Reklama

Przypalona eurojajecznica

Przypalona eurojajecznica

w cyklu WOŚ SIĘ JEŻY
03.01.2019
Czyta się kilka minut
Pierwszego stycznia euro skończyło 20 lat. Wspólny pieniądz miał być pierwszym krokiem w kierunku unijnego superpaństwa. W praktyce przemienił się w swoje przeciwnieństwo – mechanizm niszczący ideę integracji europejskiej od środka.
Fot. Beata Zawrzel/REPORTER
Fot. Beata Zawrzel/REPORTER
Y

You cannot unscrumble scrubled eggs”. Z jajecznicy nie da się wyjąć białek i żółtek, a potem pozamykać ich na powrót do jajowatych skorupek. To było bardzo popularne powiedzonko wśród europejskich decydentów politycznych i ekonomicznych, gdy 20 lat temu oficjalnie ruszał projekt wspólnego unijnego pieniądza. Tego dnia euro pojawiło się jako bankowa jednostka rozrachunkowa. Fizycznie europejskie monety i banknoty pojawiły się w obiegu trzy lata później. Ale to 1 stycznia 1999 jest faktyczną datą, gdy kraje starej Unii (choć nie wszystkie) pozbijały skorupki swoich starych marek, franków, lir czy peset i wrzuciły jej do jednej walutowej jajecznicy.

Mogło się udać

To miało być przejście od unijnego narzeczeństwa do małżeństwa. Albo nawet bardziej. Wzięcie wspólnego kredytu hipotecznego. Euro miało połączyć i wypchnąć projekt europejski na ścieżkę, z której nie będzie już odwrotu. Zgodnie ze starą, ale popularną w unijnych kręgach „doktryną roweru”, sformułowaną jeszcze w latach 60. przez pierwszego szefa Komisji Europejskiej Niemca Waltera Hallsteina. Głosiła ona, że integracja polityczna Europy jest jak bicykl. Musi jechać naprzód, bo jak nie jedzie, to się przewróci. A jak się przewróci to wiadomo, co się z Europą stanie. Stary kontynent już tego doświadczał w latach 1914-1918 i 1939-1945. A nikt przecież nie chce powrotu wielkich wojen na starym kontynencie, prawda?

Za tą ogólnoeuropejską opowieścią o euro jako gwarancie postępującej integracji stał bardzo realny kompromis między dwoma największymi mocarstwami na kontynencie. Francja z przerażeniem obserwowała upadek muru berlińskiego i powrót swojego wschodniego sąsiada do roli politycznej potęgi. „Zgodzimy się na wasze zjednoczenie, ale pod warunkiem stworzenia wspólnej waluty, dzięki której nic już nas nigdy nie rozdzieli” - taką ofertę złożyła administracja Francoisa Mitteranda. Rząd Helmuta Kohla na to przystał. Polityczny deal ubito w Maastricht w roku 1993.

Wielu dzisiejszych krytyków euro (zwłaszcza tych najbardziej liberalnych) przekonuje, że to nie mogło się udać. Dowodzą, że rynek nie znosi politycznych decyzji i zawsze im się wymknie. Ale nie mają racji. Pomysł na wspólną walutę dużego obszaru, który prowadzi ożywioną wymianę gospodarczą, nie musi być skazany na porażkę. Trzeba jednak napisać go tak, by chronił interesy różnych uczestników projektu. A nie tylko tych najsilniejszych. Z każdym przedsięwzięciem jest przecież tak, że oceniamy go nie po tym jak sobie radzi w czasach dobrej koniunktury. Ale właśnie wtedy, gdy przychodzą trudne czasy.

Euro na pierwszym zakręcie

Taka próba ognia przyszła dla euro niemal dokładnie po dekadzie funkcjonowania. To wtedy okazało się, że zamknięcie w obszarze wspólnej waluty gospodarek narodowych o bardzo różnym potencjale ekonomicznym musi generować serię napięć. To jasne jak słońce i inaczej być nie może. Dzieje się tak dlatego, że wspólna waluta jest zbyt słaba dla nadmiernie konkurencyjnych gospodarek (Niemcy, Holandia, Austria). Co powoduje, że notują one permanentne nadwyżki handlu zagranicznego. Ale drugą stroną tych nadwyżek są deficyty krajów słabszych (Grecja, Hiszpania, Włochy).

Miło jest oczywiście płacić „swoimi” pieniędzmi w Rzymie, Berlinie czy Wiedniu (choć przyznajmy, że wraz z upowszechnieniem płatności elektronicznych nie ma już w tym takiego seksapilu jak kiedyś). Patrząc z perspektywy rządu demokratycznego kraju, pojawienie się własnej waluty to jednak sprawa już nie z gatunku "miło-niemiło" lecz raczej tzw. zagadnienie życia i śmierci.

Gdy kraj traci konkurencyjność, to możliwość wpływania na kurs swojego pieniądza jest jak haust tlenu po zbyt długim nurkowaniu. Przy jego pomocy można bowiem na bieżąco niwelować albo przynajmniej zmniejszać nierównowagi ekonomiczne. Kiedy konkurencyjność towarów produkowanych przez twoją gospodarkę jest zagrożona, można ją delikatnie poprawić poprzez spadek wartości waluty. I nie dajcie sobie wmówić, że to jest „niezdrowe”. Przeciwnie. Cena, jaką płacą za to obywatele, jest dużo mniej bolesna niż zamrożenie płac. Bo niestety w praktyce takie zamrożenie (zwane czasem dewaluacją wewnętrzną) to jedyny środek poprawy konkurencyjności dostępny krajom, które (jak członkowie strefy euro) oddały swoją politykę monetarną do siedziby Europejskiego Banku Centralnego we Frankfurcie.


CZYTAJ WIĘCEJ:

CYKL „WOŚ SIĘ JEŻY” – CO CZWARTEK NA STRONIE  „TYGODNIKA POWSZECHNEGO” >>>


Dałoby się temu zapobiec montując w mechanizmie euro proste stabilizatory. Powinny one polegać na tym, że gdy w obszar wspólnego pieniądza uderza kryzys to natychmiast pieniądze zaczynają płynąć od bogatych do biednych. Ale nie na zasadzie, że biedni muszą iść do bogatych po prośbie. Tylko automatycznie – w ramach zdrowej polityki antykryzysowej. Tak to działa w Stanach Zjednoczonych, gdzie stany mają sporą autonomię ekonomiczno-podatkową, ale jak przychodzi takie uderzenie recesji, jak w 2008 roku, to pieniądze od rządu federalnego idą w pierwszej kolejności na rozruszanie tych, którym jest najtrudniej. Z euro było jednak dokładnie odwrotnie.

W 2009 pojawiły się pierwsze pogłoski o tym, że dług publiczny Grecji jest w istocie wyższy, niż się wydawało. Wkrótce podobne „zarzuty” zaczęto stawiać innym krajom eurolandu: Portugalii, Hiszpanii, Irlandii czy Włochom. Rozpoczęła się trwająca przez wiele kolejnych lat europejska wojna domowa. Nie była to wojna pomiędzy państwami tylko taka bardziej nowoczesna. Można by rzecz hybrydowa. Której stroną był z jednej strony kapitał finansowy (europejski, ale nie tylko) reprezentowany przez banki, fundusze inwestycyjne oraz innego typu instytucje spekulacyjne. Z drugiej zaś demokratycznie wybrane rządy krajów Eurolandu. Instytucje unijne oficjalnie utrzymywały, że ich intencją jest mediowanie pomiędzy stronami sporu. W praktyce jednak zbyt często Komisja Europejska stawała po stronie silniejszego – czyli kapitału, a przeciw słabszym – czyli unijnym rządom. Wiara w projekt europejski była niestety jedną z pierwszych ofiar tej wojny.

Silni nie chcą się dzielić

Moim zdaniem sedno w tym, że to nie był problem złych polityków podejmujących złe decyzje. To byłoby zbyt łatwe. Problemem okazał się właśnie dysfunkcyjny mechanizm strefy euro. Chodzi głównie o zapisy traktatu z Maastricht (tego z 1993 roku). Narzucał on (i narzuca nadal) z automatu przekonanie, że konsolidacja finansów publicznych jest dobrem samym w sobie i należy do niej dążyć niezależnie od tego, co się dzieje wokół. Im kraj mniejszy i bardziej peryferyjny, tym mocniej jest naciskany przez Brukselę, by się do tych brutalnych reguł dostosować. To w praktyce uniemożliwia krajom Unii prowadzenie aktywnej polityki fiskalnej. Ich rządy są więc skazane na ciągłe cięcia wydatków publicznych. I dlatego w krajach na dorobku właściwie nie ma szans na rozbudowę instytucji państwa dobrobytu, które mogłoby służyć jego obywatelom. Państwo nie może prowadzić aktywnej walki z bezrobociem, a przepaść pomiędzy zwycięzcami i przegranymi liberalnej globalizacji tylko się powiększa. Zwłaszcza w czasie kryzysu jest to polityka zabójcza, której efektem jest przedłużanie się recesji.

Najgorsze było jednak coś innego. W czasie kryzysu lat 2008-2011 wśród eurodecydentów zwyciężyło przekonanie, że nie tylko należy zedrzeć z zadłużonych ostatnią koszulę. Większość uważała, że za taką końską kuracją stoi głęboka racja moralna. „Przecież nikt nie zabrania słabszym gospodarkom eurolandu pójść drogą niemiecką, holenderską czy austriacką!” – mówiono. Brzmiało nieźle. Gdy jednak niektórzy ekonomiści próbowali doprowadzić takie rozumowanie do końca to na horyzoncie pojawiał się dramatyczny obraz. Obraz Unii uwikłanej w ciągłą walkę na to, która gospodarka bardziej zamrozi płace i zwiększy konkurencyjność. Co oznacza zabójczy dla pracownika wyścig do dna i demontaż unijnego systemu ochrony pracy. Tylko czy to jest Europa, w której będzie się chciało żyć? Ta Europa do której tak bardzo nam było spieszno?

Niestety w ciągu ostatniej dekady właśnie ten scenariusz zaczął się na naszym kontynencie realizować. Kraje słabsze przechodziły kolejne fazy oszczędności. Ze wszystkimi efektami ubocznymi tzw. polityki typu austerity. Niszczeniem lokalnej wytwórczości i dewastowanie społeczeństw ciągłym szukaniem budżetowych cięć. Efektem było niezadowolenie i wzrost nastrojów radykalnych. Jeśli więc komuś nie odpowiada np. nowy populistyczny rząd we Włoszech to niech przestanie się dziwić. A popatrzy na politykę wewnętrznej dewaluacji prowadzoną przez wszystkie establishmentowe partie Italii od prawa do lewa. I zastanowi się, czy taka antysocjalna kuracja mogła przynieść inne skutki?!

Coś musi się zmienić

Cóż więc zrobić z tą nieszczęsną eurojajecznicą? Czy da się ją jakoś odjajeczniczyć? Oczywiście. Po pierwsze, należy zacząć o wspólnej walucie rozmawiać zupełnie inaczej niż dotychczas. W sposób mniej histeryczny i zideologizowany. Bez histerii, że każda zmiana w logice działania euro to niechybny koniec Europy i jakieś nowe mroki średniowiecza. Warto zrozumieć, że jest dokładnie odwrotnie. To kurczowe trzymanie się euro w obecnej formie musi prowadzić do dalszej erozji projektu opartego na pięknych ideach solidarności międzynarodowej Schumana i Moneta.

Wtedy przyjdzie czas na poszukiwanie konkretnych rozwiązań. Ono już trwa. Nie trzeba nawet daleko szukać. Dwa lata temu ekonomiści Stefan Kawalec i Ernest Pytlarczyk napisali książkę o tym, jak w sposób pokojowy rozwiązać strefę euro. Według autorów najpierw muszą z niej wyjść kraje najbardziej konkurencyjne (Niemcy), dwa lata później średniacy (Francja), potem cała reszta. EBC powinien jeszcze przez pewien czas odgrywać rolę wspólnego banku centralnego, po czym przeistoczyć się w koordynatora unijnych polityk monetarnych. Kawalec i Pytlarczyk są optymistami: skoro dało się stworzyć proces budowania euro, to przecież da się również skoordynować coś dokładnie odwrotnego.

Jeszcze wcześniej pewien szalony (i bogaty) angielski lord obiecał 250 tys. funtów nagrody dla ekonomisty, który przedstawi najlepszy pomysł na (względnie) bezbolesne opuszczenie przez państwo strefy euro. Nagrodę zgarnęła praca „Wychodzenie z euro. Praktyczny przewodnik”. Wynika z niej, że strefę euro da się opuścić. Trzeba tylko wykazać się imponującą mieszanką zdecydowania, pragmatyzmu i silnych nerwów. Przede wszystkim decyzja musi zostać zrealizowana błyskawicznie: najlepszym momentem na jej ogłoszenie jest piątkowy wieczór, bo rynki i maklerzy już zaczęli weekend. Dzięki temu aż do poniedziałku banki będą zamknięte, a operacje finansowe zamrożone. Roztropny rząd musi też zapewnić sobie wsparcie ze strony pozostałych krajów Eurolandu. Premier ogłaszający taką decyzję nie jest przecież średniowiecznym suwerenem i musi wyjaśnić, że było to absolutnie konieczne, a wkrótce wszystko wróci do normy. Najlepiej, by towarzyszyli mu przy tym kanclerz Niemiec i szef MFW. Europę trzeba wprowadzić w plany wcześniej, ale... bez przesady. Kilka godzin powinno wystarczyć, by liderzy pozostałych państw Wspólnoty nie czuli się oszukani i mogli przygotować własną strategię. Ale oni w sumie i tak nie mają innego wyjścia, niż pogodzić się z faktami.

Fizyczny druk banknotów i bicie monet to proces zajmujący z reguły około pół roku. Sęk w tym, że taką operację trudno utrzymać w sekrecie. Ale i na to jest sposób. Trzeba zostawić w obiegu wspólny europejski pieniądz, ale pozwalać płacić nim tylko za rachunki o wartości poniżej 100 euro. Bardziej wartościowe transakcje muszą być dokonywane za pomocą kart lub przelewów. A jako takie będą już przecież księgowane według nowego kursu. Jaki powinien być ten kurs? Jest oczywiste, że nowa waluta musi mocno stracić na wartości (inaczej jaki sens miałoby wychodzenie?). Ekonomiści szacują, że dla przywrócenia konkurencyjności nowa grecka waluta powinna być o 40 proc. słabsza od euro. Historia uczy jednak, że faktycznego spadku wartości waluty nigdy przewidzieć się nie da. W ekstremalnym przypadku kończy się paniką i hiperinflacją. Dlatego zaczynamy od przeliczenia wszystkich cen i pensji z euro na drachmę w stosunku 1 do 1. Dewaluacja i tak jest nieuchronna, a rynek zrobi swoje. Nie ma jednak co ukrywać, że będzie ciężko i kraj czeka ostra polityka antyinflacyjna, która boli równie mocno jak obecne budżetowe oszczędności. Na koniec rząd powinien ogłosić, że wszystkie długi będzie odtąd spłacał w nowym pieniądzu. A właściwie nie będzie ich spłacał, dopóki nie zostanie wynegocjowane porozumienie, które obniży zadłużenie do ok. 60 proc. PKB.

Wiem, że dla wielu czytelników wszystkie te argumenty mogą być z początku zbyt wielkim obrazoburstwem. Nie ma się czego wstydzić. Jesteśmy w Unii od niedawna, a nasze do niej wchodzenie przypadało na okres, gdy na europejskim niebie świeciło słońce. Nic dziwnego, że przyzwyczailiśmy się traktować Europę jako współczesną spełnioną utopię. Projekt polityczny, który zawsze sunie we właściwym kierunku. Tylko że życie to nie jest bajka. Nie jest nią również 20 lat historii euro.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

dziennikarz ekonomiczny hołdujący liberalizmowi, podważył Pana ekonomiczne kompetencje, mówiąc eufemistycznie, co mnie tak oburzyło, że dałem temu wyraz na Facebooku. Teraz sobie myślę, że chyba nie miałem racji broniąc Pana. Że też trudno spotkać ludzi, którzy zachowują umiar, zdolnych analizować problemy wielostronnie.

A dokładniej, ci co widzą. A jeszcze dokładniej ci co widzieli. Polskę w strefie euro. Ale nie będziemy wymieniać ich nazwisk, żeby nie powiększać wstydu. Bo prawda jest taka, że piniędzy po prostu nie ma. Ps. Jak to zwykle. Czas obnaża ślepców, prowadzących innych ślepców

wrażeniami z niedawnej lektury. Pani Sarah Harper, oksfordzka ekspertka od zmian populacyjnych, odniosła się do obaw o skutki spadającej dzietności w krajach rozwiniętych i rozwijających się gospodarczo. Chodzi przede wszystkim o starzenie się społeczeństw i depopulację. W ponad połowie krajów wskaźnik liczby dzieci na jedno kobiece życie spadł poniżej dwóch (Europa Zachodnia 1,6, Rosja 1,7, Ameryka - 1,8). "To jest powód do świętowania" - cieszy się ekspertka, bo mniej dzieci to ulga dla Ziemi, mniejsza emisja CO2 do atmosfery i nieco oddalona, choć nie całkiem zażegnana groźba katastrofalnego przeludnienia. Zresztą ludzie żyją w zdrowiu coraz dłużej, a więc dłużej mogą pracować, a automatyzacja i robotyzacja dodatkowo zmniejszają zapotrzebowanie na "ręce do pracy", stopniowo pozostawiając coś do zrobienia jedynie wysoko wykwalifikowanym specjlistom. Których i tak nie zabraknie, o ile spojrzymy na problem racjonalnie i globalnie. W Afryce subsaharyjskiej wskaźnik dzietności wynosi 4,6, a w Nigrze nawet 7. “Migration is that wonderful balancing act” - dodaje pani Harper (matka trojga zresztą). Tak właśnie - bez ironii - wygląda eksperckie, globalne i racjonalne myślenie o problemach i takich rozwiązań możemy od ekspertów się spodziewać. A oni niech zapytają ekspertów od polityki, dlaczego kurczące się "natywne" populacje dają posłuch populistom i nacjonalistom, zamiast też patrzeć na sprawy globalnie. Chociaż... Może w tej partykularystycznej głupocie mas wyborczych jest jakaś nieświadoma siebie globalna mądrość? Co bowiem się stanie, kiedy Nigeryjka z siedmiorgiem dzieci pozostawiających razem mniejszy ślad węglowy niż jedno dziecko europejskie przeniesie się z Nigru do Europy? Czy zechce zachować dotychczasowy energooszczędny tryb życia? I czy jej potomstwo w zautomatyzowanej i zrobotyzowanej gospodarce zasili szeregi tak potrzebnych specjalistów, czy raczej przyda roboty weteranom pracy, których miało "zluzować", na przykład pracownikom służb społecznych i porządkowych? Czy nie to samo napięcie pomiędzy globalnymi nadziejami na górze a indywidualnymi (choć masowymi) obawami na dole nie dotyczy także innych problemów, np. z euro?

jestem europatriotką, ale waluty euro nie chcę - i tyle w tym temacie

☃☃☃
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]