Reklama

Powieść podwójna

Powieść podwójna

01.02.2011
Czyta się kilka minut
Autor chętnie nawiązywał wcześniej do osobistych przeżyć, jego nowej powieści nie należy jednak raczej odczytywać przez pryzmat biografii. I jest to chyba najlepsza jak dotąd książka w jego dorobku.
H

Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Bornholm, Bornholm

Życiorys Huberta Klimko-Dobrzanieckiego to materiał na wielowątkową powieść. Pisarz nieustannie podróżuje, nigdzie nie może na dłużej zagrzać miejsca. Podobnie z jego książkami - każda jest inna, trudno je sklasyfikować.

Debiut Dobrzanieckiego, wydany w 2003 roku tom opowiadań "Stacja Bielawa Zachodnia", wznowiony cztery lata później pod zmienionym tytułem "Wariat", to zbiór miniaturowych opowieści o miasteczku na południu Polski - zapomnianym, jakby zawieszonym w próżni. Obserwujemy codzienność ludzi żyjących gdzieś na marginesie, zepchniętych na boczne tory. Bielawa - bo o nią chodzi - znajduje się na skraju mapy, tuż przy granicy z Czechami. W "Stacji" znajdziemy szereg przenikliwych portretów bohaterów. Część z nich to pewnie postaci autentyczne, inni są wytworem pisarskiej wyobraźni. Zapada w pamięć szczególnie Poldek, nauczyciel z miejscowej szkoły, który realizuje swoje marzenie, przelatując na paralotni polsko-czeską granicę. Kwiecia z kolei chce zostać aniołem. Symbolem tęsknoty za innym, lepszym światem, będącym poza zasięgiem tubylców, jest przejeżdżający przez Bielawę pociąg.

Szansę na to, by wyjechać z Bielawy, dostał też sam Dobrzaniecki. Jako dziecko cierpiał na uraz kręgosłupa. Mama postanowiła wysłać go do sanatorium w Trzebnicy. Później poszedł do liceum, został punkiem, wyleciał ze szkoły i w obawie przed wojskiem uciekł z miasta, a w końcu znalazł się w seminarium duchownym. Szybko zrozumiał, że w jego murach nie czuje się zbyt dobrze. Widmo służby w armii wciąż jednak nad nim ciążyło, jedyną ucieczką były studia, więc postanowił zdawać na filozofię.

Sam musiał zadbać o swoje utrzymanie. - Berlin Zachodni się otworzył, więc jeździłem i handlowałem. Ale nigdy nie stałem na ulicy, tylko wchodziłem do firm, oni składali u mnie zamówienie, najczęściej pościel, papierosy, serwis do kawy, i ja im to wszystko z Polski przywoziłem. Dwa razy w tygodniu. Świetnie mi się wtedy żyło. Miałem tyle pieniędzy, że nie stołowałem się w studenckiej stołówce, tylko jeździłem taksówką do hotelu Merkury - opowiada w jednym z wywiadów.

Na Islandię trafił przypadkiem: spontanicznie zapisał się na zajęcia z filologii islandzkiej na uniwersytecie w Reykjaviku. - Jak wysiadłem z samolotu, to przeżyłem szok. Bo myślałem, że na księżycu jestem. A potem był drugi szok, bo jak dojechałem do Reykjaviku, to się okazało, że jestem w rodzinnej Bielawie, tylko dużo większej. Te same szare bloki z wielkiej płyty i betonu.

W Reykjaviku pracował jako barman, wydał tom wierszy (dwa z nich opublikowała islandzka prasa), który później przez kilka lat musiał spłacać, bo wydawca uciekł do Danii i zostawił go z ogromnym długiem. - Dla mnie Islandia to była taka cudowna wyspa, o której w sumie nie było nic wiadomo. Żadnych informacji. Tylko że coś takiego jest, bo na mapie widać. No i ja przy tej mapie stałem i marzyłem. Wiesz, jak to chłopcy marzą. Że popłynę do takiego odległego, nieznanego lądu i odkryję, co tam jest. Swój skarb tam odkryłem. To znaczy żonę.

Islandzką rzeczywistość pięknie opisują dwie powieści Dobrzanieckiego, "Dom Róży" i "Kołysanka dla wisielca". Bohaterem "Domu..." jest pochodzący z Dolnego Śląska imigrant Hubert, który pracuje w domu starców. To przedstawiciel nowego pokolenia Polaków, którzy na całym świecie czują się tak, jakby byli u siebie. W podobnej tonacji utrzymano piękną, liryczną "Kołysankę dla wisielca", którą Dobrzaniecki poświęcił żonie.

Osobisty kontekst najbardziej czytelny jest jednak w wydanych w ubiegłym roku, autobiograficznych "Rzeczach pierwszych". Pisanie autobiografii to próba subiektywnego spojrzenia na wydarzenia, które kształtują naszą osobowość; a przecież niektóre opowieści są istotne tylko i wyłącznie z punktu widzenia piszącego. W "Rzeczach pierwszych" autorowi udało się wybrać najciekawsze - dla niego i dla czytelnika - wątki. Wielość nawiązań w jego prozie do osobistych przeżyć jest naprawdę imponująca.

***

Teraz jednak dostajemy nową rzecz Dobrzanieckiego, której nie należy chyba odczytywać przez pryzmat jego biografii. "Bornholm, Bornholm" to książka, która opowiada o nieustannej walce i życiu, które jest jak taniec nad przepaścią.

Horst Bartlik jest nauczycielem biologii. Ma żonę, córkę Gretę i syna Udo. Pozornie wszystko się w jego życiu układa, ale nie jest szczęśliwy. Przytłacza go rutyna: poranne pobudki, ta sama droga do szkoły, powroty do domu, zabawa z dziećmi i nieudany seks małżeński. Czuje, że stać go na więcej, ale nie może wyrwać się z rodzinnego impasu. Marzy, by coś się w końcu zmieniło na lepsze. Pewnego dnia, po kłótni z żoną, wyjeżdża do pensjonatu za miastem. Tam, dzięki atrakcyjnej pani profesorowej, przekonuje się, że jego lekko wystający brzuch i przyprószone siwizną włosy nie muszą działać na kobiety odstraszająco... Szybko jednak okazuje się, że ten kilkudniowy romans ma przykre skutki - po powrocie do domu Horst jeszcze bardziej pogrąża się w beznadziei i rozpaczy.

Z dala od rodzinnych zawirowań, na froncie, trwa druga wojna światowa. Polska ulega niemieckiej ekspansji. "Jestem przeciwny wojnie, w ogóle jestem przeciwny każdej przemocy" - mówi Horst w rozmowie z sąsiadem, zagorzałym zwolennikiem polityki Hitlera. Zderzenie sprzecznych postaw jest w tej historii najciekawsze; Dobrzaniecki dobiera bohaterów w antagonistyczne pary. Horst, zakompleksiony belfer, zestawiony z żoną, która tylko pozornie jest kobietą spokojną i zrównoważoną, wydaje się jeszcze bardziej przekonujący.

Kiedy pewnego dnia okazuje się, że bohater powieści musi, jak inni mężczyźni, walczyć w obronie ojczyzny, diametralnie zmienia swój stosunek do świata. Karta powołania, paradoksalnie, nie smuci, ale cieszy całą jego rodzinę: "Żona chodziła uśmiechnięta, z błyskiem w oczach jak nigdy. Nawet dzieci wyglądały na zadowolone z faktu, że ojca zabiorą do wojska, bo dla nich wojna była wyłącznie dobrą zabawą dużych chłopców poprzebieranych w mundury i strzelających do siebie na niby. W oczach synka Horsta wojna była wspaniałą przygodą, z której się wraca z plecakiem pełnym prezentów". Wystarczy jednak kilka miesięcy, by Greta i Udo zatęsknili za ojcem. Gorzej z żoną, która pod nieobecność męża nie dochowuje mu wierności, tym samym ostatecznie burząc jego spokój.

Akcja powieści "Bornholm, Bornholm" toczy się dwutorowo. W kolejnych rozdziałach autor przenosi czytelnika do czasów mu współczesnych. Czterdzieści lat później na wyspie Bornholm młody człowiek opowiada o swoim życiu pogrążonej w śpiączce matce. Wspomina dzieciństwo, młodość, swoje związki. Nie oszczędza chorej kobiety - punktuje wszystkie błędy, które popełniła wychowując syna, krytykuje jej nadopiekuńczość, źródło wielu jego traum.

"Zawsze bałaś się o moje zdrowie. Matki pewnie tak mają, że to, co nosiły w sobie przez dziewięć miesięcy, chcą dalej chronić. Chcą chronić, nawet gdy ta ochrona nie jest potrzebna. Mnie się wydaje, że chorowałem w miarę, to znaczy nie za często. Tobie się pewnie wydawało, że choruję zbyt rzadko, i może z tego powodu próbowałaś mnie zabić". Toksyczna i naznaczona bólem relacja z matką determinuje późniejsze relacje międzyludzkie bohatera - nieudane małżeństwo, niemożność porozumienia się z przyjaciółmi i próby budowania czegoś, co i tak za chwilę ma runąć.

Dobrzanieckiemu udało się stworzyć pełnokrwiste postaci, których losy są włączone w historię. Indywidualne doświadczenie splata się z tym, co istotne dla zbiorowości. Dwie opowieści wzajemnie się oświetlają. Łączy je nie tylko towarzyszące bohaterom poczucie rezygnacji i beznadziei własnej egzystencji, ale też nieustanna ucieczka od samego siebie - szukanie kolejnych podniet i przygód, które i tak ostatecznie okazują się niewystarczająco atrakcyjne.

Wszystkie wątki tworzą tu wyjątkowo zawikłaną siatkę. Czasami nie wiadomo, kto jest kim, czytelnikowi trudno jest połączyć poszczególne elementy fabularnej układanki. Niektóre z nich się wręcz powtarzają, schemat budowania kolejnych wydarzeń przypomina spiralę. Na szczęście w przypadku tej lektury powtarzalność motywów nie razi. Widać dbałość o szczegóły, celność puentowania i świetne wyczucie języka. "Bornholm, Bornholm" to chyba najlepsza jak dotąd książka w dorobku jednego z ważniejszych współczesnych polskich prozaików.

Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Bornholm, Bornholm, Kraków 2010, Wydawnictwo Znak.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]