Same wątpliwości

Czasem zadaję sobie pytanie, czy nie wolałabym jednak telewizję bez misji niż ogarniętą misyjną żarliwością. To wtedy, gdy zaczyna mi się wydawać, że jeszcze trochę, a będziemy mieli demokrację telewizyjną, a nie demokrację po prostu.
Czyta się kilka minut

Patrząc na pełen uroczystego zapału wyraz twarzy prezentera programu informacyjnego, słuchając żarliwego głosu dziewczyny relacjonującej mi następną wiadomość z pola coraz ostrzejszych konfliktów, towarzysząc gorączce sprawozdawcy w jego pogoni za politykiem, aby natychmiast po relacji z negatywnego wydarzenia uzyskać u niego pierwszy komentarz, najlepiej gniewny i pobrzmiewający już zapowiedzią czegoś jeszcze ostrzejszego - powinnam pewnie czuć satysfakcję: to wszystko jest przecież “moralnie nieobojętne"(określenie, które z dumą serwują nam gospodarze coniedzielnego programu “Między ziemią a niebem", ale które przecież wcale do tej jednej godziny w TVP 1 ograniczać się nie musi). Dlaczego nie zawsze taką satysfakcję odczuwam, a często zamiast niej pojawia się niepokój?

To wtedy na przykład, gdy zaczynam się zastanawiać, jak pracowałyby i co osiągnęły kolejne komisje śledcze, gdyby nie podarowano ich posiedzeniom telewizyjnych relacji “na żywo". Czy też byłyby tak teatralne i rozgadane, z taką masą pytań nie na temat i tym nieustannym podnieceniem dziennikarzy: jaką reakcję wywoła kolejny obraźliwy epitet pod adresem świadka, jakiego tonu użyje kolejny śledczy, czyj grymas pokaże telewizja między zadaniem kwestii a odpowiedzią na nią. Ktoś powie: skasowanie transmisji oznaczałoby skandaliczne zredukowanie jawności. Niekoniecznie: stenogramy przesłuchań mogłyby wszystkie bez wyjątku być dostępne w internecie. A nie ma chyba wątpliwości, że to nie byłoby to samo.

Posłanka mijającej kadencji opowiada (“Przeglad") o pracy w komisji ustawodawczej. Że najdokładniejsze wyjaśnienia wszelkich kwestii stawianych przez posłów ekspertom nie na wiele się zdają, bo potem na plenarnym posiedzeniu posłowie te same zbędne pytania zgłaszają ponownie, bo wtedy dopiero mogą “zaistnieć w mediach". A to wszyscy wiemy: zaistnieć w mediach to zaistnieć bardziej niż w rzeczywistości. Parlament bez transmisji na żywo nie byłby wart ani połowy tego, co parlament obradujący przed kamerami, i zapewne komitety wyborcze nie zgromadziłyby wtedy jedenastu tysięcy kandydatów do pół tysiąca foteli na Wiejskiej. A ileż bardziej żmudna byłaby praca sprawozdawców, gdy nie każde efektowne głupstwo przedostawałoby się od razu na pierwszy plan i wystarczyłoby je powtórzyć w kolejnym serwisie, żeby mieć “wiadomość"?

Najbardziej zaś niepokoją mnie telewizyjne programy wyborcze, oddane wprost w ręce dziennikarzy. Nielicznych, wybranych, w przekonaniu swoim powołanych do opiekowania się całą naszą wiedzą, emocjami i wyobraźnią ze sfery polityki. Bo wtedy już wszystko zależy od ich “misji": miejsce programu i jego goście, czas przyznawany każdemu z nich i czas im odmawiany, kolejność udzielania głosu i rola zaplecza, choćby miało ono mówić tylko pomrukiem lub oklaskami. Wcale nie wiem, czy gotowa jestem każdemu z tych gospodarzy programu zaufać aż do tego stopnia, by się wydać w ich ręce bez zastrzeżeń - i to zarówno wtedy, gdy atakują kogoś, kogo i ja uważam za przeciwnika, jak i wówczas, gdy mam ochotę tylko się dowiadywać, a dostaję już wszystko pokolorowane bez cienia wątpliwości.

W miesięczniku “Charaktery" (nr wrześniowy) dwóch psychologów, Marek i Wojciech Wareccy, proponuje nam “prosty wzór oceny kandydata" który z ekranu telewizora apeluje o nasze poparcie. Mamy uważać, np. czy “udaje eksperta w sprawie, o której nie ma pojęcia" albo czy “przedstawia fałszywe konsekwencje ważnych działań" bądź “wykorzystuje niewiedzę odbiorców". Ba, ale tu właśnie dziennikarz-ekspert byłby potrzebny jak powietrze! A co zrobić z sytuacjami, o których też obaj panowie wspominają, może jeszcze bardziej niebezpiecznymi, gdy kandydat “manipuluje odbiorcami, budując w nich korzystne dla siebie stereotypy" bądź “manipuluje znaczeniem słów"? Kandydaci są przecież solidnie przygotowani właśnie i do takiej walki wyborczej. Zakładamy też, ze oglądają ich w większości zwolennicy, a oni chcą być przekonani, ba, uwiedzeni. Wtedy wraca potrzeba odwrócenia się od wszelkich kampanii na rzecz rozmów o tym, co ważne, na zupełnie innych piętrach rzeczywistości. Czas wyborczy jest szczególnym czasem troski o sprawy publiczne. Teraz, gdy niemal wszystkie horyzonty dokoła Polski chmurzą się tak wyraźnie, potrzeba mądrego zastanawiania się zamiast nieustannej przepychanki medialnej staje się odczuwalna ponad wszelką wątpliwość.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 38/2005