Reklama

Przygody (Sindbada Żeglarza)

Przygody (Sindbada Żeglarza)

05.06.2007
Czyta się kilka minut
Bohater czy bohaterka? Jeśli bohater - mam ich do wyboru mnóstwo, ale bohaterek jest niewiele. Może więc dlatego, chociaż przeczytałam dużo książek dla dzieci, nie zdarzyło mi się utożsamić z żadnym bohaterem, z jednym chyba wyjątkiem. Pamiętam z dość wczesnego dzieciństwa, bo jeszcze z przedszkola, zabawę w czterech pancernych, i ja w roli jednego z pancernych. Były to bowiem czasy, kiedy bardzo chętnie bawiłam się z chłopcami, zupełne przeciwieństwo jednego z kolegów, który uwielbiał bawić się z dziewczynkami lalkami. A ja lalek nie znosiłam. Ten kolega został księdzem, lecz ja nie zostałam zakonnicą.
Z

Z chłopcami bawiłam się jeszcze w pierwszej klasie, ale ponieważ te zabawy, typu bieganie po sali lub skakanie po ławkach, kończyły się zwykle w ten sam sposób - że do klasy wpadała jakaś rozgniewana nauczycielka i rozstawiała nas po kątach, a potem przychodziła do mnie starsza siostra i załamywała nade mną ręce, bo znowu stoję w kącie, więc zaczęłam się grzecznie bawić z dziewczynkami. Skakanie w gumę nie podlegało żadnym karom, chociaż było trochę nudne.

Do kąta trafiłam znowu pod sam koniec podstawówki, bo grałam w piłkę nożną, w klasie, i pechowo uderzyłam w ścianę. Za ścianą mieścił się pokój nauczycielski. Nie mogę powiedzieć, żeby piłka nożna stanowiła jakąś moją szczególną fascynację, ale grałam dość dobrze. A taką prawdziwą bohaterką była dla mnie Maria Skłodowska-Curie. Przeczytałam jej biografię, czy raczej coś w rodzaju opowieści biograficznej, autorstwa jednej z jej córek, Ewy, w piątej czy szóstej klasie. I myślę, że nie muszę specjalnie tłumaczyć, za co ją podziwiałam. Za wszystko.

Ale wracając do tego ważniejszego świata - czyli świata fikcji, niesamowitych przygód, dziwnych ludzi, nieznanych miejsc - to był taki czas w moim dziecinnym życiu, kiedy zaczytywałam się książkami Verne'a. Z tym, że do Verne'a nigdy już nie wracałam; i nie wydaje mi się, by było do czego wracać. To była tylko bardzo dobra literatura dla dzieci. A z licznych bohaterów to oczywiście najciekawszy był kapitan Nemo.

Kolejny pisarz to Dumas, przede wszystkim jako autor "Trzech muszkieterów" - przeczytałam tę książkę po raz pierwszy, gdy miałam dziesięć lat, potem, gdy byłam nastolatką. Kilka razy widziałam film. Ale gdy teraz myślę o niej, zastanawia mnie przede wszystkim jeden epizod, na który wcześniej nie zwracałam uwagi. Chodzi o scenę śmierci tej okrutnej, mściwej, podłej Milady. Ona jest sama. Ma przeciwko sobie czterech silnych mężczyzn - uzbrojonych muszkieterów, i jeszcze piątego - kata. I właśnie aż tylu ich trzeba, by zgładzić tę jedną kobietę. Przecież gdyby postąpili w ten sposób z mężczyzną - to znaczy gdyby zaatakowali w czterech (pięciu) jednego, okryliby się hańbą. Ale jeśli w czterech (pięciu) zabijają jedną kobietę - wszystko wydaje się być w jak największym porządku. I to właśnie zdarzenie powoduje, że o trzech (właściwie czterech) muszkieterach myślę obecnie z dużo mniejszą sympatią niż kiedyś.

Za to inny bohater - Hodża Nasreddin, mędrzec z Buchary, wciąż bawi mnie tak samo jak dawniej. I tutaj mam pewien kłopot. Otóż Hodża Nasreddin występuje w wielu opowieściach, i ja nie pamiętam nawet autorów, oprócz jednego - Zdzisława Nowaka. A książka ma tytuł "Niezwykłe przygody Hodży Nasreddina". Wystarczy otworzyć pierwszą stronę, i już znajdujemy się w zupełnie innym świecie, jak najbardziej realnym, a jednak dziwnym i niezwykłym. Świecie, gdzie jeździ się na iszaku, modli się w meczecie, pije kok-czaj w czajchanie, i, co najważniejsze, walczy się, głównie za pomocą śmiechu z możnymi tego świata: emirami, chanami, dostojnikami pałacowymi - okrutnymi, chciwymi, i przede wszystkim głupimi, bo głupia władza to nie jest wyłącznie polska specjalność, zwłaszcza ostatnich kilkunastu miesięcy. Zamiast szczegółowego opisywania kolejnych przygód, wybieram jednak tylko niewielki epizod. Jego bohaterem jest Fajzułła Sarsanbaj - nikczemnik i skąpiec. Otóż zdarzyło się, że przejeżdżając w orszaku emira przez most, wpadł razem z wierzchowcem do wody. Przekleństwa ludzi skrzywdzonych przez niego ciągnęły go na dno. Ale znaleźli się też ludzie miłosierni, którzy chcieli mu pomóc. Wołali do niego: "Daj rękę!". Jednak skąpiec, który przez całe swe życie nic nikomu nie dał, wolał utonąć, niż dać tę rękę. I dopiero, gdy podbiegł do niego Hodża, mówiąc: "masz", podał rękę i został uratowany.

---ramka 484442|lewo|1---Ale skoro znalazłam się na trasie wędrówek Hodży, to blisko mi już do Bagdadu. Właśnie w Bagdadzie mieszkał Sindbad Żeglarz - bohater jednej z baśni wchodzących w skład "Księgi tysiąca i jednej nocy", a także - co dla mnie ważniejsze - bohater "Przygód Sindbada Żeglarza" autorstwa Bolesława Leśmiana. Pierwszy raz przeczytałam tę książkę w dzieciństwie. Potem na studiach, gdy czytałam w większej ilości wiersze Leśmiana, natrafiłam na taki dłuższy utwór "Nieznana podróż Sindbada Żeglarza". Trzeci raz - rok temu, inspiracją był mój wtedy sześcioletni siostrzeniec. Zaczęłam mu czytać i tak go zainteresowała historia Sindbada kuszonego przez Diabła Morskiego, że następnego dnia zrezygnował z udziału w ognisku, zajadaniu się pieczonymi kiełbaskami i ziemniakami i domagał się dalszego ciągu.

Leśmianowski Sindbad ma niewiele wspólnego z Sindbadem z baśni opowiadanych przez Szeherezadę. Pozostał ogólny schemat - tych przygód jest siedem, Sindbad jest mieszkańcem Bagdadu, opętanym żądzą podróży, spotyka olbrzymiego ptaka Roka, ludożerców, żeni się w królestwie, w którym śmierć jednego ze współmałżonków skazuje na śmierć tego drugiego; pomaga Starcowi Morskiemu, który naiwnych podróżnych wykorzystuje jako wierzchowce i zajeżdża ich na śmierć.

Ale ważniejsze są różnice. To, co zapamiętałam z pierwszej lektury, znalazło też potwierdzenie przy kolejnych czytaniach. Przede wszystkim - sny. Leśmianowskiemu Sindbadowi na przykład śni się Diabeł Morski i wręcza mu list. Ale potem okazuje się, że ten wyśniony list znajduje się w jak najbardziej realny sposób w kieszeni Sindbada. Albo spotyka piękną Urgelę - która nie umie istnieć, umie tylko się śnić. I przez długi czas śni się Sindbadowi, grając mu cudnie na lutni; a dźwięki te słyszy nie tylko sam Sindbad, lecz np. marynarze, z którymi płynie statkiem. Niestety, dźwięki tej lutni usłyszała też Stella, tłusta żona Sindbada. Tłusta i szalenie zazdrosna. Wywabiła czarodziejskimi sposobami Urgelę ze snu swego męża i roztrzaskała jej lutnię, czym spowodowała swoistą śmierć pięknej dziewczyny. Swoistą, bo nie mogła umrzeć naprawdę, skoro naprawdę nie żyła; ale od tej pory nie mogła już nikomu się przyśnić. Jeśli chodzi o reakcję Sindbada - to uciekł od zazdrosnej żony.

Jednak najosobliwszy sen został przedstawiony w przygodzie szóstej. Król Mirakles wyśnił gród, piękną królewnę Chryzeidę, pałace, ogrody, tysiące poddanych - i śnił ten piękny, błękitny sen przez tysiące milionów lat (takie określenie jest u Leśmiana). A mieszkańcy snu byli już tak straszliwie zmęczeni tym śnieniem się, że marzyli tylko o tym, by Mirakles obudził się, a oni mogli wreszcie rozwiać się w nicość, tak jak sny wszystkich innych ludzi. Kiedy im się udaje, z pomocą Sindbada, obudzić króla, rozwiewają się w nic. A Mirakles? Zaraz znów zasypia, i śni nowy sen - tym razem purpurowy.

Z pierwszej lektury książki Leśmiana zapamiętałam też oczywiście wuja Tarabuka, ale nie wzbudzał on mojego szczególnego entuzjazmu. Nadal nie wzbudza, a jednak patrzę na niego już inaczej. Jest on poetą, skoncentrowanym wyłącznie na sobie i swych wierszach, raczej grafomanem, przynajmniej w opinii Diabła Morskiego, i swego siostrzeńca też. Ale Tarabuk jest przekonany, że wszystkie jego wiersze są arcydziełami, i ma tylko jeden problem - co zrobić, żeby te wiersze zachowały się dla potomności, skoro: pergamin, na którym zostały spisane, wyprała głupia i nierozgarnięta praczka; tysiąc niewolnic, które miały zapamiętać wiersze, w końcu wycieńczone ich nadmiarem (każda musiała zapamiętać 999 wierszy, a Tarabuk nadal tworzył) uciekły na wszystkie strony świata w towarzystwie młodzieńców; ostatecznie Tarabuk wpadł na pomysł wytatuowania na swym ciele wierszy - myślał, że w ten sposób nic im nie zagrozi. Zabezpieczył się nawet na wypadek śmierci, przekazując prawo przedruku Sinbadowi. Z którego wyrodny siostrzeniec nie zamierzał skorzystać, wręcz przeciwnie, dowiedziawszy się o planach wuja, zaraz ruszył w kolejną podróż.

Na podróż zdecydował się również sam Tarabuk - i spotkał swoją księżniczkę, czyli podstarzałą, otyłą Barabaksentorynę, która nie znosiła książek i nigdy ich nie czytała, znalazła niezawodny sposób na swego małżonka - niszczyła każdy wiersz. A Tarabuk łatwo się z tym pogodził, nawet sam przynosił Barabaksentorynie wiersze i prosił ją, by je zechciała zniszczyć. Smutne zakończenie? Chyba tak. Również dla Sindbada, który też się ożenił, stał się człowiekiem poważnym i zaprzestał podróży. Skończyły się jego przygody. Nie ma przygody ósmej o małżeństwie i życiu rodzinnym.

JOLANTA STEFKO (ur. 1971 r.) jest poetką i autorką powieści "Możliwe sny". Laureatka nagrody Fundacji Kultury Polskiej z rekomendacji Stanisława Lema (2001) i Nagrody Kościelskich (2006) za całokształt twórczości. Mieszka w Lipowej koło Żywca.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]