Reklama

Sceptycyzm metafizyką podszyty

Sceptycyzm metafizyką podszyty

18.09.2009
Czyta się kilka minut
Muszę przyznać, że kiedy korzystałam z prac Leszka Kołakowskiego na seminarium, bywałam w kłopocie. Młodzi słuchacze domagali się jednoznacznych rozstrzygnięć i aby zrozumieć całą maestrię tych analiz trzeba im było czasu. Często z niepokojem pytali: co Kołakowski myśli, czy jest tu za, czy przeciw? A przede wszystkim: czy jest on metafizykiem, czy nie?
T

To ostatnie pytanie jest celne i zapewne zadawane sobie przez niejednego czytelnika, który brał do ręki "Obecność mitu", "Horror metaphysicus" lub inne książki. Co bowiem można powiedzieć o autorze, który wracając nieustannie do rozmaitych metafizycznych zagadnień, poświęcając im niezmiernie wiele uwagi, na początku jednej ze swych książek głosi: "Pytania i przeświadczenia metafizyczne są jałowe technologicznie, nie stanowią tedy części analitycznego wysiłku ani składnika nauki. Jako organ kultury są przedłużeniem jej mitycznego pnia"?

Metafizyczny horror

Wszystkie etykietki są zwodnicze, próba zaś podporządkowania myśli Kołakowskiego jakiemuś jednemu i jednoznacznemu określeniu jest zgoła nierozsądna i z charakterem tej myśli niezgodna. Gdybym chciała pożartować, co najwyżej mogłabym nazwać go sceptycznym metafizykiem, albo lepiej sceptykiem metafizycznym. Jest on po prostu filozofem i jako filozof wciąż wokół metafizyki krąży, bo to ona stanowi sam rdzeń filozoficznego myślenia. Mało kto jednak dokonał tak głębokiej jej destrukcji, obnażając wszystkie nieuprawnione uroszczenia: że tylko ona jest władna przeniknąć to, co jest prawdą, a co fałszem, rzeczywistością lub pozorem, co stanowi o pewności wiedzy ludzkiej, źródle dobra i zła i czym jest samo "jest" jako takie. Tymczasem wszędzie tam, gdzie tylko podejmiemy owe najistotniejsze pytania, stajemy wobec nierozwiązywalnych sprzeczności, odbierających sens analizom. Każda z obranych dróg prowadzi bądź do zaprzeczenia tez wyjściowych, bądź do absurdu.

Więcej, niekiedy rozpętuje się ów prawdziwy "horror metafizyczny". Gdy bowiem wreszcie metafizyka odnalazła źródła pewności w bycie dwóch "rzeczywistości ostatecznych", tj. w Bogu i we mnie samym, czyli w "Ja", owe byty na skutek kolejnych ich określeń, coraz wnikliwszych analiz dokonywanych przez rozmaitych myślicieli, obróciły się w nicość. "Absolut - pisze Kołakowski - który miał wyjaśnić sam akt istnienia, redukuje się, w wyniku własnej doskonałości, do nieistnienia". I także: "Skoro więc Absolut, jak czas - jego wróg wciąż żywy, choć pokonany - nie poddaje się pojęciowej redukcji do czegokolwiek innego, to imię jego, o ile je ma, Nic. Tak to jedno Nic wybawia drugie Nic od jego Nicości".

Do analogicznych nihilistycznych rezultatów doszła filozofia w swych badaniach nad wartością kartezjańskiej tezy, podważając sens cogito. "Ego" zostaje rozpuszczone w świecie otaczającej go społeczności, której może być tylko znikomym elementem, lub zmienia się w czystą abstrakcję, jako "pusty odbiorca odrealnionych zjawisk". Jak mówił cytowany przez Kołakowskiego Jaspers, ani transcendencja, ani egzystencja nie dają się uprzedmiotowić ani ogarnąć intelektualnym wysiłkiem. "Kartezjańskie ego - konkluduje autor - jest rodzajem czarnej dziury: potrafi wessać wszystko (z wyjątkiem alter-ego) i nic się zeń nie wymknie. Niewysławialne i niekomunikowalne, pojęciowo niekonstruowalne, zaiste może być nazwane niczym (faktycznie, powiadają nam teraz w Oxfordzie, że słowo »ja«, choć ma znaczenie, pozbawione jest desygnatu)."

Do rozmaitego typu argumentów, którymi posłużyli się zwolennicy dekartezjanizacji, omawiani przez Kołakowskiego, a wspomina on i pierwszych krytyków "Medytacji", i Husserla, i Merleau Ponty’ego, mogłabym dorzucić inne, wysuwane przez młodszych autorów, jeszcze bardziej radykalnych, jak np. Foucault lub Derrida. Wystarczą jednak całkowicie te, jakich użył, by dostrzec, że "Ja" w różny sposób usiłowano wyrzucić ze słownika, jak gdyby wszyscy się przeciwko niemu sprzysięgli. Tezę o jego substancjalności podważyli już ludzie Oświecenia, wystarczy przypomnieć Hume’a, a także ci, którzy jak Husserl widzieli w nim podmiot poznawczy, przejrzystą dla siebie świadomość, zawieszając jego istnienie. Transcendentalne ego, jak pisze Kołakowski, to "czysty pochłaniacz znaczeń" nic więcej.

Dobro, zło, sacrum

Nie mam zamiaru streszczać kolejnych analiz ujawniających w rezultacie bezsilność filozofii i, co więcej, nasze zagubienie i niewiedzę. Cóż po filozofii, która przez dwa i pół tysiąca lat nie potrafiła odpowiedzieć na żadne pytanie? Komu potrzebne jest to jej "samoumęczenie"?

Ogarnia nas zdumienie, że ten rodzaj wiedzy, a raczej niewiedzy, jeszcze mimo wszystko trwa. Widocznie, jak pisze Kołakowski, "jądro utrzymujące ją przy życiu pozostaje nienaruszone", a tym jądrem pozostaje niezmiennie byt i niebyt, dobro i zło, ja i wszechświat, tylko że wszystkie te tematy zostały stłumione, "zepchnięte do zaułków akademii prawie równie mrocznych, jak Bóg na wydziałach teologicznych albo seks w wiktoriańskiej konwersacji". I dodaje na pociechę, że to, co stłumione, przetrwa w podziemiach cywilizacji, że żyje tam niejako podskórnie, gotowe objawić swą obecność.

Natychmiast jednak sceptyk własnemu sceptycyzmowi się przeciwstawia, od innej strony kwestii się przyglądając. I oto cała ta destrukcja zaczyna się chwiać, ukazując, że "nie-pragmatyczna i metafizyczna intuicja jest możliwa", a może nawet konieczna. Nie chcę się wdawać w rozważania na temat jego słów o znaczeniu religii i w ogóle sacrum w kulturze. Wiemy, że tego sacrum niezmiernie mocno broni. Istotne jest natomiast, że bez względu na to, czy chodzi o religię, czy metafizykę, jego argumentacja zmierza w tym samym kierunku. Wystarczy, że przypomnę, jak w swej książce o metafizyce broni samoistności ego, broni go zaś jako członka wspólnoty, jako tego, którego uczynki i emocje nie są obojętne dla współżycia z innymi. Cóż z tego, pisze, że to "Ja" nie dociera do siebie jako do jestestwa metafizycznego. Jednakże by brać udział we wspólnocie, musi widzieć siebie samego w kategoriach dobra i zła. "Ego zbudowane jest, między innymi, ze świadomości dobra i zła". Taką mocną tezą ten wywód się kończy.

Gdy czytamy te słowa, a powtarza je Kołakowski w różnych miejscach, w coraz to innych sformułowaniach, zaczynamy rozumieć jego Intencje. Oto źródłem sensu metafizycznych przeświadczeń jest przede wszystkim etyka, bez której nie ma współżycia międzyludzkiego, a bez tego współżycia nie może zrodzić się i istnieć wspólnota, a więc i kultura. Co jest tu pierwsze, etyka czy kultura, to już inna sprawa.

W każdym razie wrażliwość metafizyczna jest czymś dla kultury nieodzownym. I Kołakowski stwierdza, że właśnie to etyczne pojmowanie jaźni zakłada, że jest ona usytuowana historycznie w ciągłości wspólnoty. Ten zaś związek jaźni z historią wspólnoty jest widoczny zwłaszcza wówczas, gdy poczucie łączności z przeszłością zamiera.

Tu padają słowa, które zdradzają niepokój ich autora i które warto przytoczyć, brzmią bowiem niemal jak przestroga: "Uszanowanie grobów, ciał zmarłych oraz świadomość życia w ludzkiej społeczności, rozpościerającej się wstecz i w przód poza obecną generację, zanika pari passu z załamywaniem się realności jaźni. Im bardziej nierzeczywista staje się dla mnie historyczna wspólnota, tym mniej rzeczywistym staję się »ja« sam".

Szyfr świata

Na tym cytacie powinnam mój krótki esej zakończyć. Nie mogę jednak powstrzymać się od wyrażenia moich wątpliwości, i to w dwóch kwestiach.

Po pierwsze, nawet powierzchowne śledzenie literatury filozoficznej naszych czasów świadczy o tym, że właśnie dziś, gdy filozofia ogłasza swój kres, jest zdolna wciąż przynosić nowy pokarm, a bogactwo poruszanych przez nią tematów, także metafizycznych, nie uległo redukcji, może tylko akcenty zostały przeniesione na inne nieco sprawy. Nawet w swej zapamiętałej krytyce nie jest w stanie oderwać się od nich.

To prawda, że centrum zainteresowań filozofii, a przede wszystkim metafizyki, jest inne, że nie szuka ona dziś jedności, lecz podkreśla różnice, że lęka się wszelkiego typu całościowych syntez i woli śledzić to, co wydaje się peryferyjnym lub marginalnym, ale zawsze pyta o ludzkie bycie, jego skończoność, osamotnienie, tożsamość. To także prawda, że zrezygnowała z poszukiwań podstaw wiedzy czy istnienia, z metafizycznych tez na temat absolutu lub, inaczej mówiąc, z metafizyki utożsamianej z ontoteologią według Heideggerowskiego określenia. Ta filozofia nie wierzy w możliwość absolutnego poznania i nie zazdrości dojrzałości metodologicznej nauki.

Ale, i tu wyrażę moją drugą wątpliwość, czy filozofia powinna mieć ambicję realizowania jakiegoś modelu naukowości? Sądzę, że przeciwnie, że powinna podkreślać swą osobliwość, swoją autonomię, gdyż jest tożsama z myśleniem jako takim, podczas gdy, i tu znów zacytuję Heideggera, choć go Kołakowski nie lubi, "nauka nie myśli", skoncentrowana na praktyczno-utylitarnym urządzaniu świata. Sam zresztą filozof pisze, że "nie ma żadnych transcendentalnie obowiązujących kryteriów sensowności, ani też zniewalających powodów, by to, co sensowne, utożsamiać z tym, co empiryczne w rozumieniu współczesnej nauki". Ten mit w pytaniu epistemologicznym zapewne umarł. Nie okazał się tak silnym, jak się mogło wydawać, zresztą bez pewności w wiedzy doskonale się dziś obchodzi także nauka, poruszając się wyłącznie wśród mniej lub bardziej sprawnych hipotez.

Jednym słowem filozofia nie skryła się tak głęboko w podziemiu. Jest obecna i musi być obecna, gdyż - i w tym miejscu podpisuję się pod każdym słowem autora, który podkreśla to wielokrotnie - nie możemy się pozbyć owych pytań. Są one zakodowane w naszej kulturze, a może także w samym byciu ludzkim, i nie jest rzeczą ważną, że wciąż brak nam ostatecznych na nie odpowiedzi. Same te pytania są istotne i zapewne nigdy nie przestaniemy ich zadawać. Alternatywą dla filozofii jest scjentystyczny obraz świata, lecz ten - według wyrażenia Kołakowskiego - zamyka nas w "ludzkiej skórze". Tego zamknięcia on nie uznaje, zresztą nie wierzy w jego możliwość. "Nigdy nie przestaliśmy i zapewne nigdy nie przestaniemy takich pytań zadawać. Nigdy nie pozbędziemy się pokusy postrzegania świata jako tajemnego szyfru, do którego uparcie usiłujemy znaleźć klucz. [...] Krótko mówiąc, nie możemy zgłębić tajemnicy i obrócić jej w wiedzę, lecz ważne wiedzieć, że mamy z nią do czynienia." Nasza kultura przestałaby być sobą, gdyby wyzbyła się metafizycznej wiary, skazałaby się "na zanik samych pojęć dobra i zła". Kołakowski ostrzega: "Jest jeden człowiek, z którym identyfikują się wszyscy europejscy filozofowie, choćby nawet w całości odrzucali jego idee. Jest to Sokrates - filozof, niezdolny utożsamić się z tą archetypiczną postacią, nie należy do tej cywilizacji."

Metafizyka jako niezbywalny element naszej kultury, a może nawet jej rdzeń, to teza mi niezmiernie bliska, której sama usiłowałam bronić. Kołakowski byłby tu zapewne w swych sądach ostrożniejszy, skoro jednak dla niego postacią archetypiczną jest Sokrates, myślę, że mam prawo taki wniosek z jego rozważań wyprowadzić. Pozwolę sobie tylko na zakończenie uzupełnić tę tezę, chyba w zgodzie z intencjami autora.

Filozofia ma na pewno znaczenie dla całości naszej kultury, na co tak mocno kładzie on nacisk. Ma jednak także znaczenie dla każdego z nas, bo - jak mówił Jaspers, zresztą cytowany przez Kołakowskiego - choć dociekanie filozoficzne nie jest uwieńczone sukcesem, "radykalnie zmienia nasze życie".

Barbara Skarga - filozof. Ostatnio opublikowała m.in. "O filozofię bać się nie musimy" (1999). Nakładem PWN ukaże się jej nowa książka "Ślad i obecność".

Tekst ukazał się w "TP" nr 43/2002

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]