Pochwała masochizmu

Choć kryzys uderzył także w Estonię, władze w Tallinie nie zmieniły planów i narzuciły społeczeństwu drastyczne ograniczenia. Efekt: 1 stycznia 2011 r. Estonia wchodzi do strefy euro jako pierwszy kraj z obszaru dawnego ZSRR.

27.12.2010

Czyta się kilka minut

Konwój eskortowanych przez policję ciężarówek przywozi doTallina bankoty euro, 2 listopada 2010 r. / fot. Raigo Pajula /
Konwój eskortowanych przez policję ciężarówek przywozi doTallina bankoty euro, 2 listopada 2010 r. / fot. Raigo Pajula /

W fińskiej mennicy "Suomen rahapaja" w mieście Vantaa prace toczyły się pełną parą już od kilku miesięcy. Finowie wygrali bowiem przetarg, ogłoszony przez Estończyków na wybicie ich własnych, estońskich euro. Ze względów bezpieczeństwa szczegóły techniczne nie są znane - można więc jedynie spekulować, w jaki sposób 600 ton euro-monet przetransportowano z Finlandii do Estonii. Jak podejrzewają tamtejsze media, estońskie euro podróżowało statkiem.

Wiara w euro

W każdym razie przygotowania trwały od dawna: nie tylko przyszykowano pieniądze, także sklepikarze oswajali klientów, podając ceny w estońskich koronach i już w euro. I oto z dniem 1 stycznia Estonia dołącza - jako siedemnaste państwo - do elitarnego, jak zwykle uważano, klubu państw "Eurolandu". Cel był ambitny, a jego realizacja trafi zapewne do podręczników studentów ekonomii.

Zielone światło dla estońskiego wniosku o przyjęcie do strefy euro Unia zaświeciła w lipcu 2010 r. Ale droga do przyjęcia wspólnego pieniądza nie była wcale łatwa. Przeciwnie: mając sztywny kurs wymiany oparty na tzw. ERM-2, Estonia okazała się szczególnie wrażliwa, gdy w Europie w pełni ujawniły się skutki kryzysu finansowego i recesji: na ekonomiczne skurcze nałożyła się utrata konkurencyjności.

Podczas gdy wielu zachodnich ekonomistów - w tym laureat Nagrody Nobla Paul Krugman - uważało, że dewaluacja jest nieunikniona, a nawet pożądana, Estonia zdecydowała się na trudniejsze rozwiązanie: czyli drastyczne oszczędności. Estoński Bank Centralny konsekwentnie odrzucał wszystkie propozycje dewaluacji korony, częściowo z obawy, że takie posunięcie w nieunikniony sposób skomplikowałoby przyjęcie euro.

Wierzono, że na dłuższą metę członkostwo w strefie euro umocni zaufanie zagranicznych inwestorów do estońskiej gospodarki i umożliwi ostateczne wyjście z zapaści. Co więcej, wiara w strefę euro jako "zbawienie" dla estońskiej ekonomii była powszechna we wszystkich politycznych kręgach. Gdy były premier Mart Laar stwierdził, że "wszystko musi być podporządkowane temu celowi" i oskarżył rząd o niezdecydowanie, obecny szef rządu Andrus Ansip zareagował na to, podejmując ostre decyzje polityczne, dzięki którym Estonia miała sprostać kryteriom z Maastricht.

Cięcia, cięcia, cięcia...

Jedną z głównych decyzji okazała się tu "wewnętrzna dewaluacja", która stała się słynnym już - i zapewne jedynym w historii - przykładem bezwzględnego ekonomicznego "reżimu oszczędnościowego". Pensje w budżetówce, wydatki i budżety instytucji państwowych i publicznych zostały drastycznie obcięte, a emerytury zamrożone.

Była to niemal sado-masochistyczna dyscyplina fiskalna - ale jakże efektywna. Można rzec, że całe społeczeństwo znalazło się w sytuacji swego rodzaju mobilizacji, porównywalnej z czasem wojny. Taka polityka znalazła wsparcie w parlamencie: cięcia zostały zaakceptowane przez wyraźną większość parlamentarną, a głosowanie było jednocześnie wotum zaufania dla rządu Ansipa. Rezultatem jest dziś zdrowa gospodarka, która spełniła kryteria z Maastricht - zresztą inaczej niż ogromna większość z pozostałych 16 krajów "Eurolandu"...

Ale po tym "lekarstwie" pozostał gorzki posmak. Mając zmniejszone pensje, wielu Estończyków znalazło się w sytuacji, gdy zmuszeni byli pracować w kilku miejscach, aby zarobić na utrzymanie. W tym samym czasie bezrobocie osiągnęło najwyższy poziom od chwili odzyskania niepodległości przed prawie dwiema dekadami: wiosną 2010 r. wynosiło niemal 20 proc., emigracja zarobkowa zaś stała się dla wielu młodych ludzi jedynym rozwiązaniem. Mniej więcej jedna trzecia tych "robotników sezonowych" skierowała się do sąsiedniej Finlandii; tania estońska siła robocza stała się nagle powszechnie dostępna na placach budowy w regionie Helsinek.

"Vihreä Lanka", gazeta wydawana przez fińską Partię Zielonych, opisuje historię niejakiej Piret, która jeszcze w 2008 r. była kobietą sukcesu w wielkiej korporacji w Tallinie, biegającą po przyjęciach i żyjącą ze wszech miar przyjemnie. Tymczasem na początku 2009 r. najpierw stała się bezrobotną; zdesperowana, zaczęła pracować na czarno jako opiekunka do dzieci.

Z kolei Katri, pielęgniarka z Mustamäki, po wprowadzeniu reform zaczęła pracować w trzech miejscach: w dzień w przychodni, w nocy w szpitalu, a w weekendy jako rehabilitantka. Zarabia mniej niż kiedyś, a pracy i pacjentów pod opieką ma więcej. Wprawdzie gdy obcięto pensje pielęgniarkom, pod szpitalem zaroiło się od pośredników oferujących wyjazd do pracy do Finlandii. Jednak Katri zdecydowała się zostać. Podobnie jak inni Estończycy, znosi sytuację ze zrozumieniem.

Odporny jak Estończyk

Tak drastyczna polityka była z punktu widzenia rządzących "jazdą po bandzie" - i nie ma wątpliwości, że chyba w każdym innym kraju zachodnioeuropejskim czy skandynawskim podobne kroki spotkałyby się z zażartymi protestami i populistyczną reakcją. Dość spojrzeć na to, co dzieje się dziś w Grecji, co chwila paraliżowanej strajkami, albo we Włoszech czy Wielkiej Brytanii, gdzie studenci reagują gwałtownymi protestami ulicznymi na zapowiedź cięć w wydatkach państwa na edukację.

Tymczasem Estończycy wykazali zdumiewającą odporność - jakby przyjęli do wiadomości, że kryzys wymaga zdecydowanych środków zaradczych. Nie tylko większość społeczeństwa była gotowa zacisnąć pasa, ale także popularność rządu i zaufanie do jego politycznych wyborów pozostało nadal wysokie. I to pomimo że nawet po wewnętrznej dewaluacji, pożądany rezultat - w postaci członkostwa w strefie euro - nie był wcale zagwarantowany. W rzeczywistości jeszcze w kwietniu 2010 r. raporty z zamkniętego posiedzenia komisji do spraw ekonomii i polityki walutowej Parlamentu Europejskiego sugerowały, że Europejski Bank Centralny może być niechętny członkostwu Estonii w "Eurolandzie".

Co więcej, gdy w roku 2010 z miesiąca na miesiąc euro popadało w coraz to nowe kłopoty, zaczęto mówić o wprowadzeniu nowych kryteriów - dotyczących np. wysokości PKB na mieszkańca - i utrzymania konkurencyjności. Jürgen Stark, ekonomista Europejskiego Banku Centralnego, był przez estońskie media uważany za głównego "bramkarza", strzegącego wejścia do "eurotwierdzy". Wydawało się, że nawet ze swoją restrykcyjną dyscypliną fiskalną i reżimem oszczędnościowym, Estonia może nie mieć szans na wejście do strefy euro, gdyby nowe kryteria zostały wprowadzone.

Obawy te zniknęły jednak w maju 2010 r., kiedy to w pełni zaczęło ujawniać się zadłużenie kolejnych krajów - od Grecji, przez Portugalię, Irlandię, Włochy czy Hiszpanię. Zastrzeżenia, które jeszcze na wiosnę obciążały dyskusje o estońskim członkostwie w "Eurolandzie", zostały po cichu odsunięte na bok. Bo skoro w strefie euro znajdują się Grecja czy Portugalia, hipokryzją byłoby wprowadzanie nowych kryteriów, które przyblokowałyby członkostwo krajów takich jak Estonia, prowadzących odpowiedzialną politykę finansową. Do końca lata sprawa została załatwiona, a estońska korona (kroon) ostatecznie powiązana z euro - z takim samym kursem wymiany, który był utrzymywany od czasu stworzenia wspólnej waluty.

"Euro, nasz sukces"

Decyzja o przyjęciu Estonii miała pozytywny wpływ na sytuację gospodarczą kraju. Spadły koszty obsługi zadłużenia, w tym koszty ponoszone przez osoby spłacające kredyty zaciągnięte w walutach obcych. Jednocześnie nie wzrosło zainteresowanie Estończyków tanimi kredytami, być może z powodów psychologicznych - wszyscy widzieli, że finansowe błędne koło, z którego Estonii udało się w końcu wyrwać, zostało wywołane właśnie przez kryzys kredytowy.

Jürgen Ligi, estoński minister finansów - odegrał kluczową rolę we wprowadzeniu ostrego reżimu finansowego; międzynarodowe pismo "Emerging Markets" uznało go za najlepszego szefa resortu finansów w krajach "rozwijającej się Europy" - stwierdził, że przyjęcie euro jest "znakiem jakości", "mocną marką", a także "sygnałem dla rynku", który "wzmocni międzynarodowe zaufanie do Estonii". Patrząc na historię waluty niepodległej Estonii, Ligi opisał estońską koronę - wprowadzoną w 1992 r. i początkowo powiązaną z niemiecką marką - jako "historię sukcesu", z przyjęciem euro jako jej ukoronowaniem.

Jednak pytanie, czy w dalszej perspektywie przyjęcie euro zwiększy szanse Estonii na odbudowanie swej pozycji ekonomicznej, na razie pozostaje bez odpowiedzi. Pesymistyczny zwykle noblista Krugman zwraca uwagę, iż Estonia może doświadczyć teraz niskiego wzrostu gospodarczego i wewnętrznej deflacji, ponieważ poziomy cen i pensji mogą okazać się niewystarczające, by wesprzeć nowe inwestycje i miejsca pracy. Co dziwne, jesienią 2010 r. inflacja wzrosła - co dało podstawę do spekulacji, czy Estonia rzeczywiście utrzyma poziom, który pozwoli jej spełnić kryteria z Maastricht.

Optymizm polityków, lęk obywateli

Estonia wchodzi do strefy euro w chwili, gdy przyszłość wspólnej waluty na skutek kryzysu wygląda ponuro. Nie można więc wykluczyć, że decyzja o przyjęciu Estonii do "Eurolandu" była choćby częściowo motywowana chęcią odbudowy zaufania do wspólnej waluty. We wrześniu 2010 r., podczas wizyty w Tallinie, szef Europejskiego Banku Centralnego Jean-Claude Trichet mówił, że "strefa euro nie jest zamkniętym sklepem". Wyglądało to jak demonstracja, że strefa euro jest dość silna, by przyjmować nowych członków, mimo światowego kryzysu.

Choć więc Estonia zrobiła wszystko, co mogła, byle spełnić kryteria, pojawiła się mała wątpliwość: czy aby Unia nie jest teraz mniej rygorystyczna w "prześwietlaniu" kandydatów do strefy euro? Fakt, że jesienią estońska inflacja wystrzeliła w górę, był sygnałem, że spełnienie kryteriów to jedno, a ich utrzymanie to drugie; przy czym to drugie jest zdecydowanie trudniejsze. Trichet zauważył tylko, że Estonia powinna powstrzymać inflację. Tymczasem cztery lata wcześniej aplikacja Litwy do strefy euro została odrzucona, choć spełniała ona wszystkie kryteria poza jednym - jej miesięczna inflacja była o 0,03 proc. wyższa od wymaganej. A dziś Estonia jest w tej samej sytuacji - i słyszy jedynie sugestię, aby jakoś rozwiązała ten problem...

A zwykli ludzie? Oni spodziewają się, że po 1 stycznia nastąpi skok cen - jak miało to wcześniej miejsce w innych krajach. Poza tym, skoro zaciskanie pasa staje się powszechne w "Eurolandzie", możliwe, że i Estonię czekają kolejne oszczędności... Mimo optymizmu polityków lęk wywołany tym, co dzieje się w Grecji, Irlandii i innych państwach, staje się więc udziałem Estończyków, i tak dostatecznie zmęczonych wyrzeczeniami. Co odbija się w nastrojach: w połowie listopada przyjęcie euro popierało już tylko 34 proc. obywateli, podczas gdy miesiąc wcześniej było to 50 proc.

Ale decyzje zapadły - i od 1 stycznia w Estonii resztę wydadzą nam już w euro.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka działu Świat, specjalizuje się też w tekstach o historii XX wieku. Pracowała przy wielu projektach historii mówionej (m.in. w Muzeum Powstania Warszawskiego)  i filmach dokumentalnych (np. „Zdobyć miasto” o Powstaniu Warszawskim). Autorka… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 01/2011