Reklama

Przy kałuży

Przy kałuży

30.07.2019
Czyta się kilka minut
Czy można prawdziwie tęsknić do kałuży znanej z dzieciństwa, mając do dyspozycji całe bogactwo świata?
Wzgórze Goruszka w Jaworzu GMINA JAWORZE
O

Od kilku lat ostrożnie wracam do miejsc, które określiły moje wyobrażenia przestrzenne. To, czym jest „góra”, „rzeka”, „trawa”, „pole”, „drzewo”, „droga”, „staw”, „dom”, „niebo”... Nic w tym niezwykłego, każdy nosi w sobie przyswajane w dzieciństwie prototypy składowych części świata. Tworzona bezwiednie matryca pozwala na podstawowe operacje poznawcze: że coś jest podobne do „tego” lub inne niż „to”.

Pamięć i wiedza próbują osaczyć te czułe miejsca za pomocą wspomnień, fotografii, kolekcji przedmiotów wyniesionych z przeszłości. Powstaje z tego zestaw do składania autobiografii, czyli zawsze po części zmyślona opowieść o własnym życiu. Zdarza się (i to jest mój przypadek), że niezadowoleni z tej pracy chcemy naocznie przekonać się, „jak tam teraz jest”.

Moja dziedzina

Nawet kilogramowy walec z Sèvres zrobiony ze stopu irydu i platyny przestał być wzorcem, bo przybierał na wadze, a cóż dopiero zwykłe rzeczy lub krajobrazy poddane działaniom natury i człowieka. Wiedziałem, że przez 40 lat prawie wszystko się zmieniło, więc powrót dostarczy mi tylko rozczarowania. Jego gorzki smak nie wynika tylko z fizycznej zmiany tych miejsc, ale bardziej stąd, że zmieniłem się ja. Bo ja nie przychodzę tam wspominać. Chcę jeszcze raz przeżyć to, co mnie z tymi miejscami związało. Przychodzę zwabiony obietnicą sztuki, że możliwe jest pojednanie przeżycia i wiedzy. „Pragnę, by moje dni, jedne z drugimi, / Były związane węzłami czułymi” – mówi o tym stanie John Keats (przeł. Zygmunt Kubiak).

Wygnany z dzieciństwa, noszę w sobie jego ślady i szczątki, których nie chcę powierzyć zmyślonej idylli lub traumie. Nostalgii też we mnie za grosz. Przeszłość była fajna, ale zdecydowanie wolę teraźniejszość. Pamiętam wystarczająco dużo, żeby nie musieć podejmować wysiłku przypominania, a nawet chciałbym trochę zapomnieć. Czego więc szukam, skanując swoje ciało na obecność przechowanych w nim wrażeń sprzed dziesiątków lat?

Chyba dowodów na istnienie własnego życia, po prostu. Że to, co było w nim tylko moje, czyli najbardziej bezpośredni sposób doznawania świata, trwa nadal. Nie w pamięci, ale w powtórnym przeżywaniu. Wytarzałem się w małym świecie dzieciństwa. Moje ciało nosi w sobie jego ślady, resztki, pozostałości, powidoki; jestem bezwiednie przesiąknięty topografią najbliższą. Mam na sobie zmysłową mapę jedynego świata, jaki znam naprawdę, choć nigdy nie był „przedmiotem” mojej wiedzy.

Przeżywając życie, ocierałem się o fragment powierzchni Ziemi niewiele przekraczający 30 kilometrów kwadratowych – część terytorium dwóch wsi: Jasienica i Jaworze, na styku których stał mój dom. Nieostre granice wyznaczały trzy wzniesienia: od południa Ruska Góra (nazwa wzięła się od radzieckiego posterunku w czasie inwazji na Czechosłowację w 1968 r.), od wschodu Młyńska Kępa, od północy Goruszka. Od zachodu nie było góry, a niewidzialną linię, której się nie przekraczało bez wyraźnej potrzeby, kreślił Szeroki Potok i droga do Strumienia, przy której stała szkoła.

Dlaczego tak? Nie wiem. Człowiek wytycza granice łatwo i chętnie, według najbardziej absurdalnych kryteriów. Kiedy byłem dzieckiem, większość zabaw odbywała się między czterema niskimi blokami, w których mieszkali pracownicy Fabryki Mebli Giętych. Jeden z tych bloków został wzniesiony nieco później niż pozostałe. Z tego powodu wszystkie mecze, „wojny” i gry zespołowe odbywały się wedle zasady: „stare bloki” na „nowy”. Koledzy ze szkoły i podwórka stawali się wtedy „przeciwnikami”, a nawet „wrogami”. Było to tak naturalne, że nikt z nas się temu nie dziwił. Czy mogę więc dziwić się antysemityzmowi, niechęci wobec uchodźców czy plemiennym wojnom partii politycznych? Wrogość jest naturalna, solidarność wymaga edukacji i pracy.

W naturalny zatem sposób nie zapuszczałem się poza granice „mojego” terytorium, chyba że z rodzicami lub nauczycielami. Tam był „świat”, tu był dom i moja „dziedzina”, która dziecku wydaje się ogromna. I taka właśnie jest, kiedy chcę ją opowiedzieć – nieobjęta, niewyczerpana, niedostępna. Czasem, w stanie percepcyjnej łaski, możemy mieć jako dorośli chwilowy wgląd w jej zawartość, ale poza genialnymi artystami nikt nie potrafi tego nazwać. A już całości nie da się wypowiedzieć ani napisać, ani nawet pomyśleć, ponieważ mowa, w której można by to zrobić, „nie jest ani łacińską, ani angielską, ani włoską, ani hiszpańską, jeno taką, z której nie jest mi znajome ni jedno słowo, mowa, którą mówią do mnie rzeczy nieme” (Hugo von Hofmannsthal „List”, przeł. Ida Wieniewska).

Po licznych porażkach wiem, że droga do mowy niemych rzeczy nie wiedzie przez wspomnienia, ale przez związek słów i zmysłów; literatury i utajonego w ciele siedliska dawnych doznań, które dobre słowa potrafią reaktywować w podobny sposób, jak czynił to potwór wymyślony przez Patricka Süskinda w „Pachnidle”. Ów Jan Baptysta Grenouille chciał pochwycić i zatrzymać zapachy rzeczy, roślin, zwierząt i ludzi. Jego celem ostatecznym było stworzenie zapachu, którym pachnie życie. Kiedy tylko uda się na ten zapach trafić, trzeba być czujnym i szybkim, „by jak najwięcej schwytać, jak najmniej uronić, (...) należało działać w skupieniu i szybko” (przeł. Małgorzata Łukasiewicz). Grenouille zdejmował zapach z ciała, okładając je warstwami tłuszczu. Mnie muszą wystarczyć zmysłowa pamięć i wyobraźnia wspomagana literaturą.

Opowiem, jak to działa.

Pokłute stopy

Wróciłem po raz kolejny do „Przygód Tomka Sawyera”. Powód był prosty: spierałem się z profesorem Marciniakiem o psychologiczną sztuczkę zastosowaną przez Tomka, aby uniknąć malowania płotu. I teraz chciałem sprawdzić, czy obaj dobrze zapamiętaliśmy tę scenę. Ledwo zacząłem kartkować powieść Twaina, przypomniały mi się moje obolałe stopy sprzed prawie pół wieku. Książka sprawiła mi ten ból. Teraz i wtedy. Było to może już na samym początku lektury, kiedy Tomek sięga po bratka rzuconego mu przez Becky i zamiast zwyczajnie wziąć kwiatek, „nakrył go bosą stopą, podniósł zręcznie palcami nogi i skacząc na jednej nodze, zniknął za rogiem ulicy” (przeł. Kazimierz Piotrowski). Albo trochę później, kiedy pojawia się Huck, który „na wiosnę zawsze pierwszy wychodził boso, a jesienią ostatni wkładał buty”. Ważna była, zyskana dzięki książce, wiedza, że prawdziwe chłopaki chodzą boso. Moi ziomkowie też tak kiedyś robili. „Bo od wiosny do jesieni chodziło się boso i trawa była tym dywanem między delikatną na wiosnę stopą i szorstką ziemią. Trawa była miękka, łagodząca zetknięcie z ostrością nieżywej ziemi. Trawy się doświadczało bezpośrednio, odczuwało jej puszystość, ale także ukryte w niej zasadzki. Każde więc dziecko musiało wiele wiedzieć o trawie” (Jan Szczepański „Korzeniami wrosłem w ziemię”).

Może boso chodziło się w latach 40. w miasteczku Hannibal nad Missisipi, może w Ustroniu na Zawodziu między wojnami, ale nie za późnego Gierka w Jasienicy. Moja stopa była wydelikacona noszonymi przez wszystkie sezony juniorkami, japonkami, półtrampkami ze Stomilu, welurami z Otmętu, relaksami i pionierkami. Nieważne, literatura mówiła, że powinienem uciec z domu boso. Tylko te „ostre kamyki, tarki, kolce ostu, zjadliwe mrówki”, których nie wziąłem pod uwagę. I ściętego świeżo pola koniczyny, które oddzielało mnie od rzeki. Skąpy, protestancki dziadek prowadził kosę tuż przy ziemi, żeby zostawić korzeń i trochę łodygi, nieco ponad grubość ostrza. Nie dało się więc iść, przesuwając stopy między sterczącymi kikutami. Z pokłutą skórą, zawstydzony, wycofałem się z ucieczki, rozczarowany, że życie nie chce naśladować literatury.

Mądrzejszy spóźnioną mądrością, wiem dziś, że najważniejsze w tym epizodzie jest przechowane doznanie bólu pokłutych stóp, ponieważ – jak uważał stary Kant – choć dotyk jest najbardziej prymitywnym zmysłem, to „jako jedyny odnosi się do bezpośredniego poznania zewnętrznego, dlatego jest najważniejszy i poucza nas w najpewniejszy sposób” („Antropologia w ujęciu pragmatycznym”, przeł. Ewa Drzazgowska i Paulina Sosnowska).

Bywa, że bolesny dotyk zostawia blizny. Powszechne – jak ślad po szczepionce na prawym ramieniu lub indywidualne – na przykład jasna plama na wierzchu mojej prawej stopy. Miałem 6 lat, był lipcowy świt. Zbieraliśmy się do wyjazdu nad morze. W garnku na gazie gotowała się woda na herbatę do termosu. Ojciec rzucił mi piłkę do spakowania, odbiłem głową wprost na wrzątek, który wylał się na moją stopę. Nie pamiętam bólu, za to pamiętam pieczenie przy każdej próbie wejścia do Bałtyku i że tata nosił mnie na plecach przez cały pobyt.

Nie ma za to śladu na moim brzuchu po ośmiu zastrzykach przeciw wściekliźnie (dwa mi darowano), kiedy ugryzł mnie bezpański pies. Bardziej od bólu pamiętam jego dziwnie przyjemną otulinę wytworzoną przez to, że mama, chcąc złagodzić przykrość, każdego dnia po zabiegu kupowała mi jakąś zabawkę.

Przyjemności zostawiają w ciele mniej śladów niż ból, a przecież tam są... pozostawione przez krąpia wyłowionego pierwszą prawdziwą wędką, małego królika trzymanego w dłoniach, zapach drewnianych kabin na basenie w Jaworzu, gwizd pociągu o 14.55 przywożącego Jankę z pracy. Na nic wspominanie tych wydarzeń, chodzi o ich reaktywację przeżycia; stan, w którym „wydaje mi się, że sam cały kipię, pokrywam się pęcherzykami, gotuję się i iskrzę. A wszystko to tylko rozgorączkowana myśl, ale myśl, która posługuje się materiałem bardziej bezpośrednim, słynniejszym i żarliwszym niż słowa” (Hugo von Hofmannsthal „Elektra”, przeł. Włodzimierz Wiśniewski).

Larysz

Leżała w centrum wsi. Mam ją pod powiekami starannie wyrysowaną niczym fragment starej ryciny. Z okna w kuchni nie było jej widać prawie wcale, poza kominem, kiedy podnosiło się wzrok, „aby rzucić na niego choć jedno spojrzenie. W spojrzeniu tym była dziwna błogość i jakby pieszczota” (Maria Konopnicka „Dym”). Przesadzam z tym Marysinym wtrąceniem. Ale nie całkiem.

W Fabryce Mebli Giętych w Jasienicy – czyli u Larysza, jak się mówiło w mimowolnym hołdzie dla założyciela, hrabiego Larischa von Moenisch – pracowała połowa mojej rodziny, na czele z najważniejszymi (po Jance rzecz jasna) osobami mego dziecięcego życia: Milką, Ojcem i Blumem. Pracujący ich rękami Larysz nie budził mojego uznania. Zdeprawowany książkami i kinem umysł dziecka z prowincji, mój umysł, był absolutnie przekonany o banalnej nieatrakcyjności własnego świata. Jeśli moje życie miało być kiedyś przygodą, to takie nie wydarzały się w Jasienicy. Nie wierzyłem też kłamliwym zapewnieniom dorosłych, którzy twierdzili, że wszędzie jest tak samo, skoro istnieją tam: zawiedziona miłość, choroby i śmierć. Wreszcie, gdyby ta fabryka była ważna, byłoby o tym w moich podręcznikach albo przynajmniej nauczyciele coś by nam o niej powiedzieli. A mówili z uznaniem o miejscowościach tak trudnych do odnalezienia na mapie jak: Bnin, Cedynia, Czarnolas, Zaosie, Szetejnie, Małoszyce czy Wola Okrzejska.


Fabryka mebli giętych w Jasienicy, 1946 r.

O Jasienicy i rzekomo słynnych meblach stąd nie mówili, choć nasza szkoła leżała niespełna kilometr od fabryki, w szkolnej świetlicy siedziałem na produkowanych tam krzesłach (model 983 „King Edward”), a pół Polski bujało się na ich bujakach. Nie dziwota więc, że sto razy wolałbym, aby ojciec pracował w Fabryce Samochodów Małolitrażowych w pobliskim Bielsku-Białej, produkował maluchy i jednego nam przyniósł. Tak jak Blum przynosił lakier bezbarwny, a raz w roku załatwiał przyczepę wyładowaną pociętymi odrzutami krzeseł, które dobrze paliły się w piecu.

Moja ignorancja trwałaby pewnie kolejne dekady, gdyby nie teledysk Madonny „Open Your Heart”, który mogłem widzieć po raz pierwszy chyba w 1987 r. Nie, tym razem nie jej wygląd (szpilki, kabaretki, czarny gorset JPG i rękawiczki) przykuł moją uwagę, ale fakt, że wszystkie pozy i gesty wykonuje tam na naszym jasienickim A-18! Niewiarygodne, Madonna i ja siadaliśmy na takim samym krześle! Być może wtedy – podpowiada mi fantazjująca pamięć – pomyślałem po raz pierwszy z uznaniem o rękach moich bliskich, jak wpasowują w ramę siedzisko ze sklejki, aby mogła usiąść na nim okrakiem.

Ech, nauczyciele moi, czemuście mi o tym nie powiedzieli. Ty, Nauczycielko ZPT, która tłukłaś mnie wskaźnikiem w otwartą dłoń za brak materiałów na budowę karmnika; albo Ty, Nauczycielko historii, której uroda nie pozwalała zapamiętać żadnej z dat, jakie nam dyktowałaś. Jakżeby mi to pomogło, samotnemu prowincjuszowi, podczas pierwszych trudnych dni w wielkomiejskim technikum, gdybym moim rozerotyzowanym kumplom mógł rzucić od niechcenia: „Bo wiecie, to krzesło, co ona tak na nim siedzi, to mój stary zrobił”.

Wiele lat później chłód wiedzy ściął kiełkującą dumę ze sławy lokalnego produktu. Madonna rzeczywiście siedzi na A-18, ale jest to nieco zmodyfikowany „ojciec krzeseł”, czyli słynny model nr 14 Michaela Tonneta z 1859 r., skopiowany przez większość firm meblarskich świata.

Okrutnie szczęśliwe dzieciństwo

Moje dzieciństwo było szczęśliwe, ale nie było niewinne ani beztroskie. Nigdy takie nie jest. Jednym z zabobonów, które pokutują wśród zakłamanych dorosłych, jest przekonanie, że najlepiej było, kiedy byliśmy dziećmi. Jako dorośli pochopnie zazdrościmy sobie samym rzekomego wieku niewinności, nie chcąc wiedzieć, że beztroski stan umysłu wynika wprost z moralnej obojętności. Nikt lepiej niż James Matthew Barrie nie wiedział, że wieczny chłopiec jest szczęśliwy, ponieważ nie ma w nim współczucia. Kończąc „Przygody Piotrusia Pana” widzimy, jak kolejno Wendy, Janka i Małgorzatka starzeją się i tracą zdolność latania na rzecz swoich córek. A te bez wahania porzucają matki dla Piotrusia. „I będzie to trwało tak długo, póki dzieci będą wesołe, niewinne i bez serca” (przeł. Maciej Słomczyński).

Kto uważał na lekcjach polskiego, tego romantyzm skutecznie wyleczył ze złych złudzeń co do idyllicznego dzieciństwa. Kto nie miał przed oczami „Kordiana”, „Króla olch” czy „Nie-Boskiej komedii”, niech go przerażą dzieci-potwory z powieści i filmów grozy: Danny („Lśnienie” Stanleya Kubricka), Rhoda („Bad Seed” Mervyna LeRoya), Cole („Szósty zmysł” M. Nighta Shyamalana), Regan („Egzorcysta” Williama Friedkina), Damien („Omen” Richarda Donnera), Gage („Smętarz dla zwierzaków” Stephena Kinga), Will Byers (z serialu „Stranger Things”), Ciri („dziecko niespodzianka” z cyklu o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego). Nie dajmy się zwieść fantastycznej aurze tych utworów. Te „dziwne dzieci” ulepione zostały z nader realistycznych składników. Są mieszanką inteligencji, zwierzęcej wrażliwości zmysłów i rozedrganej emocjonalności, a niewinność i amoralne okrucieństwo sąsiadują w nich całkowicie naturalnie.

Wielu z nas to ich pomniejszeni siostry i bracia, którzy mają na sumieniu dziesiątki, może i setki stworzeń dręczonych lub zabijanych dla zabawy lub bezmyślnie – owadów, pająków, żab, myszy, kretów. Nie mówiąc o roślinach. „Całe tajemnicze życie, pradawne, bardzo bogate, które dziecko bez wysiłku niszczy” – przyznaje Jean-Claude Carrière, wspominając okrutne praktyki swojego wiejskiego dzieciństwa („Szorstkie wino”, przeł. Wiktor Dłuski). Literatura i kino, zwłaszcza przygodowe, ogromnie temu sprzyjają, pokazując świat naturalny jako obiekt do pochwycenia, opanowania, oswojenia, zjedzenia.

O dziwo, w tej kwestii egzotyczna literatura i zwykłe życie na polskiej prowincji w ubiegłym wieku pasowały do siebie. Wszyscy, a zwłaszcza wszyscy mężczyźni, których podziwiałem w dzieciństwie, byli mięsożercami na głodzie. A najbardziej Blum, przed którym żona musiała chować przyniesioną ze sklepu wołowinę, bo zjadłby ją na surowo, posypując jedynie solą. Widząc, jak pożerał mięso lub wypijał surowe jajka, nie miałem wątpliwości, że należy do tego samego gatunku ludzi co Ikämosa – bohater jednej z moich lektur – który z ciała bizona „wyszarpał buchającą parą nerkę. (...) Szybko podniósł do góry (...), chcąc pokazać swemu Wielkiemu Duchowi, że docenia jego pomoc, a potem odgryzł ogromny kęs parującego mięsa i szybko połknął” (Noel M. Loomis „Kiedy dzieci płaczą z głodu”, przeł. Teresa Długoszewska).

Naprawdę miał na imię Gustaw. Zacząłem mówić o nim Blum już po jego śmierci, w rozbłysku wdzięcznej pamięci, kiedy zaraz na początku lektury „Ulissesa” Jamesa Joyce’a natrafiłem na fragment o śniadaniu Leopolda Blooma. Bohater idzie do mięsnego kupić sobie na śniadanie nerkę baranią lub wieprzową. Zapakowany w gazetę „wilgotny, pulchny gruczoł” (przeł. Maciej Słomczyński) przyniósł do domu i „rzucił nerkę na syczące płynne masło”, a kiedy było gotowe (choć o mało się nie spaliło), „żuł ze znawstwem sprężyste smaczne mięso”. Smak najtrudniej poddaje się literackiej estetyce pragnienia. Byłem już mieszczuchem po studiach, kiedy czytałem ten fragment, ale natychmiast chciałem tak samo jak oni. Gustek też podczas świniobicia rzucał na patelnię kawałki wątroby, bo nie mógł się doczekać właściwego posiłku. Kupiłem nerkę, rozgrzałem masło, położyłem mięso na patelni. Smród palonego masła i moczu skutecznie zablokował nostalgiczną fantazję. Koty na podwórzu się ucieszyły.

Wiejskie dziecko uczestniczy w śmierci zwierząt, na które wcześniej patrzyło z sympatią i czułością; karmiło je, czasem bawiło się z nimi. A potem widzi, jak giną, aby na koniec zjadać je, często ze smakiem. Smuciły mnie te śmierci, zamykałem oczy, odpędzano mnie od drastycznych momentów świniobicia, ale fascynacja zawsze brała górę nad współczuciem. Długo nie umiałem uzgodnić w sobie tego pomieszania. I choć nie znam w literaturze wspanialszego opisu świniobicia niż te 434 linijki w moim egzemplarzu „Postrzyżyn”, to nie Hrabal pomógł mi wyjść cało z dzieciństwa. Chciałbym wtedy pomyśleć, że „świniobicie (...), to to samo, jak kiedy ksiądz odprawia mszę świętą, bo zawsze idzie o krew i o mięso, czyli ciało” (przeł. A. Czcibor-Piotrowski). Ale nie jest tym samym.

Mój tata hodował króliki, jednak nie potrafił żadnego zabić. Robił to dziadek, a potem on też nie chciał i kiedy uznał, że 13 lat to właściwy wiek, nauczył mnie. Choć trudno w to uwierzyć, nikt nie udzielił mi lepszej lekcji o dobrym traktowaniu zwierząt niż Władek, ucząc mnie, jak zabić królika.

„Przynieś mu coś dobrego do jedzenia, musisz go uspokoić – mówił, głaszcząc mu głowę, szyję i grzbiet – uważaj na tylne nogi, są strasznie mocne, a pazury mogą rozorać ci głęboko skórę. I właśnie za tylne łapy trzeba go złapać lewą ręką, prawą wcześniej przyciskając mu grzbiet do podłogi klatki. Potem przytrzymaj go przez chwilę głową w dół, aż opadną mu uszy. Tuż za nimi jest to miejsce, w które musisz uderzyć. Musisz to zrobić tylko raz, mocno i pewnie, żeby nie cierpiał. Jeśli będzie się bał lub uderzysz go źle, będzie go bardzo bolało i może wydać z siebie straszny pisk, jakiego nigdy nie słyszałeś z króliczego pyska i którego nigdy nie zapomnisz”.

To prawda, jest nie do zapomnienia.

Nie byłem już dzieckiem, więc wkrótce pojąłem, dlaczego wszyscy „masorze” (rzeźnicy) rozpoczynali świniobicie od kieliszka wódki albo dwóch. Mnie, jak zwykle, pozostawała literatura. Nie pamiętam dokładnie gdzie, czy u Maya czy u Coopera, natrafiłem na fragment, kiedy indiański myśliwy przed zabiciem zwierzęcia wygłasza modlitewne przeprosiny, prosząc zwierzę o wybaczenie i tłumacząc się, że zabijanie jest koniecznością życia, które chce przetrwać. Pomagało, mimo że dziś śmieję się z siebie stojącego przed króliczymi klatkami i mamroczącego (żeby nikt mnie nie słyszał): „Wybacz, bracie króliku, że muszę Cię zabić...”.

Dziadek (z niejaką pomocą literatury) wyprowadził mnie szybko i skutecznie z dziecinnego postrzegania śmierci. Nie nazwałby tego w ten sposób, ale dojrzałość oznaczała dla niego bycie świadomym, że każde życie, także ludzkie, jest nieodłącznie związane z pozbawianiem życia innych stworzeń. Nie ma na to usprawiedliwienia. Pozostaje tylko minimalizowanie cierpienia i współczucie.

Do potoka

Odwiedzanie przez dorosłego krajobrazów dzieciństwa przypomina wizytę w parku miniatur. Budzące dawniej grozę wzniesienia, rwące strumienie i głębokie stawy dotyka nagłe skarłowacenie. Pamiętam, jak po wielu latach poszedłem zobaczyć Bizona – straszną górę, z której zjeżdżaliśmy na nartach. W połowie miała garb, który na pełnym gazie pokonywał tylko Wacek. 30 lat później stanąłem na garbie, pod moim „Streifem”, spoglądając ze zdumieniem na kilkunastometrowy pagórek. Więc to budziło taki strach? Z rozpędu poszedłem na Młyńską Kępę, poważny, stromy stok „slalomowy”, który nie miał wypłaszczenia na dole, miał za to druty rozpięte na betonowych słupkach, bo to było prywatne pastwisko. Tu jeździła wiejska elita. Na Młyńskiej rządzili Janek z Mariuszem, wyznawcy Ingemara Stenmarka, którzy ustawiali z leszczynowych tyczek nieskończone warianty slalomowych tras na 30 metrach długości. Istotnie, park miniatur.

Z tego właśnie powodu przez 40 lat nie poszedłem „do potoka”. Choć bardziej przez Milkę, mamę mojej mamy, którą pamiętam zawsze jako emerytkę – grubą, komiczną, rados- ną. Milka, choć skończyła tylko przyzakładową zawodówkę, miała dryg do opowiadania i kapitalnie znała się na dzieciach, a właściwie na mnie. Zabierała mnie „do potoka” i po drodze opowiadała straszne historie.

To było dziwne miejsce. Potok przepływał tuż za blokami i oddzielał je od fabryki, która hojnie dzieliła się z nim swoim chemicznym świństwem. Dzięki googlom dowiedziałem się, że strumyk nazywa się Pelchrim, ale nikt go tak nie nazywał. Szło się „do potoka”, co oznaczało pójście do lasu, który porastał jego brzegi. Ścieżka biegła skarpą, a potem, tam gdzie drzew było więcej, meandrowała między nimi na pofałdowanym terenie, pełnym rozpadlin i kopulastych, pozbawionych trawy wzniesień. Najdziwniejszy był jednak strumień, w którym woda była ciemna, prawie stojąca i nigdy nie zauważyłem w niej żywych stworzeń. Milka uwielbiała tam ze mną chodzić. Ja mniej; ogarniał mnie tam jakiś niepokój, nawet w słoneczny dzień panował mrok, nie było kolegów. Ale z nią było fajnie. Pokazywała miejsce, gdzie Grelę wciągnął utopiec, i to, w którym jej ojciec widział czarnego psa z płonącymi oczami, i tamto pole, na którym nocznice płomykami wabią pijaków. Nawet zrywanie ulubionych przez nią witek modrzewiowych umiała opowiedzieć jako ryzykowny proceder, za który możemy zostać ukarani przez leśniczego. Kiedy dziś o tym myślę, uświadamiam sobie, że podczas tych spacerów chyba głównie się bałem, ale ten strach musiał być przyjemny, skoro tam wracaliśmy.

Po jej śmierci nigdy tam nie poszedłem, a teraz chciałem znowu. Po to, żeby poczuć tamten strach wywoływany przez połączenie jej opowieści i atmosfery „potoka”. Nie chciałem wspominać Milki, chciałem mieć z nią „żywy” kontakt poprzez nastrój miejsca, w którym z nią bywałem. A jako że nie wierzyłem, iż to możliwe, przez dziesiątki lat nie wracałem do potoka.


Produkcja w dzisiejszej fabryce Paged S.A., 2012 r.

W każdej próbie opowiedzenia własnego dzieciństwa kryje się dramat poznania. Szukam prawdy o sobie w przeszłości, której już nie ma, zwracam się więc do otaczającej rzeczywistości, zwłaszcza do natury, aby potwierdziła istnienie tamtego świata, który utraciłem. Zaklinam krajobraz, aby był ratunkiem przed oddaniem mojego dzieciństwa wyłącznie historii. Studiując własną przeszłość, odkrywam obcość tego, co niegdyś było moje własne. Jeszcze gorzej, gdy chcę o tym opowiedzieć, muszę wówczas robić przypisy do własnego dzieciństwa, czyli zamiast w „potoku”, kończę w bibliotece. Inny Bloom, Harold, określa ten stan mianem „twórczego szału świadomości, która skazana jest na samotność utraconej informacji, czyli na świat książek” („Pomiar kanonu”, przeł. Marcin Szuster).

Bez nadziei, postanowiłem tam jednak wrócić. Ośmielił mnie Artur Rimbaud. Sto razy czytałem „Statek pijany”, lekceważąc jego zakończenie. Pociągała mnie tam zawsze wizja osobowości, która pozwala sobie na „jazdę bez hamulców”. „Statek płynie bez załogi, ponieważ monologująca samotność i chłodne szaleństwo wystarczają, by nim sterować” – ujął to świetnie Calasso (przeł. Stanisław Kasprzysiak i Emilia Olechnowicz). Tym razem było inaczej. Przebiegłem wzrokiem długi tekst i utknąłem na końcu:

Jeżeli jakiej wody tam w Europie pragnę,
To błotnistej kałuży, gdzie w zmrokowej chwili
Dziecina pełna smutku, kucnąwszy nad bagnem,
Puszcza statki wątlejsze od pierwszych motyli

(przeł. Zenon Miriam-Przesmycki).

Wróciłem świeżo z turystycznego wałęsania się po Europie, więc gdzie mi tam do szalonych peregrynacji Artura, ale i to wystarczyło, aby powątpiewać w szczerość tego zakończenia. Czy naprawdę można prawdziwie tęsknić do kałuży dzieciństwa, mając do dyspozycji całe bogactwo świata?

A jeśli powrót do kałuży oznacza jedyny sposób połączenia się z treścią przeżyć, które były niepojmowalne i nienazwane? Cóż stąd, skoro nawet jeśli byliśmy kiedyś w spontanicznym i nieustannym kontakcie z niezmierzoną całością substancjalną świata, to i tak chwilowe wzruszenie, radość czy strach na widok tych miejsc nie przywrócą mnie ani bliskich do tamtego życia. „Cóż bowiem ma wspólnego z litością, co ze zrozumiałym, ludzkim kojarzeniem myśli, jeśli któregoś wieczora znajdę pod drzewem orzechowym polewaczkę, zapomnianą przez ogrodnika i gdy taż polewaczka i woda w niej, zmierzchła od cienia drzewa, i chrząszcz, płynący po zwierciadle wody od jednego ciemnego brzegu do drugiego – gdy na widok tego zespołu błahostek taki przejmuje mię dreszcz obecności nieskończonego od korzeni włosów aż do szpiku w piętach, że chciałbym wybuchnąć słowami (...) – i w milczeniu odwracam się od tego miejsca” (Hugo von Hofmannsthal „List”).

Po 40 latach odwracania się wróciłem do swojej kałuży. ©

Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Literaturoznawca, eseista, profesor w Instytucie Literaturoznawstwa Uniwersytetu Śląskiego, od 2020 r. jego rektor. W 2010 roku otrzymał Nagrodę Literacką Gdynia w kategorii „Eseistyka” za...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Jakoś nie jestem dziś gotowy na wycieczkę do dzieciństwa, trochę mnie to przywaliło, przygniotło. W moim domu nie było książek, ani czasu na ich czytanie, wszystko pozostałe o czym Pan pisze jak najbardziej. Jestem synem rolnika, raczej kułaka, bo tak ich wtenczas nazywała władza, my dzieci byliśmy siłą roboczą i na zabawy niewiele czasu mieliśmy. Najlepiej wspominam czas po burzy, miałem jakieś 7 lat, pilnowałem wypasające się na pastwisku zwierzęta. Koleinami polnych dróg płynęła wartko woda, razem z wiejską bandą dzieciaków, w samych gaciach, budowaliśmy tamy na płynącej do rzeki wodzie, rzucaliśmy w siebie błotem i wyglądaliśmy jak potwory. Zresztą szkodniki z nas były niezłe. Po wielu latach mieszkania w wielkim mieście, wróciłem na stare śmieci, tu jest moje miejsce na ziemi. Moje dzieci też za miastem, gdzie spędzili cześć dzieciństwa, nie tęsknią.

pieknie to napisane jest ... kazdy ma swoja kaluze .
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]