Reklama

Portret współczesnych Niemiec

Portret współczesnych Niemiec

16.11.2003
Czyta się kilka minut
Sława to rzecz względna. Kto dziś pamięta, kim był Otto Ernst Remer? Tymczasem w latach 50. poza granicami młodziutkiej Republiki Federalnej to Remer był najbardziej znanym politykiem zachodnioniemieckim. Znanym bardziej, albo przynajmniej tak samo, jak kanclerz Adenauer.
R

Remer, polityk Socjalistycznej Partii Rzeszy (SRP) - na początku lat 50. była taka partia... - nazywał “zdrajcami" rodaków, którzy chcieli zabić Hitlera. I nic dziwnego: to major Remer dowodził batalionem Wehrmachtu, który w lipcu 1944 r. zdławił w Berlinie próbę puczu i ocalił (na krótko) III Rzeszę; Hitler awansował go za to na generała. Już jako polityk demokratycznego kraju Remer mówił o tym z dumą. A wielu Niemców uważało, że należy na niego głosować.

Z kolei wielu Brytyjczyków czy Amerykanów widziało w nim zwiastuna niemieckiej “recydywy". Głośno o SRP zrobiło się w 1951 r., przed wyborami do landtagu Dolnej Saksonii. Remer mówił wówczas na wiecu: “Demokracja, którą chcemy budować, powinna być niemiecka! Demokracja, w której trzeba być eks-członkiem ruchu oporu [przeciw Hitlerowi], aby otrzymać posadę, to nie demokracja w rozumieniu rządów ludu, lecz rządy motłochu, które my odrzucamy".

SRP liczyła 40 tys. członków (w tym wielu eks-nazistów) i jej delegalizacja mogła uczynić z Remera męczennika. Nerwowość rosła: w dolnosaksońskich wyborach wiosną 1951 r. SRP dostała 11 proc. głosów, a jesienią 1951 w Bremie 8 proc. Zaniepokojenie sytuacją wyraził w rozmowie z Adenauerem amerykański Wysoki Komisarz John McCloy. Kanclerz zaczął się obawiać, że fenomen SRP utrudni negocjacje z aliantami o przywróceniu Niemcom suwerenności. Postanowił usunąć SRP ze sceny, by zaś ów krok uczynić psychologicznie strawniejszym, razem z wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego o zdelegalizowanie SRP skierowano wniosek o delegalizację Komunistycznej Partii Niemiec, jako “piątej kolumny" Sowietów. W 1952 r. Trybunał zdelegalizował partię Remera, a on sam stanął przed sądem. Nie był to jego ostatni proces: z czasem stał się dla neonazistów postacią kultową. Ale tylko dla nich. Kiedy umierał w 1997 r., jego nazwisko pamiętali tylko (niektórzy) politolodzy.

Sława to rzecz względna. Młodzi Polacy mieliby dziś zapewne trudności z przypomnieniem sobie, kim byli dwaj Herbertowie: Hupka i Czaja. A jeszcze kilkanaście lat temu te dwie postacie były w Polsce bardziej znane niż szefowie rządu Republiki Federalnej. W PRL-owskiej propagandzie liderzy “Związku Wypędzonych" odgrywali rolę “złych Niemców". Co nie znaczy, że ich organizacja nie kwestionowała granicy na Odrze - bo kwestionowała, i to jeszcze w 1990 r. Dziś Herbert Czaja nie żyje, a wiekowy Herbert Hupka znany jest głównie w Raciborzu, skąd pochodzi. I to od dobrej strony: po powodzi sprzed kilku lat zorganizował w Niemczech akcję pomocy dla miasta, za co otrzymał jego honorowe obywatelstwo.

Mechanizm, który sprawiał, że symbolem “złych Niemiec" dla zwykłego Brytyjczyka w latach 50. był Remer, a dla zwykłego Polaka w latach 70. Hupka i Czaja - trwa nadal. Choć naszymi opiniami nie steruje dziś propaganda, a Niemcom - zjednoczonym i demokratycznym - nie grozi żadna “recydywa", choć od kilku już dziesiątków lat wielu ludzi dobrej woli, w Polsce i w Niemczech, robiło wiele, aby doprowadzić do pojednania - dla przeciętnego Polaka najbardziej znanym Niemcem jest dziś chyba Erika Steinbach. Niestety.

Procesy społeczne zakorzenione w zbiorowych emocjach mają swoją dynamikę i można się spierać, jaki wpływ wywierać mogą na ich przebieg elity. Co nie znaczy, że na elitach, zwłaszcza w “społeczeństwie informacyjnym", nie spoczywa odpowiedzialność. Można zadać (samo-)krytyczne pytanie: czy krytykując działalność przewodniczącej Związku Wypędzonych (słusznie, bo zmierza ona do rewizji - już nie granic, ale pamięci historycznej) my - polscy dziennikarze, historycy, politolodzy i politycy - zrobiliśmy wszystko, aby w Polsce nie powstało wrażenie, że Niemcy zaczynają się i kończą na Erice Steinbach? I czy krytykując niektóre aspekty trwającej w Niemczech dyskusji o własnych ofiarach wojny - dyskusji emocjonalnej, odpowiadającej autentycznym potrzebom wielu Niemców - zrobiliśmy wszystko, by różnicować między tym, co kontrowersyjne, a tym, co jest uprawnionym wspominaniem własnych cierpień?

Owszem, także strona niemiecka nie rozumiała polskich racji, insynuowała nam złe intencje, często w ogóle nie interesowała się sąsiadem na wschodzie... Ale czasem i my dawaliśmy się ponieść emocjom. Dziś niektórzy mówią już nawet o kryzysie w relacjach polsko-niemieckich, który (paradoksalnie) ujawnił się w chwili, gdy Polska jest już prawie częścią instytucjonalnego “Zachodu". Jeśli więc trzeba naprawiać jakieś szkody, warto sięgnąć po książkę Jerzego Haszczyńskiego: “Nie tylko pani Steinbach".

Haszczyński, rocznik 1966, z wykształcenia filozof, od 1991 r. dziennikarz “Rzeczpospolitej" i obecnie kierownik jej działu zagranicznego, był w latach 1999-2000 korespondentem “Rzeczpospolitej" w Berlinie (wcześniej pisał m.in. o wojnie w Jugosławii, w 2001 r. był w Afganistanie, w 2002 r. w Betlejem). Jego książka to zbiór 25 reportaży o współczesnych Niemcach, powstałych w ciągu ostatnich pięciu lat.

Jest to portret Niemiec z wielu małych obrazów. Reportaż to gatunek dziennikarski bardzo konkretny, subiektywny, a przy tym wymagający sporego nakładu pracy. Jest to bowiem opowieść o konkretnych ludziach i zdarzeniach - i przez nich dopiero o zbiorowości. Także ten portret Niemiec jest konkretny, a przy tym bardzo “zdecentralizowany": Niemcy Haszczyńskiego to nie tylko pani Steinbach, ale także nie tylko - a nawet nie przede wszystkim - Berlin. Żeby ułatwić czytelnikowi orientację, wydawca pomieścił na początku książki mapkę. Zaznaczono na niej kilkadziesiąt miejscowości - miast, miasteczek, a także wsi zagubionych wśród jezior Meklemburgii albo gór Palatynatu Reńskiego - w których rozgrywają się opowieści Haszczyńskiego.

Niektóre dotyczą spraw dawnych. Reporter jedzie do Jeny, by zapytać, dlaczego władze miasta nie chciały odebrać honorowego obywatelstwa pewnemu pediatrze, któremu udowodniono, że pół wieku temu skazał kilkoro małych pacjentów na eutanazję. Odwiedza wioskę Lauschied wśród nadreńskich winnic, by razem z niejakim Gertem Eidem, dziś 55-latkiem (synem polskiego robotnika przymusowego i Niemki) dowiedzieć się, czemu on, Gert, przeżył, a inne niemowlęta o podobnym rodowodzie, urodzone w tej wsi w roku 1947 i 1948 - gdy z niewoli wracali mężowie i ojcowie ich matek - umarły (i jaką śmiercią). To historia najbardziej wstrząsająca.

Ale nie tylko o wojnie i historii jest mowa. Haszczyński towarzyszy wielotysięcznemu pochodowi, który w styczniową niedzielę, jak co roku, maszeruje na grób Róży Luksemburg, i w którym NRD-owscy “nostalgicy" mieszają się z antyglobalistami. Płynie statkiem po Odrze, na którym Niemcy z b. NRD robią bezcłowe zakupy (hasło rejsu: “Taniej niż w Polsce!"). Odwiedza stołeczną szkołę w dzielnicy, w której większość dzieci to nie-Niemcy. Razem z przedsiębiorcą, uważanym za “króla szparagów", objeżdża jego plantacje, które nie mogłyby funkcjonować, gdyby nie robotnicy sezonowi z Polski (praca przy szparagach nie jest atrakcyjna dla niemieckiego bezrobotnego). Spożywa parówki z piwem w upadającym barze w prowincjonalnym miasteczku, który prowadzi bohater “jesiennej rewolucji". We wrześniu 1989 r. człowiek ten sprawił, że ludzie w jego miasteczku wyszli na ulicę; dziś jest bankrutem. Jest też trochę humoru: w miasteczku Zittau nad Nysą Łużycką ktoś dla kawału rozrzucił ulotki (imitujące pismo urzędowe) z informacją, że okazało się, iż granica ustalona w Poczdamie przebiega inaczej i Zittau wkrótce znajdzie się w Polsce...

Książkę kończy reportaż o pochodzeniu Eriki Steinbach. Bo latem 2000 r. to właśnie Haszczyński razem z gdańskim korespondentem “Rzeczpospolitej" Piotrem Adamowiczem ujawnili - po trwającym wiele miesięcy dziennikarskim śledztwie - “życiowe kłamstwo" pani Steinbach: fakt, że przewodnicząca Związku Wypędzonych nie została wypędzona ze swej ziemi rodzinnej (jak dotąd głosiła), ale że urodziła się w okupowanej Polsce: w pomorskim miasteczku Rumia, którego polska ludność jesienią 1939 r. została siłą wysiedlona albo umieszczona w obozach. Ojciec pani Steinbach stacjonował w Rumii (szkolił żołnierzy na miejscowym lotnisku), a gdy pod Gdańsk podeszli Rosjanie, rodzina z niespełna 2-letnią Eriką uciekła na zachód - do domu. Inaczej mówiąc: jeśli Erika Steinbach została “wypędzona", to tak samo, jak żołnierze niemieccy “wypędzeni" spod Stalingradu...

Sława to rzecz względna. Wątpliwa popularność pani Steinbach prędzej czy później przeminie. Ale samo z siebie to się nie stanie.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, kierownik działów Świat i Historia. Ur. 1967 r. W „Tygodniku” zaczął pisać jesienią 1989 r. (o rewolucji w NRD; początkowo pod pseudonimem), w redakcji od 1991 r. Specjalizuje...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]