Reklama

Powrót potwora

Powrót potwora

w cyklu WOŚ SIĘ JEŻY
28.03.2019
Czyta się kilka minut
Jeśli ktoś chciałby wiedzieć, jak wyglądały XIX-wieczne stosunki pracy, to niech nie szuka daleko. Niech zajrzy na zaplecze polskiej gastronomii.
FOT. JACEK WAJSZCZAK/REPORTER
FOT. JACEK WAJSZCZAK/REPORTER
O

Od każdego pracownika restauracja pobiera kaucję w wysokości 500 złotych. Z kaucji pokrywane będą wszelkie ewentualne straty pracodawcy. Kaucja przepada, jeśli pracownik nie dochowa nieformalnego „wypowiedzenia” i nie poinformuje pracodawcy z miesięcznym wyprzedzeniem o zamiarze odejścia z pracy. „Wypowiedzenie” działa oczywiście tylko w jedną stronę. Pracodawca może wyrzucić pracownika z roboty w dowolnym momencie.

Na każdego pracownika może zostać nałożona kara porządkowa. Wystarczy, że pracodawca uzna, iż podwładny źle wypełnia obowiązki służbowe lub spóźnia się do pracy. Od kary nie ma żadnego odwołania. W przypadku oskarżenia o kradzież do gry wchodzi kancelaria prawna, która zgłasza zawiadomienie do prokuratury. Tu również nie ma żadnego odwołania.

Pracownik, który nie pojawi się w pracy i nie uprzedzi o tym pracodawcy na 48 godzin wcześniej, otrzymuje karę. Dłuższe okresy niedyspozycji należy zgłaszać z miesięcznym wyprzedzeniem. Otrzymanie czterech kar porządkowych skutkować będzie zwolnieniem z pracy.

To wyciąg z wewnętrznego regulaminu jednej ze śródmiejskich restauracji w Warszawie. Dostają go do podpisania wszyscy pracownicy lokalu. Dokument został ujawniony kilka dni temu na stronie „Czarna lista – gastronomia – Warszawa”. Założony w 2015 roku fanpage na Facebooku jest trochę rodzajem ostatniej deski ratunku dla zdesperowanych pracowników stołecznych barów i restauracji. A trochę grupą wsparcia w warunkach braku jakichkolwiek organizacji pracowniczych.

Pan i sługa

Świat, który wyłania się z cytowanego regulaminu (i innych publikowanych tam świadectw czy dokumentów), trudno nazwać inaczej niż XIX-wiecznym kapitalizmem. I nie jest to z mojej strony żadna licentia poetica. Gdy piszę „XIX-wieczny kapitalizm”, to mam na myśli XIX-wieczny kapitalizm. Bez żadnego „niemal” albo „prawie”. Cofnijmy się o dwa wieki. Jest rok 1823. W Wielkiej Brytanii wchodzi w życie tzw. Master and Servant Act (po polsku Prawo Pana i Sługi). Jest to przeprowadzona z inicjatywy pracodawców próba kodyfikacji faktycznie istniejących relacji pracy. Zgodnie z tymi regułami pracodawca może zastosować prawno-finansowe represje wobec każdego pracownika, który nie dotrzymał zapisów kontraktu. Na przykład umówił się z pracodawcą, że będzie pracował miesiąc, a odszedł po trzech tygodniach. Albo domagał się wyższej płacy niż umówiona na drodze akcji strajkowej. Oczywiście pracodawca mógł od kontraktu odstąpić z dnia na dzień, bez ostrzeżenia.

Podobne reguły (spisane lub nie) panowały wówczas we wszystkich krajach rozwiniętych. Szczególnie popularny był system kaucji i kar umownych, na które pracownicy godzili się przy podjęciu pracy, nie mając w zasadzie innego wyjścia. W jednej z pierwszych scen (wydanej sto lat temu) powieści „Palę Paryż” Brunona Jasieńskiego główny bohater traci robotę. A gdy potrącają mu z pensji za służbowe ubranie i narzędzia, to właściwie nic nie zostaje.

Imperium pracy elastycznej

Przepisy porządkowe ze wspomnianej warszawskiej restauracji nie różnią się niczym od tamtych obrazków. „Pani menadżer pije na barze i nie płaci za alkohol, a kelnerki są później obciążane brakami z baru i mają odcinane z pensji (...). Traktują ludzi jak śmieci, w ciągu 4 miesięcy było 6 kelnerek i każda pracowała miesiąc lub dwa. (...) Kazał podpisywać dokumenty, że jesteśmy obciążeni za wszystko finansowo. (...) Za odebranie telefonu na przerwie 50 zł” – to już świadectwa na temat innej warszawskiej restauracji. „Standard” – mówią ludzie z doświadczeniem pracy w polskiej gastronomii. Ci na pozycjach właścicielskich lub menadżerskich rozkładają z kolei ręce: trudny rynek, wielka konkurencja, ogromna rotacja pracowników, pozorne regulacje. Jest jak jest.   

Już nawet nikt nie przypomina, że regulaminy – jak ten cytowany – nie są zgodne z polskim prawem pracy. Bo przecież jest tajemnicą poliszynela, że gastronomia to obszar, gdzie prawo pracy w zasadzie nie funkcjonuje. Zamiast tego mamy królestwo umów cywilnoprawnych. Imperium pracy elastycznej. Miejsce o ponadprzeciętnym odsetku pracowników młodych oraz migrantów, których do zaakceptowania niekorzystnych warunków pracy nakłonić najłatwiej. Perswazją lub groźbą. Uzasadnienie zawsze się znajdzie: „bo jakoś trzeba żyć”, „to przecież tylko na chwilę”, „gdzie indziej mają jeszcze gorzej”, „jak ci się nie podoba, to wyp..., a na twoje miejsce już czekają cztery młode Ukrainki”.

Zasady gry

Tak się to kręci. I prawdopodobnie będzie kręcić. Ja przynajmniej nie widzę większej determinacji jakichkolwiek istotnych sił społecznych albo politycznych, by tym dramatom zaradzić. Martwi mnie to, bo już kiedyś to wszystko przerabialiśmy. W XIX wieku też się kręciło. Nawet dosyć długo. Aż wreszcie przestało. I pierwsza połowa XX wieku przyniosła bogatemu Zachodowi serie wielkich i krwawych wstrząsów społecznych. Jestem po stronie tych wszystkich historyków, którzy dowodzą, że dwie wojny światowe, totalitarny faszyzm i komunizm nie były konsekwencjami pojawienia się żadnych tajemniczych plam na słońcu ani niczyim spiskiem. Każde z tych dramatycznych wydarzeń to raczej pokłosie fatalnego i niewydolnego modelu społeczno-ekonomicznego, jakim był XIX-wieczny kapitalizm. 


POLECAMY: „Woś się jeży” – autorski cykl Rafała Wosia co czwartek na stronie „TP” >>>


Odpowiedzią na XX-wieczne dramaty miała być zmiana reguł gry. Między innymi ucywilizowanie stosunków pracy. Przez pewien czas się nawet udawało. Minęło jednak wraz z triumfem neoliberalizmu. W efekcie dziś w Polsce po trzech dekadach demokracji i wolności mamy powrót potwora. Praktyczną reinkarnację XIX-wiecznych stosunków pracy. I to nie gdzieś daleko. Tylko tuż pod własnym nosem.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Przychodzi do knajpy Łoś i się użala nad losem biednego pracownika knajpy, bo akurat dzisiaj tam zajrzał jako dziennikarz, a nie jak zwykle, jako konsument - by zjeść, wypić i przy okazji pogadać, dobrze obsłużony. To przykład ciężkiej schizy, bo dla Łosia-konsumenta knajpa czy jakikolwiek zakład usługowy ma być elegancki, wysokiej jakości, szybki, niedrogi i jeszcze uniżenie uprzejmy. W tej sprawie Łoś jest liberał i nie zamierza odpuścić. Nie ma przebacz - z żadnego z tych przymiotów Łoś za skarby nie zrezygnuje, niech tylko knajpa spróbuje wyłamać, to Łosiowa noga już tam nie postoi. Dopiero jak już Łoś się naje i dopieści jako konsument, do głosu dochodzi ten drugi Łoś - redaktor i przyjaciel ludu pracującego, i zaraz zaczyna się rozczulać nad tym, że zeżarte przezeń kartofe ktoś przedtem musiał obierać. Teraz knajpa robi się placówką dziennego pobytu dla personelu. Tutaj to pracownikowi ma być dobrze. W tym stanie ducha Łosiowi najbardziej spodobałyby się takie 2 knajpy w byłej NRD, gdzie niżej podpisany ok. godziny 14 pocałował klamkę i przeczytał kartkę z napisem "Wegen Mittagspause geschlossen!" (Zamkniete z powodu przerwy obiadowej). P.S. Do redakcji: Płaćcie Państwo mniej za teksty, żeby Wasi Autorzy nie szwendali się po knajpach, bo im od tego serca popękają. Niech kupują w dyskontach, pichcą w domach i nie narzekają na wyzysk człowieka przez człowieka.

Zgaduje, ze sznowny pan jest z branzy i na stanowisku kierowniczym.

Wsiadł redaktor na swojego konika, puścił cugle, no i poniosło. Krótko mówiąc, nie tak to wygląda, choć z pewnością nie wszędzie jest dobrze.

Bardzo mi się podoba aktywność redaktora Wosia w Tygodniku, jest dość radykalny jak na to do czego TP mnie przez lata przyzwyczaił (radykalny trochę w podobny sposób jak się w ostatnich latach pan Hołownia). Czuć jednak, że to jest radykalizm chrześcijański (w sensie etycznym a nie religijnym). Taki radykalizm otwiera oczy, każe wyjść z tej nieszczęsnej strefy komfortu, wskazuje palcem tam gdzie dzieje się źle. Takiego dziennikarstwa potrzebuję, nie chcę czytać o rzeczach o których wiem i obserwacji zgodnych z moimi. Tak trzymać Tygodniku i panowie redaktorzy! Można się z wymienionymi redaktorami nie zgadzać (z góry przepraszam za wtłoczenie ich do jednego worka), sam się czasem nie zgadzam, ale ich artykuły są jak zaproszenie do ciekawej dyskusji zamiast klepania się po plecach.

proszę red.Wosia o przejrzenie Kodeksu Pracy. Stosunki pracy są w Polsce przeregulowane.

po tym artykule postanowiłem, że do pracy w knajpie nie pójdę - raczej poszukam czegoś w mediach, pis-ssać każdy może...
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]