W ostatnim numerze „Tygodnika” opublikowaliśmy reportaż Beaty Chomątowskiej i Przemysława Wilczyńskiego o historii rabczańskich sanatoriów dla dzieci. Bohaterowie tekstu „Trauma-Zdrój” – dziś w wieku ponad 40, 50 i 60 lat – opowiedzieli nam o swoich wielotygodniowych pobytach w Rabce. O całkowitym osamotnieniu, przedmiotowym traktowaniu przez personel, a także o przemocy: biciu, upokarzaniu, ośmieszaniu, straszeniu.
„Podczas szkoleń, a także w gabinetach często pojawia się wątek traumy medycznej, związanej z zagrożeniem zdrowia, polegającej na przetrzymywaniu w placówkach leczniczych dłużej, niż psychika może to unieść, często wbrew woli pacjenta. Wiąże się z nią ważny czynnik obciążający – poczucie osamotnienia. Pacjenci po pobytach w sanatoriach reagują atakami paniki np. na widok igieł, ale też miewają urazy związane z konkretnymi zapachami, potrawami czy nawet specyficznym rodzajem oświetlenia, powszechnym w takich instytucjach” – mówiła nam psycholożka Sabina Sadecka. I dodawała, że trauma medyczna – zjawisko pokoleniowe osób będących dziećmi w czasach PRL – to polskie tabu.
Publikacja reportażu wywołała setki reakcji czytelników. Poniżej niektóre z nich.
Tylko nie mów nikomu
Mam 42 lata, w trzeciej klasie podstawówki matka wysłała mnie do sanatorium do Rabki – o tym, co tam widziałam, mogłabym napisać książkę. W tamtych czasach nie było pojęcia autyzmu, depresji, zaburzeń lękowych, choroby afektywnej dwubiegunowej. Kiedyś dzieliło się dzieci na „dobre” i „złe”, a te „złe” w oczach pań opiekunek zwanych pielęgniarkami miały mieć stworzone piekło na ziemi.
Dzieci były różne: i z tzw. lepszych domów, i z domów dziecka – te miały najgorzej, bo do nich nikt nie przyjeżdżał, nikt nie dzwonił, nie miały się komu poskarżyć. Pamiętam chłopca, miał może z 7-8 lat i ciemną karnację, kręcone czarne włoski. Był nadpobudliwy, wszędzie było go pełno. To denerwowało panie pielęgniarki, najbardziej tę o oddziałowym pseudonimie Barbie. Była to kobieta po czterdziestce, szczupła, wysoka blondynka o niebieskich oczach. Miała wysoki ton głosu, gdy krzyczała, było ją z daleka już słychać.
To był poniedziałek, dobrze pamiętam. Po kolacji mieliśmy udać się do sal i szykować się do spania. Zapadała cisza, ja szłam, a wcześniej wspomniany chłopczyk biegał po korytarzu, gdy nagle ze służbówki pielęgniarek wyleciała Barbie i zaczęła krzyczeć. Chwyciła chłopczyka za rękę i wciągała do pomieszczenia służbowego. Chłopiec zaczął przeraźliwie krzyczeć.
Pobiegłam tam, zaczęłam ciągnąć za klamkę, było zamknięte. Dzieci wybiegły na korytarz, podbiegła do mnie dziewczynka starsza ode mnie – zaczęła mnie odciągać: „Chodź, bo też dostaniesz!”. Poszłam z nią, ale krzyki chłopczyka było słychać jeszcze przez godzinę. Dzieci nakrywały poduszkami głowy, żeby nie słyszeć, w ich oczach było widać przeraźliwy strach.
Następnego dnia szukałam chłopczyka, ale nigdzie go nie było. Wieczorem, idąc się myć, zobaczyłam w korytarzu postać. Zgarbioną, ciągnącą nogę za sobą. To był on. To, co ujrzałam, nie mieściło się w wyobrażeniach o dziesięciolatku. Ręka wisiała mu bezwładnie, na twarzy miał skrzepy zastygłej krwi, oczy opuchnięte od płaczu. Zapytałam, gdzie był, w odpowiedzi usłyszałam: „Nie powiem, bo znowu mnie zbije”.
Nie wytrzymałam. Naprawdę nie wiem, skąd znalazłam w sobie tyle siły, ale pobiegłam do „budy” tych pseudopielęgniarek i zaczęłam się drzeć, że moi rodzice są na stanowiskach, i że jak temu chłopcu nie pomogą, to jutro przez telefon wszystko im powiem i wpadnie tu kontrola z prędkością światła. Dwie wybiegły, wzięły chłopczyka i gdzieś zaprowadziły. Położyłam się do łóżka, ale minęły ze dwie godziny, aż zasnęłam.
Następnego dnia na śniadaniu był już chłopczyk, ale nie jadł. Nie miał jak: ręka w gipsie od palców aż po sam łokieć. Podeszłam i zapytałam, czy go coś boli. Odpowiedział, że plecy i noga, ale mam nikomu nie mówić, bo obiecał milczenie.
To, co tam przeżyłam, odcisnęło ślad na moim życiu. Gdy to piszę, trzęsę się, ale gdy zobaczyłam artykuł, wszystko wróciło. I niestety już na zawsze pozostanie ze mną.
Dagmara
Rabczańskie słoneczko
Jestem jednym z tych dzieci. Chociaż rodzice odwiedzali mnie codziennie, nie umiałam powiedzieć, co jest nie tak i dlaczego chcę do domu. Pielęgniarki darły się o wszystko, nie chciały czesać włosów, gdy się spóźniłam, bo już miały umyte ręce. Kazały same chodzić na zajęcia, na które nie wiedziałam, jak trafić, mając siedem lat. Na koniec pobytu dostałam z nerwów biegunki, bałam się o tym powiedzieć, a jak odkryły, że nie zdążyłam do toalety, to się znowu darły. Przez biegunkę mój pobyt jeszcze się przedłużył. Później latami, widząc napis „Rabka” i sławne słoneczko, chowałam się pod fotel w samochodzie.
Karolina
Ćwiczenia
Jeździłam do „Pstrowskiego” przez wiele lat. Zmuszano nas do wielogodzinnego wiszenia na wyciągach, ćwiczeń na drążkach aż do krwi na dłoniach. Wrzeszczące na nas panie od sportu i fizjoterapii, fatalne jedzenie i te upiorne mundurki jak dla sierot. Trauma na całe życie.
Magdalena
Zdrowi na ciele, chorzy na duszy
Odbieranie bielizny; spanie o tej samej porze na tym samym boku; zabieranie słodyczy; przeszukiwanie szafek; odwiedziny tylko w wyznaczonym dniu w tygodniu i to o pewnych godzinach. I jeszcze wiele przymusowych posiłków, ćwiczeń itd. Obecnie dorośli, a kiedyś dzieci-kuracjusze wyparli wstrząsające przeżycia. Paradoks tego miejsca był taki, że dzieciaki wysyłano tam, by leczyć je z ołowicy, astmy, anemii. Wracały zdrowe na ciele i chore na duszy.
Marzena
Obóz przetrwania
Byłem w Rabce kilka wakacji z rzędu, chyba w wieku od dziesięciu do trzynastu lat – ponad dwie dekady temu. W którymś momencie miałem tak dość tego, jak nas traktowali, że na porannej „musztrze” rozpłakałem się i wywrzeszczałem im, co nam robią. Potem uciekłem do izolatki i zrobiłem strajk głodowy. Pamiętam, że tak wszystkich ruszyło sumienie, że do końca turnusu zmiana była o 180 stopni. Nagle ludzie do rany przyłóż. Po tej akcji chyba były jakieś zmiany kadrowe i rok później było już lepiej.
Do dziś pamiętam Rabkę bardziej jak obóz przetrwania niż pobyt w sanatorium. Było bardzo przemocowo, ale też nie było tylko źle – i do dziś trudno mi opisywać złożoność tego zjawiska tak, żeby nie unieważniać przemocy, która miała tam miejsce. Pierwsze pocałunki, pierwszy wolny taniec z dziewczyną, wymykanie się z oddziału na pizzę, nocne spotkania pomiędzy oddziałami, wyjścia w góry. Oglądanie amerykańskich filmów na VHS na świetlicach. Jedzenie suchych zupek Vifon, kupionych w sklepie nieopodal. Słuchanie Liroya i Paktofoniki na kasetach. Zrywanie i jedzenie mirabelek z ogrodu. Robiliśmy, co mogliśmy, żeby sobie radzić, nawet jeśli było ciężko.
Pielęgniarki i opiekunowie nie radzili sobie ze sobą i z nami, wrzeszczeli na nas, czasem szarpali, znajdywali różne kary. Musztra jak w wojsku, chociaż czasem to było bardziej jak fala. Opiekunów było za mało na taką masę dzieci i chyba nie byli przygotowani. Niektóre dzieci rodzice szybko zabierali do domu, gdy widzieli, co tam się działo. Niektóre nie miały rodziców. A wizyty były dozwolone chyba tylko raz czy dwa na turnus. Na szczęście miałem wtedy pozytywne doświadczenia z harcerstwa i to chyba pomogło jakoś przetrwać.
Długo mi zajęło, żeby sobie Rabkę poukładać, a opiekunom wybaczyć. Strajk, który tam wtedy urządziłem (a miałem może 10 lat, może ciut więcej), też dużo mi dał. Do dziś jest dla mnie symbolem jakiejś dziecięcej wrażliwej odwagi, i odkopanie jej stamtąd dało mi zasób na całe życie. Trochę nie wyobrażam sobie siebie bez tych kilku turnusów tam spędzonych.
Nikogo nie rozgrzeszam, ale też nie rozpamiętuję. To jedno z tych specyficznych doświadczeń, gdzie mimo bardzo trudnych warunków udawało się nam wyszarpywać od życia trochę dobra, trochę piękna, trochę prawdy. A przynajmniej niektórym z nas. Tym, którzy mieli trochę więcej życiowego farta.
Olek
W imię zdrowia
Jestem dawną kuracjuszką sanatorium im. Pstrowskiego w Rabce. Przebywałam tam dwa miesiące, od sierpnia do października 1969 roku – jako sześcioletnia dziewczynka. To trauma mojego dzieciństwa, i to już od samej zbiórki przy Pałacu Młodzieży w Katowicach.
Nasze prywatne rzeczy i ubrania były rekwirowane, chodziliśmy w równych ubrankach sanatoryjnych. Wokół szyi miałam bawełnianą tasiemkę z wypisanym imieniem i nazwiskiem. Rygor, zmuszanie do jedzenia, zero intymności czy czułości. Złośliwość i upokorzenia ze strony starszych dzieci – przebywających tam czasem znacznie dłużej.
I wszystko to w imię zdrowia.
Dorota
Pokój
Mąż jest po czterdziestce i do tej pory ma traumę. Miał trzy latka i był tam tylko dwa tygodnie. Ale po powrocie do domu przez trzy miesiące nie chciał z niego wyjść, bo się bał, że znowu tam wróci.
A.
Nie dotrwałam do końca
W Rabce spędziłam dwa z planowanych trzech tygodni – 33 lata temu. Pamiętam opryskliwe wychowawczynie traktujące schorowane dzieci jak natrętów, zero uśmiechu, tylko suche polecenia i zakazy. Sytuacja zaniepokoiła moją mamę i nie dotrwałam do końca terapii.
Katarzyna
Takie czasy
Też to przeżyłam w wieku czterech lat. W tym samym czasie urodziła się moja siostra i byłam przekonana, że rodzice oddali mnie na zawsze. Mam stamtąd dosłownie kilka wspomnień. Pamiętam niedziele, kiedy w holu z setką innych dzieci czekałam na rodziców, a potem siedziałam tam sama, bo nikt do mnie nie przyjechał. Popołudnia w świetlicy, kiedy wychowawczyni czyta nam listy – te do mnie są wyłącznie o młodszej siostrze. Długa sala wypełniona dziecięcymi łóżkami. Spacer przez jesienny park. I powrót – to akurat wyparłam i znam z opowieści mamy.
Kiedy wreszcie babcia przywiozła mnie do domu, wysiadłam z samochodu, wyminęłam szerokim łukiem biegnących do mnie rodziców i zatrzasnęłam za sobą drzwi pokoju. Też, tak jak bohaterowie reportażu, słyszałam, że „takie były czasy”.
Magda
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





