„Trauma-Zdrój”. Po dziecięcej krzywdzie można odzyskać życie

Sanatoryjna krzywda może trwać do dziś, również po wielu latach od doświadczenia przemocy. Możliwy jednak jest też inny ciąg dalszy: leczenie, terapia, wyjście z traumy.
Czyta się kilka minut
Psychoterapia może pomóc nazwać dziecięcą krzywdę i zrozumieć, jak wpływa ona na dorosłe życie.
Psychoterapia może pomóc nazwać dziecięcą krzywdę i zrozumieć, jak wpływa ona na dorosłe życie // il. Magda Wolna dla „TP”

Punkty zwrotne przychodzą znienacka. I nie wyglądają na początki happy endów.

Tomasz, aktor po czterdziestce, budzi się w swoim mieszkaniu na 9. piętrze z myślą o dwóch drogach. Jedna wiedzie na balkon. 

Sylwia, pisarka, powoli kończy wieloletnią terapię, gdy po raz pierwszy przychodzą do niej dwa słowa: „sanatorium” i „Rabka”. 

U Ewy zaczyna się od pytania. „Bałaś się kiedyś czegoś, ale tak bardzo?” – zagaja miła pani na warsztatach psychologicznych. „Nie, skąd!” – odpowiada Ewa, ale po sekundzie czuje, że zaraz się rozpadnie.

Po ponad dwóch dekadach czyta mamie fragment reportażu. O czterolatku, który myślał, że został porzucony, a później przez kilka lat nie odzywał się w szkole. „Dość, wystarczy” – przerwie mama i się rozpłacze.

Fala reakcji na reportaż „Trauma-Zdrój” 

Ten reportaż to „Trauma-Zdrój”, opublikowany przez nas miesiąc temu. Ośmioro bohaterów opowiedziało o sanatoryjnych przeżyciach w Rabce-Zdroju

Uruchamianie odtwarzacza...

O poczuciu bycia porzuconym, o fizycznej i psychicznej przemocy – biciu, publicznym upokarzaniu, zmuszaniu do jedzenia itd. A psycholożka Sabina Sadecka mówiła o doświadczeniu pokoleniowym i „polskim tabu” medycznej traumy okresu PRL.

Reportaż przeczytało ok. 100 tys. Polaków, czytelnicy na profilu facebookowym „TP” zostawili kilka tysięcy komentarzy. „Moje ciało jest zdrowe. Ale jarzmo odrzucenia i poczucia bycia niechcianym noszę do dziś” – pisał Maciej. „Trauma życia”, „koszmar” – dodawali inni, i choć pojawiły się też dobre wspomnienia, stanowiły mniejszość.

Jednak wiele z tych „negatywnych” to też opowieści z ciągiem dalszym: o wychodzeniu z traumy, oswajaniu się z krzywdą, o leczeniu, terapii. 

Ten tekst przedstawia trzy spośród dziesiątek podobnych historii.

Sanatoryjne historie Tomasza, Sylwii i Ewy

– Poza wrażeniem chłodu i porzucenia przez rodziców, spotkało mnie coś jeszcze – mówi do kamery laptopa Tomasz, aktor z dużego miasta. Wiemy, o czym za moment opowie, bo kilka dni wcześniej przysłał maila. „To niesamowite, jaka jest pamięć czterolatka (...) Przez 40 lat trzymałem to w sobie, aż wyhodowałem głęboką depresję” – pisał.

Tomasz: – Janowice Wielkie, prewentorium dla dzieci pracowników kolei. Miałem cztery latka. Regularnie byłem zaprowadzany do pokoju mężczyzny, 30-40 lat, nie wiem, czy lekarza, czy pielęgniarza. Molestował mnie.

– A potem były noce, jeszcze gorsze – dodaje Tomasz. – Spędzałem je w zamykanym od góry łóżku, jak dla niemowlaków. Przychodzili starsi chłopcy, gwałcili mnie. Nie wiem, czemu nie krzyczałem, dlaczego nie wzywałem pomocy, dlaczego nikt tego nie wyłapał. Później na długie lata to wyparłem. 

Ewa, przed pięćdziesiątką, jest dzisiaj psychoterapeutką (prosi o zmianę imienia, bo nie wie, jak zareagowaliby pacjenci), lata temu była w Rabce. Po przeczytaniu „Traumy-Zdroju” napisała w mailu: „Jeśli mogę powiedzieć, jak rozumiem po latach takie doświadczenie, chętnie to zrobię”. I dalej: „Ma to sens pewnie tylko, jeśli przyda się innym. Da pojemnik ze słów na często nieopowiadane i ucieleśnione doświadczenie”.

Rabka-Zdrój, jedno z sanatoriów (chodzi o inną placówkę niż opisany przez nas w reportażu popularny „Pstrowski”). Izolatka: oszklone ściany, łóżko z poduszką. – To w ogóle pierwsza zapamiętana przeze mnie scena z życia – wspomina Ewa. – Dziś bym powiedziała, że jestem blisko szaleństwa: przerażona, krzyczę, rzucam się na przeszklone ściany, żeby mnie ktoś stamtąd zabrał, bo wydaje mi się, że poduszka... oddycha. To jedyne, co pamiętam i co do czego jestem pewna, że się zdarzyło. Oczywiście poza „oddychającą poduszką”, która była w mojej głowie i która mówi dużo o skali mojego przerażenia. To było doświadczenie skrajnej dezorganizacji dziecięcej psychiki, przerwanie ciągłości życia psychicznego.

Scena druga, zapamiętana przez jej ojca: mała Ewa schodzi po schodach, on stoi na dole. – Przyjeżdżał czasami z Warszawy, byłam w tym szczęściarą – uważa Ewa. – Pan Krzysztof z waszego poprzedniego reportażu, który myślał, że został porzucony, był pozbawiony najważniejszej i czasem jedynej rzeczy, która dziecku w takiej sytuacji zostaje – nadziei. Ja ją miałam. Tata zapamiętał, że schodzę po schodach i nie chcę rozmawiać. Mówię tylko: „Jak mnie nie zabierzesz, to ci tu umrę”.

– Gdy go pytałam o jego reakcję, odpowiedział, że mu serce pękało – dodaje Ewa. – Moja mama starała się tam być, i to kolejna różnica na plus względem innych. Spędziłam tam cztery miesiące.

Sylwia jest pisarką, autorką sześciu książek poetyckich. Będąc w Rabce dwa lata temu, poszła do sanatorium (byłego „Pstrowskiego”; teraz to Śląskie Centrum Rehabilitacyjno-Uzdrowiskowe im. dr. A. Szebesty): – Poczułam te same zapachy, wróciło każde wspomnienie, każda krzywda.

Początki wyglądały jak u bohaterów naszego poprzedniego tekstu: przymus oddania rzeczy osobistych i ubrań, zastąpienie ich starymi ciuchami, często w niedobranych rozmiarach, z podartymi rajstopami; zbiorowe podmywanie się i kąpiele (po tamtym doświadczeniu Sylwia będzie się wstydzić swojego ciała, np. na plaży); zakaz wychodzenia nocą do toalety (dzieci moczyły się do łóżek), stanie za karę w zimnym korytarzu. I karaluchy. 

Sylwia: – Były wszędzie. W szafkach, w których trzymałyśmy słodycze od rodziców, w toaletach, w łazience, na podłogach. Oprócz tego najgorsza była wszawica. Miałyśmy grzebieniem wyczesywać wszy i gnidy do umywalek. Wyczesywałam, ale wraz z nimi kapały mi łzy. Potem smarowano nam głowy odpowiednim specyfikiem, który strasznie śmierdział, i kazano chodzić w chustach na głowie. Pamiętam też, jak kiedyś jedna pani karmiła mnie na siłę. Zwymiotowałam. Do tej pory nie lubię mleka, choć wcześniej mi smakowało.

Sylwia opisuje jedną z wychowawczyń, często krzyczącą na dzieci: krótko obcięte włosy, chrapliwy głos, twarz pozbawiona uśmiechu, kurtka moro. – Była też inna surowa osoba, która prowadziła zajęcia z gimnastyki – dodaje Sylwia. – Robiliśmy ćwiczenia tzw. seriami, np. 80 przysiadów, 80 rowerków, nożyce, ćwiczenia na drabinkach. Nie wolno było zwolnić tempa, bo była kara – dodatkowe ćwiczenia. Po ewolucjach na drabince miałam pęcherze na dłoniach. Pękały, pojawiała się krew, zasychało, znowu pęcherze. Ta kobieta krzyczała podczas gimnastyki i ciągle zadawała kary. Prowadziła też lekcje na basenie. I nieistotne, czy ktoś się prawie topił, czy sobie radził: trzeba było pływać prawie non stop. Pamiętam, jak kazała mi robić pompki na twardych płytkach basenowych, przez co miałam pokaleczone ręce.

Sylwia pamięta jeszcze odliczanie dni do końca pobytu: – Pokazywano nam np. dziewczynkę z zaawansowanym skrzywieniem kręgosłupa. „Jak nie będziecie długo w sanatorium, to będziecie takie garbate!” – słyszeliśmy. 

Etap pierwszy: zdać sobie sprawę, że stało się coś złego

Pytamy Ewę, od kilkunastu lat psychoterapeutkę, o etapy zdrowienia. Odpowiada, że pierwszy to dostrzeżenie, że w moim wnętrzu powtarza się jakiś rodzaj cierpienia. I uświadomienie sobie, że stało się coś złego. 

Ewa: – Mój początek to warsztat psychologiczny, gdy miałam nieco ponad 20 lat. I pytanie, czy kiedyś się czegoś bardzo bałam, na które odpowiedziałam przecząco. Po sekundzie opanował mnie stan, jakiego nie doświadczyłam nigdy. Panicznego lęku, po którym prowadząca warsztaty się zerwała i zaczęła mnie przytulać. Nikt wcześniej nie zadał mi tak tego pytania. To wtedy zdałam sobie sprawę, że lęk jest w moim życiu dziwnie obecny i że zdarzenia, które wcześniej nie wydawały się istotne, mają tutaj znaczenie.

Tomasz: – Już wcześniej najprawdopodobniej cierpiałem na stany depresyjne, ale pewnego dnia obudziłem się z myślą, że mam dwa rozwiązania. Albo wyskoczyć z 9. piętra, albo pójść do psychiatry. Nie wiem, czy faktycznie bym skoczył, ale to były konkretne myśli. Tego samego dnia znalazłem specjalistę. Później była praca z psychoterapeutką, gdzie wątek sanatoryjny pojawił się dopiero po jakimś czasie. Pamiętam łzy terapeutki, gdy opowiedziałem o swoim pobycie w Janowicach. I jej zdanie: „Ja też jestem człowiekiem”.

Sylwia: – Zaburzenia lękowe i depresyjne zmusiły mnie do sięgnięcia po pomoc psychoterapeutyczną. Wydawało się, że wszystko mamy już przeanalizowane, ale bardzo długo nie wspominałam o Rabce. Jednak ze względu na to, że ciągle przez moje życie przewijał się motyw porzucenia, wróciliśmy jeszcze raz do samych początków, by wytropić, skąd się on bierze. Zaczęłam opowiadać o chorobach i po tej nitce doszliśmy do sanatorium. Nagle wszystko otworzyło się znów przede mną, jakby to działo się wczoraj.

Tomasz, Sylwia i Ewa: jak zmienia trauma

Tomasz (dziś aktor) przyjechał z Janowic Wielkich z tikiem nerwowym. – Zamknięty w sobie, wyciszony – opisuje.  

Sylwia (dzisiaj pisarka) przywiozła z Rabki fobię na owady. Nawet na motyle, choć wychowywała się na wsi.

Ewa (teraz psychoterapeutka) wróciła zmieniona: – Wchodziłam pod stół, rodzice nie radzili sobie z moją złością.   

Tomasz: – Moi rodzice przez całe dzieciństwo na każdą wzmiankę o tamtej placówce reagowali nerwami. Domyślali się, że działo się tam coś złego.

Ewa: – Komuś z boku opisałabym to tak. Wysadzono mnie jako czterolatkę z pociągu z napisem „rodzina”. Zostałam sama, a pociąg z zadowolonymi ludźmi odjechał. Potem wrócił, a pasażerowie myśleli, że zwyczajnie dołączę do tej wesołej wycieczki. Tyle że ja już byłam zmieniona. I wydawało mi się, że nie bardzo pasuję – aż do dorosłości. Czułam się osobna, niepewna. Tak jakbym ciągle była na progu tej izolatki, zmuszona trzymać jedną nogę przed drzwiami, żeby znowu się za mną nie zamknęły.

Sylwia: – Po sanatorium długo bałam się publicznych wystąpień. W szkole, zamiast odpowiadać ustnie, wolałam pisemnie. 

Ewa: – Miałam nikły dostęp do lęku w ciągu dnia. Za to w nocy był paraliżujący. I koszmary: stale uciekałam przed czymś po kręconych schodach. Strach przed zaśnięciem w ciemności towarzyszył mi do wieku dorosłego. Trauma zostawia specyficzne poczucie izolacji. Wtórnie owocuje problemami w relacjach z bliskimi, tak było w moim przypadku. Lęk, czy mogę przynależeć. Pragnę tego, ale też bardzo się tego boję. Do tego dochodziła głęboka depresja, w której widziałam życie na zewnątrz, ale nie mogłam się do tego życia przyłączyć.

Etap drugi: przeżyć dawny smutek 

Kilka dni po rozmowie Ewa przyśle SMS: „Trochę się martwię, czy to, co mówiłam, nie zaszkodzi ludziom, którzy są w terapii, czy nie wpisze się w podważanie zaufania do naszego zawodu. Nie zaniepokoi, że terapeutka miała tyle kłopotów”. 

Ale z własnych kryzysów, traum, granicznych doświadczeń czerpało wielu psychologów, psychoterapeutów, psychiatrów. Np. Antoniemu Kępińskiemu przypisuje się epizod psychotyczny. A Maria Orwid, pionierka terapii rodzinnej w Polsce, jako kilkulatka była w sanatorium w Rabce-Zdroju i dla niej również było to ponoć doświadczenie traumatyczne (mówiła o tym niedawno w podkaście „TP” psycholożka i psychoterapeutka prof. Barbara Józefik).

Pytamy Ewę o kolejne – po wypowiedzeniu swojej historii na głos – etapy zdrowienia. Nie chodzi o sztywny schemat, bo takiego nie ma, ale przeżyte przez nią samą i potencjalnie przydatne dla innych momenty zwrotne.

Krok kolejny, mówi, to zauważenie, jak złe rzeczy, które mi się przytrafiły w przeszłości, wpływają na moje teraz. Na lęk, stale obecny smutek, ataki paniki. – Zorientowałam się, że nie wszyscy tak mają – wspomina Ewa. – Dostrzegłam, jak jestem napięta, i jak bardzo to napięcie daje się zredukować np. alkoholem.  

Inny moment zwrotny to dla Ewy narodziny jej dziecka, dzięki niemu doszacowała wagę swojej traumy: – Gdy córka miała cztery latka, a więc tyle, co ja wtedy, pomyślałam: „Ta dziewczynka, której bym nie zostawiła na dłużej niż parę dni, miałaby być sama przez kilka miesięcy?”. 

Krok kolejny według Ewy: – Przeżyć to, co jest do przeżycia, gdy sercem zobaczę siebie sprzed lat. Nie da się w wieku prawie 50 lat wypłakać łez, które się miało do wypłakania w wieku lat 4, ale pozwolenie sobie na to, by pomyśleć zdanie: „Naprawdę spotkała mnie wielka krzywda”, jest bardzo ważne.

Ewa mówi, że dobrze zrobić te wszystkie kroki z fachową pomocą. Tomasz i Sylwia, zanim znaleźli drogę do gabinetów psychoterapeutycznych, opowiadali o swojej przeszłości poprzez sztukę.

Tomasz: – Jako sześciolatek zacząłem grać na fortepianie, trwało to 11 lat i dawało mi ukojenie. Dorośli zawiedli, ale mogłem wykorzystać klawisze i dźwięk. Potem poszedłem w aktorstwo, to był chyba kolejny etap – jako aktor jestem ja, bez protez. Ja i moje emocje, z którymi wchodzę na pustą scenę.

Sylwia: – Pisać zaczęłam jeszcze w Rabce. To pozwalało mi na oderwanie się od sanatoryjnej rzeczywistości.

O innym wymiarze zdrowienia wspomina Ewa: – To regulacja układu nerwowego, który u osoby z traumą jest zawsze przeciążony. Chodzi mi o aktywne, świadome wybieranie tego, co koi, bo jest większe i trwalsze niż nasze doświadczenia. Dla mnie to np. las. 

Historia Krzysztofa: „Dzień Dobry TVN” na zdrowie

Po poprzednim reportażu dostajemy telefon od wydawcy „Dzień Dobry TVN”, popularnej  telewizji śniadaniowej. Chcą rozmawiać m.in. z jednym z bohaterów naszego tekstu. Wybór pada na Krzysztofa, który opowiedział nam o poczuciu porzucenia.

Opowiadał też o spustoszeniu, jakie pobyt w sanatorium wywołał w jego dalszym życiu. Skoro nie odzywał się słowem w szkole, a w dorosłości „gasł” w większej grupie, np. w czasie wystąpień, to czy da radę przed kamerami?

„Czuję ogromny strach i stres (...) Zrobiłem już duży krok, że jestem w stanie w ogóle o tym mówić, ale w niektórych sytuacjach dalej mogę zanosić się płaczem. Czuję też wściekłość, że to przez Rabkę moje ciało tak reaguje. Z drugiej strony, bardzo tego chcę: i rozgłosu tematu, i przekraczać swoje granice” – pisze do nas Krzysztof i prosi o czas na zastanowienie.

Po kilku dniach przychodzi odpowiedź: „tak”. „Jestem pewien, że mnie to wzmocni” – powie przed programem. W trakcie rozmowy na żywo będzie moment, kiedy z trudem opanuje łzy – stanie się to podczas zdawania relacji o wspólnej wizycie w dawnym „Pstrowskim” wraz z synem.

Po programie powie, że stanięcie przed kamerą przełamało jego lęk przed większym audytorium – przywieziony, jak wierzy, z Rabki. 

Terapeuci poznawczo-behawioralni nazywają to ekspozycją. Dobrowolnym, stopniowym oswajaniem się z trudnymi sytuacjami. 

Etap trzeci: dobra rozmowa 

Tomasz, Ewa i Sylwia opowiadają nam o niełatwych rozmowach z bliskimi. Rodzeństwem, partnerami, rodzicami.  

Tomasz: – Po lekarzu i terapeucie była siostra. Potem moja partnerka – miałem wtedy 41 lat. Z początku pojawił się strach, ból, zagubienie. Partnerkę to zgasiło, rozproszyło, ale nie postawiłem się w pozycji „biednego misia”, który przychodzi po ratunek, sam walczyłem o siebie. Ją też namówiłem na terapię. 

Sylwia: – Po tekście w „Tygodniku” rozmawiałam z rodziną. W tamtych czasach, czyli w latach 80., lekarz ze Śląska po prostu wypisywał skierowanie na leczenie i trzeba było się temu poddać. Owszem, gdy byłam mała, nie rozumiałam tych mechanizmów systemowych, ale teraz wiem, że rodzice nie mieli innych możliwości leczenia dziecka z chorobą kręgosłupa.

Tomasz: – Tata był mocnym charakterem i gdy któregoś dnia nadepnął mi na odcisk, mówiąc coś w rodzaju: „A co ty z tą twoją depresją?”, powiedziałem: „Usiądźcie”. I opowiedziałem wszystko. Serca im prawie popękały, płakali. Przeprosili mnie. Nie chcę ich winić, ale wiem, gdzie leży ich odpowiedzialność. Byłem już na tyle silny, że mogłem z nimi normalnie rozmawiać, potrafiłem się nawet przy tym uśmiechnąć.

Ewa: – Wcześniej z mamą prawie o tym nie rozmawiałyśmy. Ale teraz przeczytałam jej na głos kawałeczek artykułu z „Tygodnika”. Sam początek reportażu, o tym, co się dzieje w dorosłości z ludźmi po traumie. A także fragment o panu Krzysztofie, że czuł się porzucony. Właśnie wtedy, po kilku zdaniach, poprosiła, bym przerwała, i zaczęła płakać. Opowiedziała mi, że jak wróciłam z Rabki, to nie chciałam rozmawiać, rzuciłam lalką. Dzięki tej rozmowie dostałam ten zgubiony kawałek jej miłości z tamtego czasu – jakbym po latach mogła zobaczyć i poczuć, że ona mnie wtedy kochała.

– Sam reportaż był dla mnie jak zamknięcie niepełnej figury geometrycznej, która męczy niczym otwarte okienko w komputerze – dodaje Ewa. – Dostałam lustro, wydarzenia tak bardzo zbieżne z moimi. Też łazienka, też zamach na intymność, też opuszczenie, też zmuszanie do jedzenia, też kompulsywna masturbacja kogoś, z kim się jest w pokoju, itd. Najważniejsze sfery życia: intymność, fizjologia, relacje. Wszystko, co tworzy życie, było tam zaburzone, a ja dostałam ostateczny dowód, że tak mieli też inni ludzie.

Niemieckie sanatoria: spotkanie poszkodowanych

Nie tylko w Polsce – w innych krajach też. W 2022 r. portal polskieradio24.pl cytował kolońską rozgłośnię Domradio, donoszącą o „koszmarnych obrazach przemocy” w Nadrenii Północnej-Westfalii. „Z ustaleń nadreńskiego rządu wynika, że jeszcze w latach 80. XX wieku w niemieckich domach uzdrowiskowych dzieci były systematycznie bite i poddawane torturom”. Istnieje też podejrzenie, że prowadzono na nich eksperymenty medyczne, testując preparaty na uspokojenie, które pogarszały zdrowie.

Pod koniec 2019 r. niemieccy poszkodowani spotkali się po raz pierwszy na ogólnokrajowej konferencji, gdzie mogli podzielić się swoimi doświadczeniami. Założyli stowarzyszenie – Inicjatywę na rzecz Dzieci Wysyłanych. Domagają się od władz Niemiec i poszczególnych krajów związkowych stworzenia z publicznych środków centrum dokumentacji oraz ośrodka doradztwa dla poszkodowanych. Pojawił się też pomysł, by na budynkach nieczynnych już sanatoriów upamiętnić byłych dziecięcych pacjentów.

Sylwia, Tomasz i Ewa dzisiaj 

Sylwia: – Przywołanie, wypowiedzenie i przeanalizowanie doświadczeń sanatoryjnych pozwoliło mi zrozumieć przyczyny różnych swoich zachowań. Bez tego człowiek błądzi we mgle i ma nieuzasadnione poczucie winy. Wypracowałam sobie całkiem niezły sposób funkcjonowania. Na zewnątrz mogę wydawać się osobą otwartą, twórczą, odważną. To nie znaczy jednak, że wszystko minęło jak ręką odjął. Ciągle pulsuje we mnie jakiś stan lękowy. Jednak umiem już sobie z tym radzić.

Tomasz: – Dwa miesiące po zamknięciu terapii odkryłem, że już nie muszę wchodzić na scenę. Teraz jestem pedagogiem teatru, mam satysfakcję, gdy widzę, jak niektórzy moi uczniowie zachodzą w zawodzie dalej ode mnie. Dzięki terapii mogę powiedzieć, że nie jestem, ale byłem ofiarą złych ludzi w sanatorium.

Sylwia: – Choruję na nerki, często bywam w szpitalach i bez oporów informuję personel, że ze względu na złe doświadczenia z dzieciństwa potrzebuję po swojemu zagospodarować przestrzeń. Zwłaszcza zadbać o warunki higieniczne. Ważne jest też dla mnie, by wiedzieć, na czym będą polegały zabiegi. To pomaga oswajać lęk, ale też poczuć się podmiotowo, czego w „Pstrowskim” zabrakło. 

– No i paradoksalnie, jako przejaw zdrowienia oceniam to, że potrafię dziś spojrzeć na pobyt w Rabce w sposób bardziej wypośrodkowany – dodaje Sylwia. – Tych pozytywnych stron było może 20 proc. w porównaniu z koszmarnymi, ale teraz je też dostrzegam. Np. byli wychowawcy i pielęgniarki, a zwłaszcza nauczyciele, których wspominam dobrze. Szkoła sanatoryjna była miejscem wytchnienia: wykwalifikowana kadra, świetnie wyposażone pracownie. Chcę to podkreślić: były w sanatorium nieliczne osoby, które miały w sobie pokłady empatii i dzięki którym bywały chwile z perspektywy dziecka przyjemne.

Jak wyjść z izolatki 

Ewa: – Jest taki tekst ks. Tischnera „Ludzie z kryjówek” [esej napisany w 1978 r. – red]. Do kryjówek trafiamy z powodu różnych życiowych okoliczności. A to, co może nas z tych kryjówek wydobyć, to nadzieja i fakt, że poza przestrzenią izolacji zobaczymy jakieś ważne dla nas wartości. Sama też tkwiłam w takim ukryciu, niczym w tej rabczańskiej izolatce, przez lata. Poza nią zobaczyłam ludzi, relacje, pracę i miłość. 


Instytucje nie reagują

W poprzednich częściach reportażu opisaliśmy nasze próby uzyskania od instytucji reakcji na opisane zdarzenia. Komentarza odmówił nam burmistrz Rabki-Zdroju, nie dostaliśmy też odpowiedzi na pytania od spadkobiercy prawnego sanatorium „Pstrowskiego” w Rabce. 

Z kolei następcą prawnym byłego Prewentorium Kolejowego dla dzieci w Janowicach Wielkich w województwie dolnośląskim, które działało przez kilkadziesiąt lat od 1955 r., jest Wojewódzki Szpital Rehabilitacyjny, funkcjonujący w tym samym budynku od 2017 r. 

Na nasz e-mail do tej placówki odpowiedziała Teresa Szkaradek-Roman, kierowniczka administracyjno-gospodarcza szpitala, która pracowała też w latach 70. (na niższych stanowiskach i nie w pionie wychowawczym) w prewentorium. Na pytania dotyczące dramatycznych zdarzeń dotyczących pana Tomasza urzędniczka odpowiedziała, że nie pamięta ani tej historii, ani żadnych doniesień o przemocy na terenie placówki. 


Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł