Dzień w dzień. Ale nie w święto. A dziś akurat prazdnik. W Moskwie czczą tych, którzy służą Ojczyźnie. Ponieważ teatr obdarzył mnie samochodem z szoferem, mam okazję dwa razy dziennie zapoznawać się z miastem à la Iggy Pop – tylko że w zwolnionym tempie (no i na drugim końcu osi Ribbentrop–Mołotow), zdecydowanie mniej w stylu party animal. Kilkanaście milionów samochodów nie może się mylić. Dzień w dzień, korek w korek – lecz nie dziś. Dziś święto, ważne dla mężczyzn, ważne dla kobiet. Dzień Obrońców Ojczyzny, łezka kręci się w oku z powodu zwycięstwa, i nikomu nie wolno się z tego śmiać, bo choć pobieda zaprzeszła nieco, ale jednak bezprzykładna, a i koszty ludzkie nieziemskie.
Więc dziś jechałem na próbę (i z próby) niemal pustymi prospektami. I kolosalne miasto pokazywało swój cel, swoją nieludzkość w perspektywie oficjalnej, niezbrukanej codziennością. Wszystkie architektoniczne wykwity niebotycznych ambicji mijane były w odpowiednim tempie; perspektywy, panoramy, bezczelne drapacze chmur. Rzadka okazja. Stalinowska Moskwa została zbudowana po to, aby podziwiać ją z takiej perspektywy. Raczej nie z rowerowego siodełka. Dziś mniej rzuca się w oczy codzienność, wszechobecna trojako: salony krasoty, całodobowe kantory, całodobowe kwiaciarnie. Salony urody dla kobiet, kantory dla ich mężczyzn, kwiaciarnie dla wszystkich.
Jak przeprowadzić święto przez 11 stref czasowych? Wieczorem, już z okna mieszkania, obserwuję zwieńczenie uroczystości: nad megalopolis esplodują sztuczne ognie na cześć żołnierzy. Kolorowe wybuchy kraszą moskiewskie, lutowe niebo. I trwają gwieżdżąco, zawiewają na siebie, dokładnie dziesięć minut ulotnej, corocznej chwały. Moskiewskie, żołnierskie 10 minut razy 11 stref czasowych imperium. Wybuchy cichną. Pozostaje dym. Dużo dymu na niebie. ©
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















