Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Powieść podwójna

Powieść podwójna

01.02.2011
Czyta się kilka minut
Autor chętnie nawiązywał wcześniej do osobistych przeżyć, jego nowej powieści nie należy jednak raczej odczytywać przez pryzmat biografii. I jest to chyba najlepsza jak dotąd książka w jego dorobku.
H

Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Bornholm, Bornholm

Życiorys Huberta Klimko-Dobrzanieckiego to materiał na wielowątkową powieść. Pisarz nieustannie podróżuje, nigdzie nie może na dłużej zagrzać miejsca. Podobnie z jego książkami - każda jest inna, trudno je sklasyfikować.

Debiut Dobrzanieckiego, wydany w 2003 roku tom opowiadań "Stacja Bielawa Zachodnia", wznowiony cztery lata później pod zmienionym tytułem "Wariat", to zbiór miniaturowych opowieści o miasteczku na południu Polski - zapomnianym, jakby zawieszonym w próżni. Obserwujemy codzienność ludzi żyjących gdzieś na marginesie, zepchniętych na boczne tory. Bielawa - bo o nią chodzi - znajduje się na skraju mapy, tuż przy granicy z Czechami. W "Stacji" znajdziemy szereg przenikliwych portretów bohaterów. Część z nich to pewnie postaci autentyczne, inni są wytworem pisarskiej wyobraźni. Zapada w pamięć szczególnie Poldek, nauczyciel z miejscowej szkoły, który realizuje swoje marzenie, przelatując na paralotni polsko-czeską granicę. Kwiecia z kolei chce zostać aniołem. Symbolem tęsknoty za innym, lepszym światem, będącym poza zasięgiem tubylców, jest przejeżdżający przez Bielawę pociąg.

Szansę na to, by wyjechać z Bielawy, dostał też sam Dobrzaniecki. Jako dziecko cierpiał na uraz kręgosłupa. Mama postanowiła wysłać go do sanatorium w Trzebnicy. Później poszedł do liceum, został punkiem, wyleciał ze szkoły i w obawie przed wojskiem uciekł z miasta, a w końcu znalazł się w seminarium duchownym. Szybko zrozumiał, że w jego murach nie czuje się zbyt dobrze. Widmo służby w armii wciąż jednak nad nim ciążyło, jedyną ucieczką były studia, więc postanowił zdawać na filozofię.

Sam musiał zadbać o swoje utrzymanie. - Berlin Zachodni się otworzył, więc jeździłem i handlowałem. Ale nigdy nie stałem na ulicy, tylko wchodziłem do firm, oni składali u mnie zamówienie, najczęściej pościel, papierosy, serwis do kawy, i ja im to wszystko z Polski przywoziłem. Dwa razy w tygodniu. Świetnie mi się wtedy żyło. Miałem tyle pieniędzy, że nie stołowałem się w studenckiej stołówce, tylko jeździłem taksówką do hotelu Merkury - opowiada w jednym z wywiadów.

Na Islandię trafił przypadkiem: spontanicznie zapisał się na zajęcia z filologii islandzkiej na uniwersytecie w Reykjaviku. - Jak wysiadłem z samolotu, to przeżyłem szok. Bo myślałem, że na księżycu jestem. A potem był drugi szok, bo jak dojechałem do Reykjaviku, to się okazało, że jestem w rodzinnej Bielawie, tylko dużo większej. Te same szare bloki z wielkiej płyty i betonu.

W Reykjaviku pracował jako barman, wydał tom wierszy (dwa z nich opublikowała islandzka prasa), który później przez kilka lat musiał spłacać, bo wydawca uciekł do Danii i zostawił go z ogromnym długiem. - Dla mnie Islandia to była taka cudowna wyspa, o której w sumie nie było nic wiadomo. Żadnych informacji. Tylko że coś takiego jest, bo na mapie widać. No i ja przy tej mapie stałem i marzyłem. Wiesz, jak to chłopcy marzą. Że popłynę do takiego odległego, nieznanego lądu i odkryję, co tam jest. Swój skarb tam odkryłem. To znaczy żonę.

Islandzką rzeczywistość pięknie opisują dwie powieści Dobrzanieckiego, "Dom Róży" i "Kołysanka dla wisielca". Bohaterem "Domu..." jest pochodzący z Dolnego Śląska imigrant Hubert, który pracuje w domu starców. To przedstawiciel nowego pokolenia Polaków, którzy na całym świecie czują się tak, jakby byli u siebie. W podobnej tonacji utrzymano piękną, liryczną "Kołysankę dla wisielca", którą Dobrzaniecki poświęcił żonie.

Osobisty kontekst najbardziej czytelny jest jednak w wydanych w ubiegłym roku, autobiograficznych "Rzeczach pierwszych". Pisanie autobiografii to próba subiektywnego spojrzenia na wydarzenia, które kształtują naszą osobowość; a przecież niektóre opowieści są istotne tylko i wyłącznie z punktu widzenia piszącego. W "Rzeczach pierwszych" autorowi udało się wybrać najciekawsze - dla niego i dla czytelnika - wątki. Wielość nawiązań w jego prozie do osobistych przeżyć jest naprawdę imponująca.

***

Teraz jednak dostajemy nową rzecz Dobrzanieckiego, której nie należy chyba odczytywać przez pryzmat jego biografii. "Bornholm, Bornholm" to książka, która opowiada o nieustannej walce i życiu, które jest jak taniec nad przepaścią.

Horst Bartlik jest nauczycielem biologii. Ma żonę, córkę Gretę i syna Udo. Pozornie wszystko się w jego życiu układa, ale nie jest szczęśliwy. Przytłacza go rutyna: poranne pobudki, ta sama droga do szkoły, powroty do domu, zabawa z dziećmi i nieudany seks małżeński. Czuje, że stać go na więcej, ale nie może wyrwać się z rodzinnego impasu. Marzy, by coś się w końcu zmieniło na lepsze. Pewnego dnia, po kłótni z żoną, wyjeżdża do pensjonatu za miastem. Tam, dzięki atrakcyjnej pani profesorowej, przekonuje się, że jego lekko wystający brzuch i przyprószone siwizną włosy nie muszą działać na kobiety odstraszająco... Szybko jednak okazuje się, że ten kilkudniowy romans ma przykre skutki - po powrocie do domu Horst jeszcze bardziej pogrąża się w beznadziei i rozpaczy.

Z dala od rodzinnych zawirowań, na froncie, trwa druga wojna światowa. Polska ulega niemieckiej ekspansji. "Jestem przeciwny wojnie, w ogóle jestem przeciwny każdej przemocy" - mówi Horst w rozmowie z sąsiadem, zagorzałym zwolennikiem polityki Hitlera. Zderzenie sprzecznych postaw jest w tej historii najciekawsze; Dobrzaniecki dobiera bohaterów w antagonistyczne pary. Horst, zakompleksiony belfer, zestawiony z żoną, która tylko pozornie jest kobietą spokojną i zrównoważoną, wydaje się jeszcze bardziej przekonujący.

Kiedy pewnego dnia okazuje się, że bohater powieści musi, jak inni mężczyźni, walczyć w obronie ojczyzny, diametralnie zmienia swój stosunek do świata. Karta powołania, paradoksalnie, nie smuci, ale cieszy całą jego rodzinę: "Żona chodziła uśmiechnięta, z błyskiem w oczach jak nigdy. Nawet dzieci wyglądały na zadowolone z faktu, że ojca zabiorą do wojska, bo dla nich wojna była wyłącznie dobrą zabawą dużych chłopców poprzebieranych w mundury i strzelających do siebie na niby. W oczach synka Horsta wojna była wspaniałą przygodą, z której się wraca z plecakiem pełnym prezentów". Wystarczy jednak kilka miesięcy, by Greta i Udo zatęsknili za ojcem. Gorzej z żoną, która pod nieobecność męża nie dochowuje mu wierności, tym samym ostatecznie burząc jego spokój.

Akcja powieści "Bornholm, Bornholm" toczy się dwutorowo. W kolejnych rozdziałach autor przenosi czytelnika do czasów mu współczesnych. Czterdzieści lat później na wyspie Bornholm młody człowiek opowiada o swoim życiu pogrążonej w śpiączce matce. Wspomina dzieciństwo, młodość, swoje związki. Nie oszczędza chorej kobiety - punktuje wszystkie błędy, które popełniła wychowując syna, krytykuje jej nadopiekuńczość, źródło wielu jego traum.

"Zawsze bałaś się o moje zdrowie. Matki pewnie tak mają, że to, co nosiły w sobie przez dziewięć miesięcy, chcą dalej chronić. Chcą chronić, nawet gdy ta ochrona nie jest potrzebna. Mnie się wydaje, że chorowałem w miarę, to znaczy nie za często. Tobie się pewnie wydawało, że choruję zbyt rzadko, i może z tego powodu próbowałaś mnie zabić". Toksyczna i naznaczona bólem relacja z matką determinuje późniejsze relacje międzyludzkie bohatera - nieudane małżeństwo, niemożność porozumienia się z przyjaciółmi i próby budowania czegoś, co i tak za chwilę ma runąć.

Dobrzanieckiemu udało się stworzyć pełnokrwiste postaci, których losy są włączone w historię. Indywidualne doświadczenie splata się z tym, co istotne dla zbiorowości. Dwie opowieści wzajemnie się oświetlają. Łączy je nie tylko towarzyszące bohaterom poczucie rezygnacji i beznadziei własnej egzystencji, ale też nieustanna ucieczka od samego siebie - szukanie kolejnych podniet i przygód, które i tak ostatecznie okazują się niewystarczająco atrakcyjne.

Wszystkie wątki tworzą tu wyjątkowo zawikłaną siatkę. Czasami nie wiadomo, kto jest kim, czytelnikowi trudno jest połączyć poszczególne elementy fabularnej układanki. Niektóre z nich się wręcz powtarzają, schemat budowania kolejnych wydarzeń przypomina spiralę. Na szczęście w przypadku tej lektury powtarzalność motywów nie razi. Widać dbałość o szczegóły, celność puentowania i świetne wyczucie języka. "Bornholm, Bornholm" to chyba najlepsza jak dotąd książka w dorobku jednego z ważniejszych współczesnych polskich prozaików.

Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Bornholm, Bornholm, Kraków 2010, Wydawnictwo Znak.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]