Trędowaty świat

Trąd dzisiaj, dzięki medycynie, nie jest już tak zabójczy jak dawniej. Daje się leczyć.
Czyta się kilka minut

A przy okazji uzdrowienia trędowatego, opisanego w Ewangelii Marka, zastanawiam się, dlaczego dzisiaj ci, którzy twierdzą, że otrzymali dar uzdrawiania, jakoś nie pamiętają, że według Biblii powinni też bez szkody dla siebie jeść zatrute potrawy, brać do rąk jadowite węże, nie mówiąc już o wskrzeszaniu umarłych. Myślę, że ta podejrzliwość nie musi być przejawem złej woli. Kiedy zapytano Jezusa, jakim prawem odpuszcza grzechy, odpowiedział: „Co jest bardziej niezwykłe, czy powiedzieć sparaliżowanemu: »Odpuszczają się tobie twoje grzechy«, czy powiedzieć: »Wstań, weź swoje nosze i chodź«”. Parafrazując te słowa, można powiedzieć: Jeśli twierdzisz, że masz władzę uzdrawiania, pokaż realne, materialne, widzialne skutki twego działania. Przede wszystkim jednak musimy pamiętać, że nie jesteśmy Mesjaszami, Chrystusami, o czym ostatnio przypomniał papież Franciszek. Naszym zadaniem jest wskazywanie drogi i towarzyszenie szukającym Boga.

Cuda pewnie się zdarzają, ale „robienie cudów”, i to na zawołanie, to rzecz mocno podejrzana. Jezus mówi, że to ludzie przewrotni żądają znaku, czyli cudu. A Paweł Apostoł dopowiada, ża czas uzdrawiania i mówienia językami nie będzie trwał w Kościele w nieskończoność, przeminie. Tym, co będzie trwało wiecznie i co wciąż uzdrawia to, co w człowieku najważniejsze, duszę, czyli co przemienia naszą mentalność, serce i głowę, jest czyn, działanie, którego imieniem jest miłość. To miłość pozwala człowiekowi mieć nadzieję wbrew nadziei.

Marta rodziła córeczkę w hospicjum prenatalnym. Z mężem deklarują się jako niewierzący. Wiedzieli, że ich dziecko, jeśli nawet urodzi się żywe, nie ma szans na przyszłość. Tak Marta opowiadała o tym dziennikarce „Dużego Formatu”: „Hania umarła po kilku godzinach – mówi Marta. Ale to były najpiękniejsze godziny w moim życiu. Nie chcę o nich opowiadać. Ale głaskałam ją, całowałam bez końca. Utuliłam ją. Mogę się pogodzić z jej odejściem, bo się podporządkowałam losowi. Pogodziłam się. (...) To, że mogłam się pogodzić z odejściem córki, to wielki dar od losu. Nie wiem, czy od Boga, czy nie. Wierzę, że coś gdzieś tam jest, nie wiem, czy czuwa nad nami, ale to coś dało mi szansę zobaczyć swoje dziecko i pożegnać je tak, jak na to zasługiwało”.

Miłość Marty do jej dziecka, ich dziecka, pozwoliła im, rodzicom i ich córce, przekroczyć próg, który dla wielu deklarujących się jako chrześcijanie stanowi przeszkodę nie do przebycia. Dla ilu z nas świat, natura i prawa, jakimi się rządzi, jest wciąż rzeczywistością trędowatą, niewartą poważnego zainteresowania, a cóż dopiero miłości. Dlatego potrzebujemy Boga, który pomógłby nam jakoś szczęśliwie, i jak najdłużej, na tym podłym świecie pożyć. Ale Jezus tego nam nie obiecuje. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 7/2018