Ta straszna prywatyzacja

Znamienne, że głośny spór sądowy rozpatrywany w specjalnym trybie podczas wyborów prezydenckich dotyczył oskarżenia jednego z kandydatów przez jego głównego rywala o zamiary prywatyzacyjne.
Czyta się kilka minut

Czynienie z takich rzekomych czy faktycznych zamiarów zarzutu i traktowanie go jako pomówienia odzwierciedla nie tylko poziom manipulacji dokonywanej przez polityków, lecz także mistyfikacji, jakiej ulegają obywatele, w oczach których takie zarzuty mają być na tyle kompromitujące, że trzeba aż sądownie domagać się ich odwołania.

Działające w tej kwestii mechanizmy już dawno wyjaśnił i zdemaskował nieodżałowany Józef Tischner. Wskazał on, że jedną z największych deprawacji, jakich dopuścili się wobec społeczeństwa komuniści, było nauczanie i zachęcanie do używania bez posiadania. To, co prywatne, zostało uznane za służące tylko dobru właściciela, to, co państwowe, za służące dobru publicznemu. Wiara w tę rzekomą wyższość państwowego nad prywatnym okazała się jednym z najtrwalszych rezultatów komunistycznej indoktrynacji, nad czym Tischner ubolewał i co próbował wyplenić. Niestety, dziesięć lat po jego śmierci jest ona wciąż żywa.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 26/2010