Ta sama wolność

Waldemar Kuczyński przypomniał niedawno, że nie ma dotąd żadnej porządnie opracowanej historii pierwszego rozdziału Solidarności, jej narodzin i gwałtownego rozkwitu przed stanem wojennym, więc teraz każdy zawistnik może kwestionować zasługi innych, podważając dokonania albo priorytety.
Czyta się kilka minut

Także mity mogą nabierać przesadnych barw i blasków.

Na pewno jednak do mitów nie należy ani nie może podlegać zakwestionowaniu jeden z owoców Porozumień Sierpniowych o wyjątkowo trwałych skutkach: to ustawa o cenzurze, uchwalona w 1981 r. Wprowadziła niby niewiele: oficjalną jawność urzędu i prawo do zaznaczania w druku skreśleń (kwadratowe nawiasy z powołaniem się na artykuły ustawy), a skutek był ogromny - i to mimo że prasa reżimowa poza wyjątkami nie stosowała tej zasady. Nieliczne pisma, które się odważyły, przede wszystkim katolickie, stały się odtąd sygnałem pogwałcenia wolności słowa i ten sygnał był jak ożywczy prąd. Ludzie zaczęli czytać między wierszami, szukać tekstów "z nawiasami" i szczególnie cenić autorów, z których na łamach, obok sygnału o konfiskacie, zostawało tylko nazwisko.

Dziesięć lat później urząd cenzury zniknął, zmieciony ustawą nowego Sejmu. Odtąd zaczęliśmy mieć problemy zupełnie innego rodzaju: problemy z wolnością słowa - jednym z najważniejszych naszych osiągnięć. Właśnie na zasadę wolności słowa powołał się Sąd Okręgowy w Gdańsku, odmawiający w trzeciej z kolei apelacji uznania winnym oskarżyciela Lecha Wałęsy, nazywającego go płatnym agentem SB. Użycie tego epitetu zostało uznane za wyrażenie przekonania, a to ma prawo być wolne. To nic, że o swoim grzechu młodości Wałęsa sam mówi w "Drodze nadziei". To nic, że historycy spierają się co do siły dowodów, a IPN wydał Wałęsie status pokrzywdzonego. To nic, że to były lata siedemdziesiąte, a potem przyszedł czas heroizmu i zasług. Obecny wyrok sądu został przez część opinii publicznej przyjęty właśnie jako sukces wolności słowa, ba: jako sukces prawdy. Tak odbieram m.in. postępowanie dziennika, który dwoma wielkimi tytułami podkreślił znaczenie wyroku sądowego: "Wałęsę można nazywać agentem". I jakby tego było mało, jest jeszcze komentarz, zatytułowany pełną ulgi trawestacją słynnego zwrotu: "Są jeszcze sądy w Polsce". Tak podziękowaliśmy przywódcy Strajku i Porozumień w ich trzydziestolecie.

Nikt mi nie wytłumaczy, że Sąd Okręgowy w Gdańsku zupełnie przypadkiem wybrał na ogłoszenie wyroku datę 31. 08. 2010 r., i jest mi gorzko, gdy o tym myślę.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 37/2010