Reklama

Samotność księdza

Samotność księdza

23.06.2006
Czyta się kilka minut
Pochodził z Koniemłotów, wsi w dzisiejszym województwie świętokrzyskim. Tam się urodził i tam został pochowany. Tam też, w każdą rocznicę jego śmierci (18 sierpnia) spotykają się na swoistej pielgrzymce do jego grobu mieszkańcy ostatniej parafii, w której pracował - Pelagowa.
W

Wyjaśnienie okoliczności śmierci ks. Romana Kotlarza było jednym z głównych postulatów strajkowych NSZZ "Solidarność" ziemi radomskiej, który w 1981 r. został przedstawiony rządowi PRL. W istocie, w 1982 r. prokuratura wojewódzka podjęła śledztwo, ale niemal natychmiast je umorzyła.

Już w wolnej Polsce, w 1990 r., ponownie wszczęto śledztwo - i ponownie prokuratura wojewódzka je umorzyła. Nie znaleziono dowodów, że ksiądz zmarł w wyniku pobicia, a sam zarzut pobicia uległ już przedawnieniu. Pozostało uzasadnienie umorzenia śledztwa, napisane w 1991 r. Jest ono wstrząsającym opisem metodycznego maltretowania księdza - i aktem oskarżenia w procesie, który zapewne nigdy się nie odbędzie.

Ks. Roman Kotlarz był z gatunku tych księży, którzy byli niewygodni dla władz PRL i zarazem kłopotliwi dla władz kościelnych. Nie chciał się dostosować do czasu i miejsca, w których przyszło mu żyć. W swoich kazaniach często upominał się o szacunek dla robotników, nad którymi sprawował duszpasterską opiekę. I także o wolność, bez której o szacunku nie może być mowy. Do kurii biskupiej w Sandomierzu płynęły więc nieustanne skargi i ostrzeżenia z Wojewódzkiej Rady Narodowej.

Wyświęcony w 1954 r., już dwa lata później na żądanie władz został przeniesiony ze swojej pierwszej parafii w Szydłowcu (był tam wikariuszem) na inną. Zaraz potem do biskupa sandomierskiego przyszedł list, podpisany przez 700 rozżalonych parafian: domagali się powrotu młodego księdza. Biskup parafian nie posłuchał, ksiądz do Szydłowca nie wrócił.

Także w innych parafiach nie mógł zagrzać miejsca: Żarnów, Koprzywnica, Mirzec, Kunów, Słupia Nowa i w końcu Pelagów - lista jest długa. Scenariusz zawsze był podobny: coraz ostrzejsze ostrzeżenia władz i w końcu kolejna decyzja biskupa o kolejnych przenosinach, mimo kolejnych protestów parafian.

Ta wędrówka księdza Kotlarza od parafii do parafii pokazuje, że historia Kościoła w PRL jest nie tylko historią heroizmu z jednej strony i, bywało, zdrady z drugiej. Jest to także historia rozmaitych kompromisów między władzami a biskupami.

W przypadku księdza Kotlarza ów kompromis polegał także i na tym, że nie było nawet mowy, by mógł on znaleźć się w parafii w jakimś mieście - na to komunistyczne władze nigdy by się nie zgodziły. Z trudem tolerowały go w wioskach - i tak pilnie go nadzorując. Esbecy nagrywali jego kazania na taśmy magnetofonowe.

W pewnym momencie funkcjonariusze bezpieki rozpoczęli także "wizyty" u księdza. Niewiele o nich wiadomo - większość dokumentacji SB została zniszczona, nie ocalały też zapiski samego księdza - poza tym, że goście nie przychodzili po to, by rozmawiać z księdzem. Na marginesie jednej z ksiąg parafialnych znaleziono notkę. Wpis pod datą 31 stycznia 1972 r. głosił: "Była tajna MO o 11:00 z racji moich pobić". Najścia te trwały zatem kilka lat.

Aż wreszcie 25 czerwca 1976 r. ksiądz znalazł się w Radomiu.

Z relacji świadków (oraz z dokumentów SB) wiemy, że o godzinie 9:35 błogosławił pochód protestujących robotników ze schodów kościoła św. Trójcy. "Miał krzyż, ale błogosławił nas rękami, znakiem krzyża. Krzyczał: »Oto idą robotnicy, moi ludzie! Ja was błogosławię, w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego«" - wspominał Zdzisław Michalski w relacji, utrwalonej przez Instytut Pamięci Narodowej.

Wśród demonstrantów byli jego parafianie z Pelagowa, oddalonego od Radomia zaledwie o cztery kilometry; pracowali w radomskich fabrykach. Ksiądz przez chwilę szedł razem z nimi - jak potem opisywał, nie mógł się powstrzymać. W brudnopisie jego listu do Prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego czytamy, że znalazł się "świadomie i dobrowolnie w ogromnej rzeszy strajkujących z Zakładów Metalowych Waltera w Radomiu. Przez kilka chwil w sutannie maszerowałem środkiem ulicy, raz po raz pozdrawiano mnie: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Dziękujemy księdzu! Bóg zapłać! Odpowiedziałem: »Na wieki wieków! Szczęść Boże!«".

Ten list został napisany już po proteście, kiedy władze znów zażądały interwencji ze strony biskupa sandomierskiego Piotra Gołębiowskiego. Ten - zapewne starając się chronić niepokornego księdza - tłumaczył, że w tłumie robotników duchowny znalazł się przypadkowo i niechcący. Tę wersję podważył sam ks. Kotlarz, pisząc o "dobrowolnym" udziale w przemarszu robotników.

Wydaje się jednak, że w samym Radomiu rzeczywiście znalazł się przypadkowo: codziennie jeździł tam na obiad do sióstr zakonnych, i tak było zapewne również 25 czerwca 1976 r.

Nie można jednak mówić o przypadku, gdy następnie podczas Mszy modlił się za aresztowanych i usuwanych z pracy robotników. Uwadze SB nie umknęło kazanie z 11 lipca, w którym ksiądz mówił: "A jeżeli w tej chwili jest tu ktoś, aby podsłuchiwać księdza, to pomódlmy się o rozum, o tchnienie w jego serce. Lud pracujący, lud robotniczy miał słuszne prawa i słusznie postąpił, choć niektórzy ludzie włączyli się w sposób niekulturalny do pewnych spraw, ale Bóg jest z nami. Najmilsi, razem z wami byłem obecny na ulicach Radomia, błogosławiłem wasze szeregi, wasze słuszne prawa".

Władze najwyraźniej uznały wtedy, że "stanowcze zarządzenia", których domagały się od biskupa, nie nastąpią - i swój problem z ks. Kotlarzem muszą rozwiązać same. Następnego dnia przeprowadzono z nim tzw. rozmowę ostrzegawczą w prokuraturze w Radomiu.

Ksiądz się nie zmienił. Parafianie tylko widzieli, że z trudem się porusza i jest jakiś spuchnięty. 15 sierpnia 1976 r. w czasie swojej ostatniej Mszy przewrócił się z okrzykiem "Matko, ratuj!". Stracił przytomność. Trzy dni później zmarł. Oficjalnie na krwotoczny obrzęk płuc.

Wcześniej wiele osób wiedziało, że ksiądz był bity. Regularnie i mocno. On sam o tym nie chciał mówić, żeby nie obciążać osób wokół siebie. Nie podawał szczegółów. Bicie odbywało się na plebanii, nocami. Czy również podczas wizyt w Komendzie Wojewódzkiej MO w Radomiu, w której musiał się stawiać co dwa dni? Tego nie wiadomo.

Świadkiem jednego z pobić na plebanii była gospodyni księdza, Krystyna Stacel. Wspominała, że kiedy otworzyła drzwi, weszło trzech mężczyzn. Jeden został z nią, dwóch poszło do księdza. Usłyszała odgłos padającego ciała i jęki. Zaczęła krzyczeć, wtedy esbek uderzył ją pałką. Uciekła, słysząc, jak ksiądz woła: "Dziecko, uciekaj do dzieci!".

Nocnych wizyt księdzu nie udawało się uniknąć nawet wtedy, kiedy nie otwierał. Wtedy drzwi były wyważane. Ksiądz był bity do utraty przytomności, z każdym tygodniem wyglądał coraz gorzej, z coraz większym trudem się poruszał. Stał się nerwowy i przygnębiony. Jeden z ministrantów zapamiętał jego plecy: "czarne jak sutanna".

W parafii wiedziano o nocnych wizytach na plebanii, na które kilku "panów" przyjeżdżało zwykle wołgą. Wiedziano o tym również w kurii biskupiej. Jednak nikt księdzu nie pomógł. Został sam.

W pogrzebie, "zabezpieczanym" przez cywilnych funkcjonariuszy SB, wzięło udział kilka tysięcy osób i 40 kapłanów.

O tym, że ksiądz zmarł po wielotygodniowym maltretowaniu, wiedziano powszechnie. Nikt jednak o tym głośno nie mówił. Jako pierwszy sprawą ks. Kotlarza zajął się Komitet Obrony Robotników, potem, już po Sierpniu 1980, "Solidarność".

Kilka lat temu grupa licealistów z Radomia przygotowywała pracę na konkurs, ogłoszony przez warszawski Ośrodek "Karta", dokumentujący XX-wieczną historię Polski. Licealiści przeprowadzili własne "śledztwo". Udało im się nawet porozmawiać z jednym z byłych funkcjonariuszy SB i ustalić nazwisko tego, kto bił księdza jako ostatni. Wielki i silny, bez wykształcenia, miał jedno zadanie: bicie wskazanych osób. Specjalizował się w biciu ofiary zawiniętej w dywan drewnianą nogą od krzesła, bo wtedy nie zostawały ślady.

Oficjalnie sprawców nie wykryto do dziś.

Autor artykułu

Dziennikarka działu Świat, specjalizuje się też w tekstach o historii XX wieku. Pracowała przy wielu projektach historii mówionej (m.in. w Muzeum Powstania Warszawskiego)  i filmach...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]