Domu nie da się spakować. Korespondencja z Charkowa

Przynajmniej 10 milionów Ukraińców musiało opuścić swoje miejsca zamieszkania. Marzą, by zobaczyć je znowu.

04.04.2022

Czyta się kilka minut

Zniszczone mieszkanie Nataliji. Charków, 26 marca 2022 r. /
Zniszczone mieszkanie Nataliji. Charków, 26 marca 2022 r. /

Na dwa dni przed rosyjskim atakiem Marija i Dmytro nerwowo krążyli po mieszkaniu, palili papierosy jeden za drugim i mniej więcej co pół godziny zmieniali decyzję: wyjeżdżać z Charkowa czy zostawać.

Na wszelki wypadek kupili bilety na pociąg do Lwowa. Chaotycznie chowali rzeczy do walizek i kartonów. 27-letnia Marija spakowała dwie ulubione sukienki. Buty wybrała najbardziej rozchodzone, bo w nich jest najwygodniej. Zapomniała – czego żałuje – pudełka ze zdjęciami. Z tyłu głowy miała poczucie, że może już nie wrócić do mieszkania ani w ogóle do Charkowa. – Trochę czułam się tchórzem, bo zostawiałam wszystko, na czym mi zależy, i wszystkich, których kocham – przyznaje.

Choć na dwa dni przed ofensywą Rosji wciąż wielu wydawało się, że inwazja nie jest przesądzona, Dmytrowi zapaliła się czerwona lampka po tym, gdy Władimir Putin ogłosił, że uzna dwie marionetkowe republiki w częściach obwodów donieckiego i ługańskiego. Marija i Dmytro spodziewali się eskalacji konfliktu w Donbasie, trwającego od 2014 r. Półtora- milionowy Charków sąsiaduje z Donbasem, więc także mógł stać się celem.

Pół godziny przed odjazdem pociągu do mieszkania pary przyszli rodzice Mariji. Wręczyła im klucz i pierwszy raz od wielu lat rozpłakała się przed nimi. Szybko pobiegli na dworzec, wsiedli do pociągu i odjechali, nikomu nic nie mówiąc. Po ponad miesiącu wciąż nie wrócili do regularnie ostrzeliwanego Charkowa.

Od 10 do 15 mln Ukraińców musiało opuścić swoje domy z powodu rosyjskiej inwazji. Ponad 3 mln wyjechały za granicę, z czego większość do Polski. Zostawili za sobą domy, rzeczy osobiste i wspomnienia. Nie wiedzą, czy swoje domy jeszcze kiedyś zobaczą.

Cudze mieszkanie uczynić swoim

Jeszcze w 2018 r. Marija i Dmytro mieszkali gdzie indziej. Spacerowali kiedyś po okolicy, w której obecnie jest ich dom. Marija nie chce zdradzać lokalizacji. Spojrzeli na jeden z balkonów i któreś z nich powiedziało: „Ale super byłoby tu mieszkać!”. Mariji podobała się okolica i to, że w pobliżu mieszkało wielu znajomych.

Wkrótce wynajęli właśnie to mieszkanie, na które patrzyli z ulicy. Było w fatalnym stanie, ale za to właściciel chciał niewiele za wynajem i zgadzał się na każdy remont. Stopniowo je remontowali za własne pieniądze. W drugiej połowie ubiegłego roku Dmytro doprowadził do porządku balkon. Było już chłodno, ale para cieszyła się, że gdy nadejdzie wiosna, będą mogli na nim przesiadywać.

– Remont w nie swoim mieszkaniu bywa męczący. Dopóki masz entuzjazm, jest super. Ale kiedy zaczynasz myśleć, że ono nie jest twoje i nie wiadomo, jak długo będziesz w nim mieszkać, pojawiają się wątpliwości – mówi Marija.

Mimo to ciągle zastanawiali się, co jeszcze zmienić. Może poza meblami, które przez długi czas przestawiali, by znaleźć im optymalne miejsce. Z cudzego mieszkania tworzyli własne. Marija najwięcej czasu spędzała w pokoju, który był zaaranżowany na skromny gabinet. Ustawiła tu biurko i przesiadywała przy nim godzinami. Pracowała zdalnie dla firmy informatycznej. – Twoje miejsce jest tam, gdzie spędzasz większość czasu. To twój dom. Choć tym mianem nazwałabym cały Charków – przyznaje. Dla niej dom tworzą bliscy jej ludzie.

Po wyjeździe w ich mieszkaniu wciąż jest trochę rzeczy: rower przytwierdzony do ściany, rozwieszone pranie, plakaty, rośliny, które podlewał co jakiś czas znajomy, a także pudełka z rzeczami, które może w końcu ktoś będzie mógł im przekazać. Jeden z przyjaciół, mający klucze do mieszkania, zdjął i schował pod łóżkiem pracę charkowskiego artysty Hamleta, którą Marija otrzymała od niego na urodziny. Widnieje na niej napis: „Jestem sprzedawcą, który nie ma nic do sprzedania”.

Poszukiwanie miejsca

Bywało, że Marija zbierała się w spontaniczną podróż. Kilka lat temu wybrała się do USA. Jechała w nieznane, nie miała planu, dość pieniędzy, musiała mieszkać po ludziach.

– Tym razem jest podobnie, ale z tą różnicą, że nie jestem pewna, czy mam dokąd wrócić – mówi Marija. – Chcę wierzyć, że wszystko będzie dobrze, ale nie wiadomo, jak rozwinie się sytuacja.

Wtedy po czterech dniach Marija wyjechała ze Lwowa i udała się do Polski (Dmytro został w stolicy Galicji). Nie chciała opuszczać kraju, ale w ostatnich miesiącach podupadła na zdrowiu z powodu choroby autoimmunologicznej. Bała się, że będzie obciążeniem dla innych, więc pojechała. Pierwsze trzy tygodnie spędziła w Warszawie. Zatrzymała się w mieszkaniu brata. Poczekała na rodziców, którzy później także opuścili Charków, i wyjechała do Berlina, gdzie ma znajomych. Poza tym Polska jest dla niej zbyt blisko Ukrainy – często myślała o powrocie.

W Berlinie znalazła pokój. Chciałaby trochę ochłonąć, a potem zająć się niezbędną biurokracją, by móc zostać dłużej w strefie Schengen niż obowiązujące w ramach reżimu bezwizowego 90 dni. Jeśli wszystko się ułoży i będzie miała pracę, zostanie w Berlinie. W innym razie pojedzie gdzieś dalej. W mieszkaniu, w którym żyje obecnie, może zostać tylko jakiś czas, dlatego szuka czegoś do wynajęcia. – Muszę znaleźć miejsce, w którym będę mogła przebywać przez dłuższy okres – mówi Marija.

To będzie jej dom? – Nie, dom mam tylko jeden – odpowiada.

Ukochane cztery kąty

W jasnym mieszkaniu z piękną panoramą na Charków 33-letnia Tetiana Dehterowa mieszka od ponad dwóch dekad. Najpierw z rodzicami, a potem z mężem Denysem. Gdy jej ojciec i matka wyprowadzili się, małżeństwo przeprowadziło gruntowny remont. Do skończenia została tylko łazienka, za którą mieli się zabrać w najbliższym czasie. Teraz Tetiana cieszy się, że nie zdążyli jej wyremontować.

Ozdoby do domu wybierali na pchlich targach w Charkowie i innych miastach, które odwiedzali. Przywozili je choćby z Polski, Niemiec czy Cypru. Nie potrafi wybrać jednej ulubionej rzeczy.

– Wszystko, poczynając od mebli, a kończąc na świecznikach, wybieraliśmy z mężem – przyznaje Tetiana. – Może jakbyśmy wynajmowali to mieszkanie, nie kochalibyśmy go tak bardzo.

W przestronnym mieszkaniu panuje porządek. O tym, że coś się zmieniło, świadczą zaklejone okna, ukryte w bezpiecznym kącie rośliny i zdjęte lustra.

Porządek był jednym z elementów, na które Tetiana zwracała uwagę. Wraz z uporządkowanym planem dnia i zagospodarowaną wokół przestrzenią stanowił filary jej codziennego funkcjonowania. Pracowała z domu, więc musiała mieć wszystko zorganizowane, by dni nie przeciekały przez palce. Chciała, by otoczenie było dla niej natchnieniem. W przerwie lubiła patrzeć przez okna na Charków i łapała wzrokiem pięć kościołów, które wyróżniały się wśród zabudowy.

Tetiana pracowała w centrum zajmującym się wsparciem dla poszkodowanych na skutek katastrofy w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej w 1986 r.; jej organizacja m.in. zbierała historie ofiar. W 2014 r., gdy wybuchła wojna w Donbasie, do Charkowa przyjechało wielu uchodźców z terenów ogarniętych walkami. Wówczas centrum zaczęło działać także na ich rzecz.

Tetiana przyznaje, że to pewna ironia, iż z osoby zajmującej się uchodźcami wewnętrznymi sama stała się jedną z nich.

Ja albo miasto

Od świtu 24 lutego w Charkowie grzmiało od nalotów. Miasto stało się jednym z celów rosyjskiej ofensywy. Jeszcze tego dnia na obrzeżach doszło do walk z użyciem czołgów i artylerii. Mimo to pozostali w domu na jeszcze jedną noc. Gdy jednak walki się nasilały, Tetiana i Denys zabrali ubrania i bieliznę na zmianę, szczoteczki do zębów, pastę, mydło, a następnie udali się do piwnicy znajdującej się niedaleko ich budynku.

– Gdy w miejscu, gdzie powinnam czuć się najbezpieczniej, odczuwałam zagrożenie, występował dysonans poznawczy. Ziemia usuwa się spod nóg – mówi Tetiana. – W tej nowej rzeczywistości są rzeczy, które od nas nie zależą.

Nikt w Charkowie nie miał wpływu na to, co się stanie z ich domem, nieważne jak bardzo byliby aktywni. Mogli działać, organizować sieci wolontariuszy, pomoc humanitarną, wspierać innych, ale nie mogli wpłynąć na to, gdzie uderzy bomba z samolotu czy rakieta.

W pierwszych dniach można było odnieść odwrotne wrażenie. Im bardziej zdeterminowani do działania byli ludzie pozostali w mieście, tym zacieklej wydawało się być ono atakowane. Na początku marca bomby spadały na centrum. W piwnicy, w której przebywali Tetiana i Denys, tak waliło i trzęsło, że trudno było zgadnąć, czy na zewnątrz jeszcze coś stoi. On nie chciał wyjeżdżać. Ona była na skraju załamania nerwowego. Postawiła ultimatum: albo ona, albo miasto.

Wisimy na włosku

Zebrali najpotrzebniejsze rzeczy i wyjechali. Przyszło im to z trudem. – Wzięłam leki, buty na zmianę, środki higieniczne, ale przecież nie możesz zabrać całego domu. Wszystko w nim jest wykochane, każdy detal. Dlatego pozostawiając mieszkanie, czułam, jakby odbierano mi coś rodzonego. Potrafię pakować się przed podróżą, ale jak spakować dom do walizki i samą siebie, to nie wiem – mówi Tetiana.

Szczególnie żałuje, że nie zabrała starych wyszywanych koszul. Przyznaje, że była to jej rodzinna duma. Gdyby mogła wziąć coś jeszcze, zabrałaby talerze, z których zawsze jedli, bo wtedy czułaby się bliżej domu.

Tetiana i Denys dotarli – z postojami po drodze – do miasta Chmielnicki w środkowej Ukrainie, gdzie wynajmują komfortowe mieszkanie. Tu sytuacja jest nieporównywalnie spokojniejsza niż w Charkowie. Mimo to Tetiana często myśli o rodzinnym mieście i domu. Chciałaby wrócić. Budzi się i nie może zrozumieć, gdzie się znajduje. Potrzebuje chwili, by uświadomić sobie, że to nie jej łóżko, nie jej sypialnia.

– Wszyscy na Ukrainie czujemy się, jakbyśmy wisieli na włosku. W każdej chwili możemy zostać bez niczego. Nie wiemy, kiedy będziemy mogli położyć się na własnej poduszce, przykryć się własną kołdrą we własnym łóżku – stwierdza Tetiana.

Wojna nie mieściła się w głowie

Mniej więcej w tym czasie, co Tetiana, z Charkowa wyjechała Natalija ze swoim chłopakiem Serhijem i kotką Cirillą. 27-latka jest doktorantką na lokalnej politechnice, a także trenerką akrobatyki powietrznej i rozciągania.

24 lutego, jak wszystkich w mieście, obudziły ją wybuchy o piątej rano. Nie mieściło się jej w głowie, że mogło dojść do takiej wojny. Dzwoniła do znajomych i wypytywała, czy też słyszą to, co ona. Wszyscy potwierdzili. Po orędziu prezydenta Zełenskiego nie było już cienia wątpliwości. W ciągu dnia zadzwoniła z przeprosinami do matki, z którą dzień wcześniej się pokłóciła, bo miał dosyć, że mama ciągle mówiła jej, aby zrobiła zapasy i dokądś wyjechała. Wtedy Natalija ze złością odpowiadała, że wszystko będzie dobrze i Rosja nie zaatakuje.

Teraz wraz z Serhijem szybko zebrali rzeczy. Do dwóch plecaków spakowali to, co najniezbędniejsze: komputery, leki, jedzenie dla siebie i kota, trochę ubrań. Do walizki dopakowali to, co przydatne, ale co mogli w najgorszym razie zostawić, gdyby nie mieli jak jej zabrać. Piwnica w ich budynku nie nadawała się do zamieszkania. Pierwszej nocy ukrywali się w łazience, potem zdecydowali, że bezpieczniej będzie w korytarzu. Tam ułożyli karimaty i koce.

Po sześciu dniach i wyjątkowo głośnej eksplozji Nataliję naszły złe przeczucia. Powiedziała Serhijowi, by przenieśli się do znajomych, którzy mieszkali w budynku niedaleko, a obecnie chronili się w podziemnym parkingu. Znajomi wahali się, czy wyjeżdżać. Mieli dwa samochody, więc mogli zabrać też Nataliję, Serhija i ich kota.

Do wyjazdu przekonało ich ostatecznie, gdy weszli do mieszkania znajomych na siedemnastym piętrze. Akurat, gdy byli w środku, bardzo nisko przelatywał samolot, ściany domu drżały. Wkrótce rozległy się odgłosy eksplodujących bomb. Znajomi przerazili się i wszyscy zbiegli do piwnicy. Zebrali rzeczy i dwoma samochodami ruszyli wspólnie w kierunku Lwowa. Wszyscy przekonywali się, że jadą tylko na chwilę. Ale Natalija miała przeczucie, że potrwa to dłużej.

Wiadomość na czacie

Po drodze co chwila utykali w strasznych korkach. Do tego każdego wieczora zaczynała się godzina policyjna, kiedy nie można przebywać na drodze. W rezultacie do Lwowa jechali pięć i pół doby.

Trzeciego dnia, gdy dochodził wieczór i zbliżali się do Winnicy, Nataliji na ekranie telefonu wyświetliły się wiadomości z czatu dla mieszkańców jej budynku. Pokazywały powybijane i powyrywane okna, zniszczone balkony i fasady, a nawet dach. Wyrwała się jej wiązanka prze- kleństw. Podwórka są do siebie bardzo podobne, zdało się jej, że ich okna są w dobrym stanie. Serhij od razu poznał ich niebieską sypialnię i dziurę, w której wcześniej było okno. Ale postanowili nie martwić się na zapas i poczekać do rana na więcej informacji. Natalija przekonała samą siebie, że to nie ich budynek ostrzelano. Zasnęła.

Po przebudzeniu zobaczyła kolejne filmiki i zdjęcia wysyłane przez sąsiadów. Już nie mogła się łudzić. Widziała wyraźnie swoją niebieską sypialnię. Rakieta walnęła w podwórko, a fala uderzeniowa rozbiła im okna i wepchnęła całą ramę do środka tak głęboko, że zatarasowała wejście do pokoju. Gruz i szkło posypały się na łóżko stojące tuż naprzeciw okna, na którym do niedawna spali Natalija z Serhijem. Stojąca obok toaletka była porysowana, ale cała, włącznie z lustrem i żarówkami, które pozwalały lepiej podświetlić pokój, gdy się malowała. Dostała ją w prezencie od Serhija na nowy rok. Jedyne, co ją ucieszyło, to fakt, że nikt nie zginął i nie doszło do pożaru w ich budynku. Prawdopodobnie będzie można go odbudować.

– W pewnym sensie podeszłam do tego ze spokojem. Może dlatego, że dom jest tam, gdy są ze mną bliscy, a oni są obok. Nie wykluczam, że jakbym zobaczyła to na żywo, wywołałoby to więcej emocji – stwierdza Natalija.

Do tego mieszkania wprowadzili się w październiku 2020 r. To ich pierwsze mieszkanie własnościowe. Wtedy jeszcze nie było ukończone. Ostatni element, parapety w sypialni, zamontowali dopiero przed ostatnim nowym rokiem.

Bez syren i wybuchów

We Lwowie spędzili dwa tygodnie. Sądzili, że w tym czasie sytuacja się uspokoi i wrócą do Charkowa. Mijały dni, a Charków był pod ostrzałem. Do tego we Lwowie ciągle wyły syreny alarmowe, a parę razy na obiekty wojskowe na obrzeżach miasta spadły rakiety. Natalija znowu czuła się źle. Ruszyli więc do Budapesztu. Tam firma, w której pracuje Serhij, zapewniła im hotel. Na razie chcą w nim zostać i ochłonąć. Potem pomyślą, co dalej.

Hotel ze swoim szablonowym wyposażeniem jest zaprzeczeniem domowego zacisza, w którym Natalija chciałaby spędzać czas. Nie ma kuchni ani przestrzeni na codzienne życie. Docenia jednak to, że z łóżka nie wyrywają jej syreny ani wybuchy.

Ma nadzieję, że niedługo taka sama cisza zapanuje w Charkowie. Wtedy wróci do domu. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego". Relacjonował wydarzenia m.in. z Afganistanu, Górskiego Karabachu, Iraku, Syrii i Ukrainy. Autor książek „Po kalifacie. Nowa wojna w Syrii", „Wojna, która nas zmieniła" i „Pozdrowienia z Noworosji".… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 15/2022

W druku ukazał się pod tytułem: Domu nie da się spakować