańscy komentatorzy, są głębsze niż znajdująca wyraz w jego książkach dwuznaczna fascynacja wojną. Sięgają wstecz dalej niż decyzja o interwencji w Iraku, na którą pisarz miał rzeczywisty wpływ (był jedną z osób, które w listopadzie 2001 r. doradzały ją Paulowi Wolfowitzowi, ówczesnemu wicesekretarzowi obrony USA). Dla części elity dziennikarskiej i politycznej pozostaje parweniuszem. Skończył drugorzędny uniwersytet (University of Connecticut) dzięki stypendium pływackiemu, a karierę dziennikarską zaczynał w gazecie, której tytuł nikomu nic nie mówi („Rutland Herald”).

David Lipsky wskazuje w artykule dla „New York Timesa” na obecny u Kaplana „resentyment aspirującego”, „nawiedzające pisarzy poczucie, jak świetni mogliby być, gdyby ktoś tylko dał im fory”. Dowody? W „Śródziemnomorskiej zimie” pisze o „ukończeniu mało prestiżowego college’u” i „résumé bez namysłu wyrzucanym do kosza przez redaktorów czołowych tytułów”, a w wywiadzie dla C-SPAN mówił: „Są ludzie, którzy kończą dobrą szkołę, dostają pracę w elitarnym magazynie. Ja nigdy nie cieszyłem się uprzywilejowanym statusem społecznym i zawodowym, czy hojnymi budżetami na podróże”.

Kaplan może obnosić się ze swoimi trudnymi początkami niczym z odznaką honorową, sugeruje Lipsky, ale w skrytości ducha jednocześnie zazdrości i pogardza kolegami po fachu, którzy mieli łatwiejszy start.

Ta niemalże psychoanalityczna perspektywa równie dużo mówi o badającym, co o obiekcie jego badań. Ścieżka zawodowa Kaplana, wiodąca od tanich greckich hotelików do Białego Domu, wielu może się wydać podejrzana tym bardziej, im silniej mu jej zazdroszczą. Dziennikarz, będący częstym gościem politycznych gabinetów i akademii wojskowych, łatwo naraża się na oskarżenia o utratę niezależności. Jednocześnie ci, którzy takie oskarżenia formułują, sami niejednokrotnie pragnęliby, aby ich pisarstwo miało podobny wpływ na decydentów.

Hegel z dyktafonem

Kaplan być może nigdy nie zdobyłby swojej wyjątkowej pozycji, gdyby w tygodniach, gdy upadał mur berliński, nie znajdował się na Bałkanach. Obserwując na ekranie telewizora szturmujący granicę tłum, czuł zapewne przynajmniej przez chwilę, że przechodzi mu koło nosa świetny temat. W „Bałkańskich upiorach” pisał potem o towarzyszącym mu wówczas wrażeniu, że jest z dala od miejsca, gdzie rozgrywa się Historia będąca na ustach wszystkich.

Już 30 listopada 1989 r., trzy tygodnie po upadku muru, napisał jednak na łamach „Wall Street Journal Europe”: „Z ruin komunistycznej Europy wyłaniają się dwie historyczne idee. Pierwszą, Europą Środkową, zachłystują się teraz media. Drugą, jaką stanowią Bałkany, będą musiały dopiero odkryć”. Wcześniej przestrzegał na łamach „The Atlantic”: „W latach 70. i 80. świat mógł oglądać granice wpływu superpotęg w krajach takich jak Wietnam i Afganistan. W latach 90. te granice mogą stać się widoczne w tej części Trzeciego Świata, która leży w Europie. Bałkany mogą zdeterminować koniec stulecia, tak jak zdeterminowały jego początek”. Mogło to wyglądać na pobożne życzenia dziennikarza, który marzy, by centrum wydarzeń przesunęło się tam, gdzie akurat przyszło mu się znajdować – przynajmniej do momentu, gdy w czerwcu 1991 r. rozpoczęła się w Słowenii tzw. „wojna dziesięciodniowa”. Wkrótce całe Bałkany utonęły w morzu przemocy etnicznej, której wybuch prorokował Kaplan.

W 2002 r. były urzędnik przyzna na łamach „Washington Post”, że pomimo raportu CIA z 1990 r. na temat zbliżającego się rozpadu Jugosławii, amerykański Departament Stanu „wypierał ten problem, dopóki nie pojawił się artykuł Kaplana”. Chodziło o tekst z „The Atlantic”, opublikowany w czerwcu 1991 r., a – jak wspomina autor – napisany rok wcześniej, na temat niepokojów etnicznych w Macedonii. Reportaż przyczynił się walnie do decyzji o prewencyjnym wysłaniu tam sił pokojowych ONZ. Kaplan po latach stwierdzi z satysfakcją, że dzięki temu udało się zapobiec przemocy analogicznej do tej, jaka wybuchła potem w Bośni. Po raz pierwszy jego pisarstwo pomogło zmienić bieg dziejów.

W latach 80. Kaplan pisał o ważnych wydarzeniach: niepokojach w Tunezji, tyrańskich rządach Saddama Husajna, sztucznie wywołanym głodzie w Etiopii rządzonej przez komunistyczną dyktaturę Mengystu Hajle Marjama. Bałkany były jednak przełomowe. Uczyniły z niego kogoś w rodzaju Hegla z dyktafonem, dziennikarza odgadującego wyroki Historii. Były również bolesną lekcją, że przepowiednie bywają interpretowane wbrew intencjom wyroczni.

Jedna z najczęściej powtarzanych plotek (przytacza ją również przywoływany wcześniej David Lipsky) na temat Kaplana głosi, że lektura „Bałkańskich upiorów” przekonała prezydenta Billa Clintona, iż nie należy wysyłać sił zbrojnych do Bośni. Skoro narody byłej Jugosławii są tak głęboko podzielone, a konflikt między nimi narasta od dawna, interwencja może się okazać kompletnym fiaskiem, a na pewno będzie niewspółmiernie kosztowna do efektów.

W szkicu „Refleksje na temat kariery pisarskiej” Kaplan skomentuje gorzko: „»Bałkańskie upiory« odmalowują ponury obraz relacji etnicznych w południowo-wschodniej Europie, ale militarne interwencje są wymagane tylko w najbardziej ponurych z ludzkich pejzaży – nie wolno nam podejmować działań w obronie ludzi tylko wtedy, gdy ich idealizujemy”. Wedle autora książka wskazywała przede wszystkim na dramatyczny wybór, jaki stał przed narodami byłej Jugosławii: wyrównywać krzywdy (rzeczywiste i wyimaginowane) czy dążyć do niełatwego, momentami nawet upokarzającego pojednania. Nic nie było jeszcze przesądzone. Interwencja mogła przywrócić równowagę narodowym szalom, wychylającym się coraz bardziej w stronę przepaści czystek etnicznych. „Fakt, że »Bałkańskie upiory« posłużyły rzekomo za wymówkę, by nie interweniować na początku 1993 r., na zawsze będzie dla mnie źródłem wielkiego utrapienia” – napisał Kaplan w „Refleksjach”.

Geograf anarchii

Kiedy uwaga świata zwróciła się na dobre w kierunku Bałkanów, Kaplan analizował już wydarzenia w innej części globu: w krajach Afryki Zachodniej. W 1994 r. publikuje obszerny esej „The Coming Anarchy” (Nadchodząca anarchia), w którym proroczo przestrzega przed wybuchem wojen w Sierra Leone i na Wybrzeżu Kości Słoniowej. To, co w przypadku Bałkanów mogło wyglądać na łut szczęścia, stało się teraz świadomą strategią: dotrzeć w region, który media ignorują lub wobec którego pozostają przesadnie optymistyczne, pieczołowicie zebrać informacje na miejscu, połączyć wszystkie kropki i wydać diagnozę, która początkowo wydaje się niektórym szalona, ale potem nieubłaganie się potwierdza.

Pod tym względem Kaplan stanowi przeciwieństwo poszukiwacza sensacji. Nie stara się dotrzeć na miejsce przed wszystkimi, ale trafiać w miejsca, gdzie nikt nie chce się pofatygować. „Zawsze starałem się unikać instynktu stadnego” – deklaruje. Zamiast podążać za tłumem, uważnie studiuje mapy i szuka potencjalnych punktów zapalnych, miejsc, gdzie krzyżują się strefy wpływów, oraz strategicznych lokalizacji, jak prowincjonalne porty, które wkrótce mogą stać się centralnymi ośrodkami ważnych szlaków handlowych.

Najnowsza książka Kaplana, która właśnie ukazuje się w Stanach Zjednocznych, nosi znamienny tytuł „The Revenge of Geography” (Zemsta geografii). W zamyśle ma opisywać wpływ geografii na politykę zagraniczną. Niczym Monteskiusz opisujący w „O duchu praw” klimatyczne determinanty ustrojów politycznych, Kaplan wskazuje choćby na fakt, że „Chiny, zdolne wykarmić jedynie 23% swojej populacji z ziemi, która nadaje się do uprawy tylko w 7%, muszą pozyskiwać energię i zasoby naturalne od tak brutalnych reżimów jak Birma, Iran i Zimbabwe, sytuując Państwo Środka w konflikcie moralnym ze Stanami Zjednoczonymi”.

Metodę uważnego studiowania map stosował od dawna. Dostrzegł też, że odwzorowanie kartograficzne kształtuje postrzeganie doniosłości wydarzeń w różnych częściach świata. „Zbyt długo byliśmy więźniami odwzorowania Merkatora, które kładzie nacisk na zachodnią półkulę” – stwierdza w „Refleksjach”. To odkrycie doprowadziło go do napisania „Monsunu”, imponującej panoramy krajów leżących wokół basenu Morza Indyjskiego, w której wieszczy coraz większe znaczenie tego regionu i stopniową marginalizację rejonu atlantyckiego.

Odwzorowanie Merkatora, któremu nie daje się zwodzić Kaplan, to jednak nie tylko mapa kierująca uwagę przede wszystkim na zachodnią półkulę. Można je potraktować jako symbol każdego schematycznego opisu, fałszującego rzeczywistość zgodnie z naszymi oczekiwaniami, sympatiami, pobożnymi życzeniami. Jego więźniami mogą być zarówno Stany Zjednoczone, wierzące, że ich potęga jest wieczna, jak i Chiny, ufne, że przyszłość nieuchronnie należy do nich. Może nim być nie tylko błędne przedstawienie proporcji między kontynentami, ale i nazbyt fatalistyczne lub przesadnie optymistyczne ukazanie „ludzkiego pejzażu”.

Realizm polityczny Kaplana, sposób ucieczki z „więzienia Merkatora”, nakazuje nade wszystko unikać uproszczeń. A jeśli już się im uległo, choćby wierząc, że Irak po obaleniu Saddama Husajna będzie miejscem bezpieczniejszym, trzeba się do tego przyznać i wziąć odpowiedzialność za błąd.

W przypadku Iraku Kaplan usiłował to zrobić podczas briefingu dla prezydenta George’a W. Busha w Camp David w czerwcu 2006 r. Wskazywał wówczas na konieczność przyjęcia strategii przeciwpartyzanckiej. Sześć miesięcy później wdrożył ją generał Petraeus, odwracając losy wojny, jak czytamy w „Refleksjach”, „przynajmniej w sensie militarnym”. To zastrzeżenie sugeruje, że interwencja Busha w Iraku trapi Kaplana podobnie jak zaniechanie Clintona w Bośni.

O ile decyzja Clintona mogła wynikać z określonej interpretacji „Bałkańskich upiorów”, za którą trudno obwiniać autora, to pisarz miał faktyczny wpływ na decyzję o posłaniu wojsk do Iraku. Nic dziwnego, że w szkicu podsumowującym karierę usiłuje częściowo odkupić winy, przypisując sobie współautorstwo zwycięskiej strategii wojennej. W rozmowie dla „Magazynu Literackiego – Książki w Tygodniku” (11.07.2012) mówił jednak: „Jako dziennikarz zbliżyłem się za bardzo do swojego tematu i po prostu chciałem obalenia Saddama. Później zdałem sobie sprawę, że jest coś gorszego od stalinowskiej tyranii – całkowita anarchia. To nie jest pusty termin, całkowita anarchia potrafi zabijać na wiele sposobów. Rozlew krwi, który miał miejsce w Iraku w latach 2006 i 2007, to przykład, co dzieje się w społeczeństwie, w którym nikt nie rządzi”.

Tropiciel próżni władzy

Tukidydes, patron wszystkich realistów politycznych, opisuje w „Wojnie peloponeskiej” tajemniczą zarazę, która dotknęła Ateny: „Epidemia zaczęła się, jak mówią, najpierw w Etiopii, na południe od Egiptu, potem przedostała się do Egiptu i Libii i do wielkich połaci państwa perskiego. Do Aten zaś wtargnęła nagle i najpierw zaatakowała mieszkających w Pireusie” (tłum. Kazimierz Kumaniecki). Anarchia, której nadejście wieszczył w swoim głośnym eseju Kaplan, jest niczym choroba podpełzająca do Pireusu. Zaczyna się na obrzeżach świata uznawanego za cywilizowany, wkrada się w mury miasta, zagrażając nie tylko życiu i zdrowiu, ale wywracając cały porządek społeczny.

David Lipsky ironizuje, że podstawowa przesłanka „kaplanizmu” brzmi: „świat jest niebezpieczny”. Kaplan nie usiłuje jednak wzbudzić w czytelnikach nieokreślonego lęku przed tym, co nieznane. Nie straszy widmowymi spiskami lub czającymi się wszędzie terrorystami. Podstawowy problem stanowi dla niego próżnia władzy, brak jakichkolwiek instytucji, zdolnych utrzymać porządek społeczny. Taką lekcję odebrał w pierwszej połowie lat 90. w krajach Afryki Zachodniej i ponownie po obaleniu reżimu Saddama Husajna, kiedy Irak ogarnął chaos. Płynie z niej wniosek, że tyranów należy usuwać zbrojnie tylko wówczas, gdy są najgorszymi zbrodniarzami, a i wtedy trzeba liczyć się z tym, że sytuacja po ich zniknięciu jeszcze się pogorszy. „Całkowita anarchia potrafi zabijać na wiele sposobów”. Krwiożerczy satrapa jest przynajmniej przewidywalny. Ateńczycy mogli prowadzić strategiczne kalkulacje prowadząc wojnę ze Spartanami, wobec zarazy byli bezbronni.

Kiedy komentatorzy na całym świecie wciąż rozważali tezę Francisa Fukuyamy o „końcu historii” i ostatecznym tryumfie liberalnej demokracji jako modelu cywilizacyjnego i politycznego, Kaplan w kontrowersyjnym eseju z 1997 r. „Was Democracy Just a Moment?” (Czy demokracja była przelotna?) przestrzegał, że demokracja pozbawiona podstawy społecznej w postaci silnej klasy średniej okazuje się nietrwała. „W kraju i za granicą czekają nas jeszcze subtelniejsze rodzaje tyranii” – napominał.

Gdy w 2010 r. wydawał „Monsun”, bogatszy o doświadczenia amerykańskich interwencji w Afganistanie i Iraku, pisał o „subtelnych tyraniach” w bardziej pozytywnym tonie. Oman rządzony przez sędziwego sułtana Kabusa czy niesłychanie zamożny Singapur ze swoją szczególną odmianą „miękkiego autorytaryzmu” stanowiły dla niego rzadkie w rejonie Oceanu Indyjskiego przykłady stabilnych ustrojów, cieszących się poparciem obywateli. W wywiadzie dla „Magazynu Literackiego” podkreślał, że omańska odmiana Arabskiej Wiosny przypominała raczej zbiorową petycję do sułtana niż próbę obalenia znienawidzonego władcy – i społeczeństwo było usatysfakcjonowane sposobem, w jaki spełniono jego żądania.

Owszem, świat według Kaplana bywa miejscem nieprzyjemnym, a na pewno nie w pełni demokratycznym. Wątpliwe, by udało się to zmienić raz na zawsze. Dlatego najważniejszym zadaniem jest uczynienie go bezpiecznym.

Kaplana świat bez fikcji

W „Kapuściński non-fiction” Artur Domosławski dowodzi, że wielki polski reporter poszukiwał w lewicowych partyzantach Trzeciego Świata czystych ideałów zaangażowania społecznego, nieskażonych codziennością realnego socjalizmu, pod wpływem których pozostawał od młodości. Przytacza fragment wywiadu, jaki z Kapuścińskim przeprowadził Jacek Syski: „Byliśmy raczej pokoleniem okresu poszukiwań i zaangażowania, także wyrzeczeń. Przede wszystkim byliśmy świadomi, że to, co najważniejsze i wspólne, wykracza poza jednostkowy krąg spraw każdego z nas. Później, jeżdżąc do Ameryki Łacińskiej, Afryki, na Bliski Wschód, żyjąc tam, szukałem ciągle tych postaw i ludzi...”.

Z tej wypowiedzi wyłania się figura reportera-idealisty, obrońcy wartości humanistycznych, piewcy słusznej sprawy. Robert Kaplan jest dziennikarzem zupełnie innego rodzaju. Nie wynika to wyłącznie z prostego faktu, że Kapuściński wyruszał w świat z Polski ludowej, a autor „Monsunu” ze Stanów Zjednoczonych. Dla obydwu podziały zimnowojenne i post-zimnowojenne są upraszczającymi schematami. W grę wchodzi przyczyna o wiele głębsza, niezależna od historycznych koniunktur – idzie o całkowicie odmienne podejście do świata.

Dla Kapuścińskiego glob był przede wszystkim areną ścierania się Północy i Południa, bogactwa i nędzy, egoizmu i empatii. Dla Kaplana, jak na realistę przystało, jest miejscem negocjacji, niekiedy zbrojnych, między sprzecznymi interesami. Domosławski pokazuje, jak polski korespondent flirtował z władzami, by móc wyjeżdżać, i jak porzucał złudzenia, że władze PRL mogą zrealizować jego młodzieńcze racje. Kaplan starał się nigdy nie żywić złudzeń i pozbawiać ich polityków, jeśli akurat chcieli go słuchać. Kapuściński zachował czystość ideałów (jak pisze Domosławski, do końca życia posługiwał się w prywatnych rozmował słowami „imperializm” i „reakcja”). Kaplan zdołał odrobinę zmienić świat.

Robert D. Kaplan będzie gościem trzeciego i czwartego dnia Festiwalu. 24 października wygłosi wykład z cyklu The Joseph Conrad Annual Lecture, a 25 października weźmie udział w spotkaniu z czytelnikami, które poprowadzi Paweł Marczewski.

PAWEŁ MARCZEWSKI jest historykiem idei i socjologiem, redaktorem „Kultury Liberalnej” i „Przeglądu Politycznego”, stałym współpracownikiem „Tygodnika Powszechnego”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Socjolog, historyk idei, publicysta. Szef działu Obywatele w forumIdei Fundacji im. Stefana Batorego, zajmuje się ruchami i organizacjami społecznymi oraz zagadnieniami sprawiedliwości...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]